• Sobota, 28 marca 2026

    imieniny: Anieli, Jana, Gedeona

Nasi ojcowie byli dobrzy

Sobota, 14 marca 2015 (05:18)

Z o. Jarosławem Wysoczańskim OFMConv, sekretarzem generalnym ds. animacji misyjnej zakonu franciszkanów w Rzymie,  rozmawia Małgorzata Pabis

 

Ojciec był przełożonym franciszkańskich męczenników, którzy już w grudniu zostaną beatyfikowani. Jakimi byli kapłanami?

 

– Zbyszek i Michał byli kapłanami, którzy kochali swoje kapłaństwo i służyli. To może być takie słowo klucz, które wyraża ich bycie kapłanem. I to, co zapieczętowali tym ostatnim aktem, że byli wierni aż do śmierci. Nie opuścili stada aż do przelania krwi.

 

Kiedy Ojciec myśli o współbracie Michale, to jakie wspomnienia się rodzą?

 

– Michał bardzo kochał dzieci i młodzież. Pamiętam, jak kiedyś rozpoczęliśmy takie duszpasterstwo rodzin, które polegało na tym, że ten sam temat poruszało się z dziećmi, z młodzieżą i z rodzicami. To była taka długa i rozbudowana katecheza, która miała doprowadzić do tego, żeby rodzice przyjęli sakrament małżeństwa. Kiedyś Michał podczas takiej liturgii celebracji małżeństwa prawie po roku przygotowania wykrzyczał z podniesionymi rękoma:  „Jestem zakochany w katechezie rodzinnej”. Michał miał bardzo często takie spontaniczne okrzyki, krzyk serca, w którym wyrażał to, że był szczęśliwy. Poświęcał bardzo dużo czasu dzieciom, młodzieży i katechezie rodzin, która była pewną nowością w Pariacoto, bo nikt wcześniej tego nie robił.

 

A ojciec Zbyszek?

 

– Zbyszek był zupełnie innym człowiekiem, bardziej zrównoważonym, statecznym. Żartobliwie mówiło się, że był „głosem wioski” – dostojny, bardzo poważny i bardzo łatwo go było można rozpoznać.

 

Jak ludzie postrzegali pracę misjonarzy?

 

– Po ich śmierci długo zastanawiałem się, jakie świadectwa mamy tych, którzy ich znali. Spotkałem się z takim zarzutem, że oni tak prosto o nich mówią. I wtedy wziąłem te wszystkie świadectwa, modliłem się nimi, próbowałem je przedstawić Panu Bogu i pytałem Pana Boga, co chce nam powiedzieć przez śmierć Zbyszka i Michała.

Ci ludzie bardzo często mówią: „Nasi ojcowie byli dobrzy”. Tylko Pan Bóg jest dobry. Nie ma więc piękniejszego świadectwa niż powiedzieć, że ta osoba była po prostu dobra. Tak jak Pan Bóg jest dobry.

 

Wiem, że w Pariacoto są już świadectwa wyproszonych za wstawiennictwem męczenników łask.

 

– Jednym z takich pierwszych świadectw, bardzo pięknych, które jest bardzo wymownym przykładem, jest to, że kiedy ginie Zbyszek i Michał, ludzie pomimo ostrzeżeń powiedzieli: „My będziemy gromadzić się na modlitwie”. Jest w Pariacoto grupa kobiet – adoratorek Najświętszego Sakramentu. Ta grupa była prowadzona jeszcze przez siostry zakonne, które od 1970 roku żyły w Pariacoto i one przygotowały dla nas drogę do misji. Te kobiety przychodziły do kościoła, a ponieważ nie było kapłana, otwierały tabernakulum i adorowały Pana Jezusa. I to jest pierwszy cud według mnie. Cud męstwa. Ci ludzie pomimo tego, że narażali swoje życie, gromadzili się na modlitwie. Co więcej, to wszystko, co mieliśmy zaplanowane do końca roku, świeccy misjonarze, posłańcy pokoju bez obecności kapłanów i sióstr zakonnych wypełnili, odwiedzali wspólnoty, które my mieliśmy odwiedzić.

Opowiem też o łasce uzdrowienia. Austrachilda, pielęgniarka, która miała być operowana na kręgosłup, ze strachu postanowiła opuścić Pariacoto. Tuż przed zabiegiem wróciła tam jednak i modliła się na grobie męczenników. Prosiła o pomoc, zwłaszcza Zbyszka, który zajmował się chorymi. Potem pojechała do szpitala. Przed operacją, kiedy lekarze robili ostatnie badanie, lekarz zauważył, że kobieta ma coś na plecach. To był obrazek Zbyszka i Michała. W czasie badania okazało się, że operacja nie jest potrzebna, bo kręgosłup jest zdrowy. Austrachilda wróciła więc do Pariacoto i dalej służy jako pielęgniarka w centrum medycznym. 

Te świadectwa były dla nas znakiem, że mamy zostać w Pariacoto, że nie możemy opuścić tych ludzi, misji.

 

Chciałabym zapytać o przeżycia Ojca. W tamte wakacje to o. Zbigniew miał być w Polsce. Zamieniliście się jednak...

 

– Ja jako przełożony misji miałem wyjechać na końcu. Pierwszy miał jechać Zbyszek. Napisała jednak do mnie siostra i poprosiła, bym przyjechał na jej ślub. Pojechałem więc jako pierwszy...

Na początku żyłem z poczuciem winy. To był bardzo trudny okres w moim życiu. Potem jednak to uczucie i przeświadczenie wewnętrzne miało dwa wymiary: od śmierci Zbyszka i Michała nigdy nie czułem się sam. Potem pracowałem w Afryce, teraz bardzo dużo podróżuję po świecie i nigdy nie czuję, że jestem sam. Wiem, że oni wstawiają się za nami. A drugi moment, który był długim wewnętrznym procesem, to to, że oni są dla nas prowokacją, abyśmy na siebie popatrzyli w perspektywie, co znaczy być świętym. Oni jasno nam pokazują, że nasza świętość realizuje się tu i teraz. I to w konkretnych relacjach ludzkich, a stawiając w centrum tych, których bardzo kocha Pan Bóg. A On najbardziej kocha – co nam pokazał Pan Jezus – ludzi biednych, opuszczonych, tych, z którymi nikt nie chce być, dla których nikt nie chce poświęcić swojego życia. Dla mnie ten wymiar jest bardzo mocny i po latach pokazuje mi, że trzeba iść w tym kierunku. Dla mnie osobiście Zbyszek i Michał pokazują, na czym polega misja. Że to zawsze jest misja Pana Boga. On poprzez nasze życie chce powiedzieć o tajemnicy miłości do nas.

 

Pamiętam, że ponad dwadzieścia lat temu – po śmierci męczenników – wielu zastanawiało się, czy Ojciec wyjedzie na misje. Co Ojciec wówczas czuł?

 

– Ja nigdy się nie zastanawiałem, czy wrócić, czy nie. Dla mnie to było normalne, że muszę wrócić. Nigdy się nie bałem. Zakazano mi jednak powrotu do Pariacoto i przez ten pierwszy rok po śmierci Zbyszka i Michała organizowałem kapłanów i siostry zakonne, tłumaczyłem gdzie i co jest w Pariacoto, z kim rozmawiać, bo byłem jedyną osobą, która wiedziała o funkcjonowaniu domu. Przez rok organizowaliśmy takie misje z innymi kapłanami, z innymi osobami, żeby w niedzielę tamtym ludziom towarzyszyć Eucharystią i innymi sakramentami. Potem jeden z naszych ojców zdecydował się na życie w Pariacoto i na nowo zorganizowała się wspólnota.

 

Był też Ojciec przy grobie swoich współbraci...

 

– Po raz pierwszy gdy klęczałem przy ich grobie, to był wielki płacz. Płacz bardzo mocny, wewnętrzny. Co więcej, to był płacz również z ludźmi, którzy mi towarzyszyli. Mówi się, że patrzy się na Indian – „Patrzysz na twarz, a nie wiesz, co jest w sercu”. Tamtego dnia, jak przyjechałem do Pariacoto, zadzwonili w dzwony i w jednym momencie cały kościół wypełnił się ludźmi. Pamiętam te objęcia mężczyzn, takich twardych Indian. Serce mi się krajało. To był dla mnie dowód takiej wielkiej miłości, wielkiego przywiązania. Pokazało mi to, że w tak krótkim czasie zaistnieliśmy tam nie tylko jako ci, którzy coś im dają, ale jako przyjaciele, jako ci, którzy z nimi byli.

 

A jak Ojciec odebrał zgodę Papieża na beatyfikację?

 

– Przez ostatnie osiem lat dużo jeździłem i głosiłem świadectwa o Zbyszku i Michale. Modliłem się też i miałem nadzieję, że nadejdzie moment beatyfikacji. W końcu przyszedł ten czas i kiedy ogłoszona została decyzja Papieża, nastąpiła eksplozja radości. W tej chwili Zbyszek i Michał do nas już nie należą. Są darem dla Kościoła, który uznał, że oni są przykładem dla innych. Michał i Zbyszek z Polski przeszli po górach w Peru i zostawili nam świadectwo o tej wielkiej prawdzie, jaką chce nam przekazać Pan Bóg. Od nas zależy, jak my ją odczytamy w męczeństwie Zbyszka i Michała.

 

Ojciec wybiera się na beatyfikację?

 

 – Mam nadzieję, że będę tam mógł być.

 

Dziękuję za rozmowę.

Robert Popielewicz