Selekcja ludzi to barbarzyństwo
Środa, 24 października 2012 (02:17)Z Kają Godek, matką czteroletniego Wojtka z zespołem Downa i mającej wkrótce przyjść na świat Róży, rozmawia Anna Ambroziak
Napisała Pani poruszający list do ministra Jarosława Gowina. Liczy Pani na odpowiedź?
- Zdecydowałam się napisać ten list, bo kierowało mną takie przeczucie, że jeżeli ja tego nie zrobię, to nie zrobi tego nikt. Mitem jest, że środowisko rodziców dzieci upośledzonych tylko czeka na możliwość przeprowadzenia aborcji, że pragną tego tzw. dobrodziejstwa. To jest nieprawda. To prawda, że to środowisko jest różne, ale większość z tych osób przyjmuje postawę pro-life. Są to ludzie, którzy urodzili swoje dzieci, wiedząc już na etapie prenatalnym, że będą upośledzone, albo są to ludzie, którzy wiedzieli, że zachodzi takie prawdopodobieństwo. Są też osoby, które adoptowały takie dzieci. Mam przeczucie, że sporo jest takich osób, które mają na ten temat coś do powiedzenia, ale z jakichś powodów tego nie robią.
Może nie wiedzą, że mogą coś powiedzieć, że ich głos ma jakąś siłę przebicia?
- Być może nie wiedzą, jak w ogóle się do tego zabrać. Natomiast potwornie irytuje mnie dwulicowość polityków, którzy mówią, że popierając aborcję dzieci chorych, robią coś dobrego dla rodziców. Wiem, że to kompletna bzdura. Dlatego napisałam ten list. Dlaczego miałam tego nie powiedzieć? Być może pan minister Gowin jeszcze tego od nikogo nie usłyszał, więc proszę: teraz słyszy!
Minister Gowin stwierdził, że jest zwolennikiem kompromisu w sprawie aborcji.
- Obowiązująca teraz ustawa została uchwalona niby po to, aby ludziom żyło się łatwiej. W myśl zasady: zastosujemy selekcję, by ludziom żyło się piękniej i zdrowiej. Ale tak nie jest. Ludzie chorzy będą się przecież poczynać! Nigdy nie będzie tak, że wszyscy będziemy piękni i zdrowi, takie założenie to lewacka utopia, która nigdy się nie zrealizuje. Mam też wrażenie, że kwestia przepychania tej ustawy przez część parlamentarzystów jest mocno upolityczniona. Politycy kalkulują, czy im się to opłaca, czy też nie opłaca. Osobiście uważam, że w sytuacji, gdy rocznie ginie kilkaset dzieci tylko dlatego, że są chore, każda okazja powinna być wykorzystywana, by te dzieci ratować. I to powinno być robione niezależnie od jakiegokolwiek układu politycznego, niezależnie od tego, czy jakaś partia może na tym zyskać lub stracić. Podstawowym obowiązkiem każdego człowieka, zwłaszcza człowieka wysoko postawionego, mającego wysoką pozycję, powinno być ratowanie ludzkiego życia.
Proponowano Pani aborcję?
- Tak, wielu lekarzy. Niektórzy mówili to na zasadzie: "No to co, to teraz przychodzi pani na zabieg, tak?". Inni wyrażali się trochę oględniej, sugerując, że mam taką możliwość, próbowali to jakoś ostrożniej sformułować. Widziałam, że byli to ludzie bardzo skrępowani. Zdałam sobie sprawę z tego, że oni też są ofiarami ustawy aborcyjnej. Bo nawet jeśli nie do końca się zgadzają z jej przesłankami, to czują się zobowiązani, by w końcu aborcję zaproponować. Ale też - żeby nie być jednostronnym - nie mogę powiedzieć, że całe środowisko lekarskie jest proaborcyjne. Spotkałam również takich lekarzy, którzy byli w porządku. Pamiętam, że lekarz, która przeprowadzała ze mną wywiad, uprzedziła mnie, że jest "taka obrzydliwa ustawa, która pozwala na terminację". Odpowiedziałam jej, że wiem o tym i że też uważam, iż ustawa jest obrzydliwa. Widziałam, że ta lekarz ucieszyła się, iż spotkała osobę, która myśli podobnie, z którą może swobodnie rozmawiać i która do dziecka podchodzi normalnie, a nie na zasadzie robienia mu egzaminu ze zdrowia. Jestem przekonana, że w Warszawie jest wielu lekarzy, którzy być może nie krążą na liście pro-life, ale którzy mają takie poglądy.
Wadę genetyczną u Pani synka wykryto w czasie badań prenatalnych?
- Tak. Chciałabym zaznaczyć, że nie jestem przeciwniczką badań prenatalnych jako takich. Niektóre z nich mogą być niebezpieczne, więc trzeba rozważyć, czy takie ryzyko podjąć. Ja osobiście takie ryzyko podjęłam. Bardzo zdenerwowałam się, gdy po którymś badaniu USG okazało się, że z dzieckiem może się coś niedobrego dziać. Dlatego oboje z mężem stwierdziliśmy, że lepiej te badania zrobić. Chociażby po to, żeby się więcej nie denerwować. Nigdy nie myślałam, że znajdę się w tzw. grupie podwyższonego ryzyka, miałam 25 lat, gdy okazało się, że jestem w ciąży. Liczyłam na to, że wszystko będzie w porządku. Kiedy jednak te badania wykonałam, zamiast się uspokoić, jeszcze bardziej się zestresowałam. Ale wiedziałam przynajmniej, na czym stoję. Było to dla mnie łatwiejsze. Wiedząc cokolwiek na temat tej choroby, mogłam lepiej przygotować się i do porodu, i do pielęgnacji dziecka.
Wzięła Pani udział w pikiecie zorganizowanej przez Fundację PRO. Dlaczego?
- Bo uważam, że trzeba mówić głośno o tym, że osoba niepełnosprawna to też człowiek, że sugerowanie aborcji kobiecie, która dowiedziała się, że nosi w sobie chore dziecko, to wywieranie na nią dodatkowej presji, wywoływanie kolejnego, niepotrzebnego stresu. Bo jeżeli mówi się nam, że możemy "usunąć" dziecko, to znaczy, że z tym dzieckiem jest naprawdę źle. W rzeczywistości - nigdy do końca tego nie wiadomo. W przypadku dziecka z zespołem Downa kariotyp (układ chromosomów) tak naprawdę nic nam nie mówi. Kariotyp mówi nam tylko, jak się ułożyły chromosomy, ale nie mówi nam o tym, jaki poziom inteligencji dziecko osiągnie, co w życiu zrobi, jaką będzie miało motywację, jaki będzie miało charakter. Niektóre cechy wspólne dla ludzi z zespołem Downa pewnie się pojawią, ale też nie wiemy, w jakim nasileniu. Jest wiele osób z zespołem Downa, które funkcjonują całkiem nieźle. Oczywiście są problemy, ale to są problemy, z którymi można sobie poradzić. Sama selekcja ludzi ze względu na kariotyp to jest coś naprawdę barbarzyńskiego.