Kultura nie dla Niezłomnych
Poniedziałek, 2 marca 2015 (08:48)Z Ryszardem Mrozem, aktorem teatralnym, filmowym i reżyserem, rozmawia Rafał Stefaniuk
Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego nie zdecydowało się wesprzeć finansowo powstałego Muzeum Żołnierzy Wyklętych w Ostrołęce. Dlaczego temat Niezłomnych napotyka na opór polityków w sferze kultury?
– Święty Jan Paweł II przypomniał kiedyś na forum ONZ, że jest synem Narodu, który przetrwał dzięki własnej kulturze. Jej duch – zakorzeniony w tradycji krzyża Chrystusa – pozwolił Polakom zachować język i odtworzyć ich państwo po latach rozbiorów. Do swojej wspaniałej historii Polacy dodali kolejne karty. Lecz tu przypomnę prof. Janusza Kurtykę, który na kilka dni przed swoją śmiercią nad Smoleńskiem w 2010 roku powiedział: „…demontaż państwa już się zakończył. Teraz zaczną znikać ludzie…”. W zeszłym roku tę bolesną refleksję jakby potwierdził podsłuchany przez tzw. kelnerów były minister spraw wewnętrznych, gdy w restauracji mówił na luzie o państwie Tuska, że jest „państwem teoretycznym”. – Skoro minister spraw wewnętrznych takie rzeczy mówi, to chyba wie, co mówi.
Musimy potwierdzić jego opinię: ma miejsce likwidacja państwa i wyprowadzka polskiego Narodu. Dla obecnej władzy Polska nie jest nazwą państwa, a zwłaszcza Ojczyzny. Polska to jedynie nazwa własna, ale – żerowiska. A zaczęto od demontażu polskiej tożsamości oraz polskiej kultury. Dzisiejszą Rzeczpospolitą – czyli nas – ośmiesza się. Ze szkół ruguje się polską historię, a z lektur – polską literaturę klasyczną. Język polityki, ulicy, teatru i filmu schamiał. Coraz głośniej i coraz częściej słychać rechot: z krzyża, z Ojczyzny, z polskości i z samej Polski. Nieobecny już w polskich szkołach Zygmunt Krasiński pisał: „Lecz narodu duch zatruty – to dopiero bólów ból”. Im gorzej jest wewnątrz Polski, tym łatwiej rządzić nią z zewnątrz. Tak było zawsze i tak jest dzisiaj.
Lecz pytanie o Polskę jest pytaniem o to, ile Polski jest w nas. Czy nasze serca w ogóle „pukają” jeszcze po polsku. O to pytał Wyspiański w swoim „Weselu”. Lipcowe wybory po tragedii smoleńskiej niestety dowodzą, że Polacy stracili poczucie własnej godności i nie ma komu bronić honoru państwa. Na głowę państwa wybrali wszak jednego z tych, którzy jeszcze niedawno na wszelkie sposoby drwili z prezydenta i szydzili z samej instytucji Prezydenta RP.
To „gruba kreska”, która spadła na nas w 1989 r., zatruła ducha Narodu. Stąd takie fatalne wybory. To dzięki tej „kresce” wśród elit polskiej polityki czy kultury są nadal aktywni – jak widać – spadkobiercy komunistycznych zbrodniarzy. Dlatego w lęku zamazują ponurą przeszłość swoich i wciąż zagłuszają wołanie ofiar. Jak długo więc działają spadkobiercy oprawców i jak długo katowskie trumny są stawiane nad grobowymi dołami „Wyklętych” – tak długo nie dotrzemy do prawdy, którą chcą ukryć w jamach grobowych. Stale i wciąż utrudnia się nam dotarcie do miejsc ich obecnego spoczynku.
Problemy z zebraniem funduszy napotkali twórcy filmów o Mieczysławie Dziemieszkiewiczu „Roju” i Witoldzie Pileckim. Nie doceniamy roli filmu w budowaniu tożsamości narodowej?
– Społeczeństwo ją docenia. Ale także bardzo doceniają siłę filmowego przekazu dysponenci państwowych dotacji. Doceniają ją zgoła inaczej niż ci młodzi, którzy piszą piosenki i robią teledyski o „Wyklętych”. Resortowi rozdawcy publicznych pieniędzy wspierają tylko te „wygodne” dla nich scenariusze filmowe, koncerty, imprezy czy wydawnictwa. Te, które raczej fałszują polską historię i godzą w nasze poczucie tożsamości. Między innymi właśnie teatr i kino stają się obszarem, gdzie atrakcyjnie i bezkarnie można bić w piersi Polaków za grzechy i winy innych. A do tego za pieniądze polskiego podatnika!
Oglądał Pan „Idę” w reżyserii Pawła Pawlikowskiego?
– Nie oglądałem jeszcze tego filmu. Boję się oglądać filmy z tezą. A słyszę od kolegów i czytam, że spotkam się tu z prostactwem w konstruowaniu tak sytuacji, jak i postaci, oraz że mogę mieć duże wątpliwości co do dbałości reżysera o rzetelność historyczną. Ale czy to w ogóle jest film polski? Jest czymś upiornym, gdy pierwowzorem jednej z dwóch głównych bohaterek „Idy” jest komunistyczna prokurator Helena Wolińska… Wszak obciąża ją wiele zbrodni na polskich żołnierzach. Czy jej historia ma tworzyć kolejne negatywne mity o Polsce i Polakach?
Oparcie losów bohaterki filmu na historii Heleny Wolińskiej jest prowokacją artystyczną?
– Raczej prowokacją antypolską. Szansą na sprowokowanie nośnych, bo antypolskich opinii. Można przecież bezkarnie, zawsze i gdziekolwiek na świecie mówić niestworzone rzeczy o Polakach. Że np. antysemityzm to narodowy grzech Polaków. Ale jest też kolejną akcją wymazywania pamięci o sądowych zbrodniach popełnianych na polskich bohaterach narodowych. W recenzjach czytam, że filmową prokuratorkę zżera sumienie. W filmie ma zapłacić cenę. Pokutować za grzechy, zapijając się. W życiu – nie. Bezkarna do śmierci. Brytyjczycy odmówili Polakom jej deportacji. Żyła w spokoju w Londynie. Paweł Pawlikowski – wtedy student – był częstym gościem w domu pani prokurator Wolińskiej. Kiedy odbierał Oscara za „Idę”, powiedział, że jego ekipa w Polsce pewnie już jest pijana… – Te krótkie słowa o pijanych Polakach poszły w świat. Są i będą zapamiętane!
Prowokacja i antypolski stereotyp stały się formą budowania popularności?
– Takie są ich słowa i takie są ich czyny. Dyrektor PISF uważa, że hollywoodzki sukces „Idy” dowodzi, że pieniądze Instytutu nie zostały zmarnowane. „Smoleńsk” jednak już nie otrzymał od PISF ani złotówki. Taka to dzisiaj jest polska filmowa rzeczywistość. Szalenie kulturalna.
A jaką przyszłość widzi Pan przed tematem Żołnierzy Niezłomnych w filmie?
– „Wyklęty” rotmistrz Pilecki nie pojawił się na ustach głowy państwa polskiego podczas niedawnej, okrągłej rocznicy oswobodzenia obozu Auschwitz… To znaczące przemilczenie. Rodziny rotmistrza też nie zaproszono… Taka jest polska polityka historyczna, czyli sygnał dla świata. Niedawno Niemcy przystąpili do odwracania historii, wypuściwszy w świat serial „Nasze matki, nasi ojcowie” – o bardzo ludzkich nazistach. Pokazują ich jako pozytywnych bohaterów mimo ich obiektywnych zbrodni zapisanych w historii ludzkości.
A nasi Niezłomni? Czy wciąż mają być przemilczanymi bandytami? Wywalczono Narodowy Dzień Pamięci „Żołnierzy Wyklętych”. Ale o ich historiach za mało się mówi. Historia rotmistrza Pileckiego mogłaby poruszyć niejedno ludzkie serce na świecie. Nie poruszy. Bo był tylko Polakiem.