• Środa, 18 marca 2026

    imieniny: Cyryla, Edwarda, Narcyza

Freund się cieszy, my nie

Czwartek, 26 lutego 2015 (19:36)

Niemiec Severin Freund został w Falun mistrzem świata w skokach narciarskich na dużym obiekcie. Broniący tytułu sprzed dwóch lat Kamil Stoch zajął 12. miejsce. Lepszy od niego okazał się dziewiąty Piotr Żyła, a Polacy generalnie zawiedli. Po raz kolejny w obecnym sezonie.

Miało być pięknie. A jeśli nie pięknie, to przynajmniej dobrze. Optymiści zakładali, że Stoch powtórzy wynik z Predazzo i znów stanie na najwyższym stopniu podium. Inni podkreślali, że szans na złoto za dużych nie ma, ale medal cały czas znajduje się w jego zasięgu. Sam zawodnik był pozytywnie nastawiony i w bojowym nastroju, który uzasadniały choćby rezultaty uzyskiwane przez niego na oficjalnych treningach. Spisywał się na nich znakomicie, przyznając, że duża skocznia w Falun pasuje mu zdecydowanie bardziej od normalnej. Na niej, w sobotę, był dopiero 17.

Niestety, do powtórki z Predazzo nie doszło. Zawodnik z Zębu nie włączył się do walki o najwyższe cele. Już w pierwszej serii, po lądowaniu na 125 m, miał kwaśną minę, bo wiedział, że to nie była odległość pozwalająca mu zrealizować marzenia. W drugiej uzyskał pół metra mniej, zajął dwunaste miejsce. Odległe od oczekiwanego, odległe od jego możliwości i ambicji. Nie mógł na nic i nikogo narzekać, nie przeszkodził mu wiatr, po prostu nie trafił na swój dzień i nie pokazał pełni swego talentu.

Lepiej wypadł Żyła. Za próby na 123 i 121,5 m otrzymał wyższe noty i uplasował się na dziewiątej pozycji. Był zadowolony, choć wydaje się, że i jego stać było na coś więcej. W finałowej serii znalazło się jeszcze dwóch naszych reprezentantów, 20. Klemens Murańka (123 i 113,5 m) oraz 29. Dawid Kubacki (dwa razy po 115,5 m). Kilka lat temu taki wynik przyjęlibyśmy być może z zadowoleniem, ale ostatnie sezony napompowały balonik oczekiwań i dziś wymagamy od Biało-Czerwonych więcej. Podobnie zresztą jak ono sami, dlatego drugi konkurs w Falun także pozostawił w nas niedosyt, i to spory.

Bohaterem czwartkowej rywalizacji okazał się Freund. Niemiec w obu seriach fruwał perfekcyjnie, niezwykle daleko i pięknie stylowo. W pierwszej, lądując na 134 m, rywali zamroczył, a w finałowej ich znokautował, dokładając do tej odległości półtora metra. W ten sposób nie tylko pobił nowy rekord obiektu, ale i odniósł największy sukces w karierze, zdobywając złoto mistrzostw świata. O jego dominacji, absolutnej dominacji świadczył fakt, że drugiego zawodnika wyprzedził aż o 22,3 pkt. To była przepaść.

A drugie miejsce, dość niespodziewanie, zajął  Gregor Schlierenzauer. To fantastyczny skoczek, ale w obecnym sezonie nie zachwycał, spisując się znacznie poniżej możliwości. Ale dziś pokazał klasę, uzyskał 128 i 130 m, co dało mu krążek w kolorze srebrnym. Brązowy wywalczył złoty medalista z mniejszej skoczni, Norweg Rune Velta (126,5 i 128,5).

Polacy będą mieli jeszcze szansę uratować mistrzostwa, bo w sobotę rozegrany zostanie konkurs drużynowy. By jednak zatrzeć kiepskie wrażenie, będą musieli w nim stanąć na podium. Czy to zadanie realne, czy misja niemożliwa do zrealizowania, niech każdy odpowie sobie sam.

 

Piotr Skrobisz