• Czwartek, 5 marca 2026

    imieniny: Adriana, Fryderyka, Oliwii

Mam patent na wielki futbol

Wtorek, 23 października 2012 (01:59)

Ze Zbigniewem Bońkiem, jednym z najlepszych polskich piłkarzy w historii, kandydatem na prezesa PZPN rozmawia Piotr Skrobisz

Dlaczego powinien Pan zostać prezesem PZPN?

– Jest pięciu kandydatów. Jeżeli środowisko uzna, że to ja jestem tym, który powinien prowadzić polską piłkę przez najbliższe cztery lata, to mnie wybierze. Wydaje mi się, że mam do tego odpowiednią wiedzę i doświadczenie.

Boniek ma twarz, zna języki, dogaduje się z ludźmi wielkiej piłki, bez wstydu może pokazać się za granicą, nie palnie niczego głupiego – tak Pana oceniają kibice. Kandydat bez wad?

– Nie ma ludzi bez wad. PZPN jest najważniejszym związkiem sportowym w Polsce. Wszyscy lubią w nim grzebać, sam czasami wykłada się na łopatki. Łatwo w niego uderzyć. I to trzeba zmienić. Piłka powinna budzić pozytywne, nie negatywne skojarzenia. Języki? Wartość dodatkowa. Prezes powinien przede wszystkim dobrze i składnie mówić po polsku, dobrze żyć z rodakami, promować futbol na terenie kraju.

Drugi raz staje Pan do wyścigu o prezesowski fotel. Mądrzejszy o wnioski z porażki sprzed czterech lat?

– Przede wszystkim starszy (śmiech). Ale mimo 56 lat wciąż czuję się młodo. Mam poukładane swoje życiowe sprawy, trochę wolnego czasu, który chciałbym poświęcić dla dobra polskiej piłki. Szczerze mówiąc, myślałem, że te wybory będą wyglądały nieco inaczej. Baronowie mieli wybrać swojego kandydata, prezesi klubów też. Na dziś nikt się nie określił, pozostało kilka dni.

W jakiej kondycji futbolową schedę zostawia Grzegorz Lato swemu następcy?

– Trudno mi powiedzieć, bo nie mam dostępu do kart, deklaracji, numerów i liczb. Chciałbym zobaczyć listę osób zatrudnionych w związku, przekonać się, jakie i za co biorą wynagrodzenia, jaki to jest procent całorocznego budżetu związku. Chciałbym przejrzeć umowy, by samemu osądzić, czy faktycznie zostały podpisane z korzyścią dla centrali i naszej piłki. Jeśli tak, nie widzę podstaw, by nie kontynuować tej linii, jeśli nie, szybko ją zmienię.

Jedno wiem – pod względem wizerunkowym, odwrócenia się w stronę kibica, PZPN leży. Nie jest przecież po to, by kłócić się z politykami, dziennikarzami, całym światem, bo to na jego postrzeganie wpływa fatalnie. Byłoby dobrze, by zaczął funkcjonować tak, by ktoś czasem nabrał odwagi i go pochwalił.

A jeśli chodzi o czysto sportową stronę polskiej piłki? Biorąc pod uwagę wynik reprezentacji na Euro, klęskę za klęską klubów w europejskich pucharach, jest źle, bardzo źle. Czy już dobiliśmy do dna?

– Odpowiem inaczej. Mnie najbardziej niepokoi fakt, że piłka nożna stała się w Polsce sportem elitarnym. Tymczasem większość najlepszych zawodników w jej historii pochodziło z biednych, normalnych rodzin z małych miasteczek. Dziś obserwuję zaś tendencję do tworzenia wszelkiego rodzaju akademii, orlików, grup młodzieżowych przy klubach, w których za wszystko trzeba słono płacić. To niebezpieczna tendencja, bo wiele talentów przepada z tego prostego powodu, że rodziców na taki wydatek najzwyczajniej w świecie nie stać. Na terenie każdego województwa, każdego miasta powinna być grupa, w której mogliby się szkolić i grać najzdolniejsi – całkiem za darmo. Nie może być tak, że futbol staje się zabawą dla bogatych. Poza tym trzeba przeobrazić rozgrywki juniorskie, by zwiększyć ich poziom oraz rywalizację. Opracować nowy system szkolenia, stawiający nie tyle na konkretny wynik, co wszechstronny rozwój.

Co według Pana wymaga w naszej piłce najszybszej naprawy?

– Przede wszystkim w i wokół PZPN powinna zapanować normalność. Wyprawa na mecz nie może być jakimś nieprawdopodobnym przedsięwzięciem. Musimy dużo rozmawiać na temat zabezpieczenia imprez, bo nie wyobrażam sobie, aby wciąż zamykano stadiony lub odwoływano spotkania. Dziś jeśli jakiś normalny kibic z Krakowa chce obejrzeć mecz w Warszawie, a akurat gra tam Wisła, to nie zostaje wpuszczony na trybuny. Absurd! Niekiedy odnoszę wrażenie, że pewne przypisy są skonstruowane tylko po to, by szybko złapać stu bandytów i nabić sobie statystyki.

Głównym celem mojej ewentualnej prezesury będzie przekonanie ludzi polskiej piłki, że to jest nasza, polska piłka. Nasza, polska firma. I dlatego trzeba z nią postępować tak jak z domem i jak w domowym budżecie dobrze wydawać każdą złotówkę. Musi zniknąć przekonanie, że związkowe pieniądze są niczyje, dlatego można je podzielić pomiędzy siebie. Pamiętajmy o tym, że 90-95 procent piłki w Polsce to piłka amatorska. Ile mamy klubów profesjonalnych? 16 w ekstraklasie, 18 w I lidze, kilka w II. Reszta to amatorzy, którym musimy pomóc.

Uchwały podejmowane przez związek, wszelkie regulaminy muszą być jasne i konkretne. Nie może być tak, że coś się postanawia, ale każdy ma szanse spróbować pokombinować i odpowiednie zapisy nagiąć pod siebie.

Brakuje nam zdolnej młodzieży czy po prostu nie potrafimy jej wychować?

– Polska młodzież jest tak samo zdolna jak w innych krajach, ale mamy system szkolenia, jaki mamy. To znaczy praktycznie on nie istnieje. Z drugiej strony kiedyś też go nie było, a zdobywaliśmy medale mistrzostw świata czy igrzysk olimpijskich. Postęp cywilizacyjny pod względem sportowym zmienił nas troszeczkę na gorsze. Zrobiliśmy się wygodniccy. Kiedyś dzieci całe dnie spędzały przed blokiem, uprawiając przeróżne sporty. Dziś grywają godzinami przed komputerem, a do sportu potrzebne jest szalone zdrowie, które w ten sposób się traci.

Od kilkunastu lat żaden klub nie awansował do Ligi Mistrzów, w Lidze Europejskiej tego lata dostaliśmy niesamowite lanie.

– Puchary to wykładnia stanu piłki. A piłka na wysokim poziomie jest wykładnią tego, co dzieje się na wszystkich szczeblach. Obrywamy w pucharach, a nasi zawodnicy są niesamowicie drodzy w porównaniu z piłkarzami podobnego formatu w Europie. A ile zarabiają! Nie możemy porównywać się oczywiście z Hiszpanami, Anglikami czy Włochami, ale nasze kluby płacą graczom naprawdę duże pieniądze, za duże! Zachwycamy się młodymi chłopakami, kreujemy ich na gwiazdy, choć jeszcze dobrze nie kopnęli piłki. Brakuje pokory, wszystkim.

Jeśli zostanie Pan prezesem, będzie Pan umiał współpracować z dotychczasowym zarządem, „betonowymi” działaczami?

– Uważam, że nie będę miał problemu z przekonaniem ludzi do tego, byśmy razem spróbowali zmienić postrzeganie polskiego futbolu. On wcale nie jest taki zły, nawet PZPN nie musi być zły, tylko potrzeba zmienić kilka fundamentalnych rzeczy. My lubimy generalizować. Po nieszczęsnym przełożonym meczu z Anglią uderzaliśmy w dramatyczne tony, że to kompromitacja Polski, wstyd na cały świat. Nieprawda. Polska nie ma nic do tego, skompromitowało się kilka osób, przez które nie dało się rozegrać spotkania w planowanym terminie. One powinny się wstydzić i powinny ponieść konsekwencje. Mniej więcej podobnie jest z PZPN.

Można poprawić jego wizerunek?

– Można, ale sam musi o to zadbać. Jak? Przez transparentność, konkretność, odwrócenie się do kibica, dobre relacje z mediami. Powiem panu coś kontrowersyjnego. Gdy na mecz pucharowy właściciel klubu zabiera dziesiątki działaczy, nikogo to nie boli. Ale kiedy prezes PZPN chce do czarterowego samolotu zabrać zarząd, prezesów ligowych klubów, podnosi się gigantyczny raban. A co w tym złego? Ci panowie dzięki temu mogą zobaczyć, jak buduje się wielki futbol, i pewne wzorce przenieść na krajowe realia. To inwestycja! Chciałbym, by za jakiś czas właśnie w ten sposób myślano, by PZPN był odbierany jako sprawny, dobrze funkcjonujący organizm.

Dziękuję za rozmowę.