Legenda legła w gruzach
Poniedziałek, 22 października 2012 (21:50)Zabierając amerykańskiemu kolarzowi Lance'owi Armstrongowi siedem triumfów w Tour de France, Międzynarodowa Unia Kolarska (UCI), zabiła legendę. Zabiła legendę największego formatu, tego największego i najwspanialszego z wyścigów kolarskich świata. To ogromny cios dla fanów kolarstwa, dla których w obecnym momencie w światowym peletonie ostatnich lat nie ma już „czystych” zawodników.
Dyskwalifikując Armstronga UCI zaakceptowała tym samym werdykt Amerykańskiej Agencji Antydopingowej (USADA), która 24 sierpnia, po długim dochodzeniu, pozbawiła Armstronga siedmiu wygranych w TdF, stwierdzając, że osiągnął te sukcesy przy użyciu niedozwolonych środków dopingowych. USADA unieważniła też wszystkie wyniki uzyskane przez Armstronga począwszy od 1 sierpnia 1998 roku.
Oznacza to, że dziś możemy już włożyć między bajki wszystkie te wspaniałe chwile, które przeżywaliśmy w czasach Tour de France „ery Armstronga”.
Jedną szybką decyzją panowie w białych kitlach, ramię w ramię z tymi przy zielonych stolikach, każą nam zapomnieć, że to co wydarzyło się w na drogach Wielkiej Pętli w latach 1999 – 2005, w ogóle miało miejsce.
Czy to oznacza, że wspaniałe pojedynki Amerykanina z takimi kolarzami jak Alex Zulle, Joseba Beloki czy „wiecznie drugi” Jan Urlich, też się nigdy nie wydarzyły?
Kibice bowiem do dziś z rozrzewnieniem wspominają te pamiętne momenty na trasie, jak wtedy kiedy Armstrong spojrzał głęboko Urlichowi w oczy i odjechał pod stromą górę. Czy też deszczową jazdę na czas kiedy Niemiec tak bardzo chciał dogonić Teksańczyka, aż się wywrócił. A także to kiedy Jan nie skorzystał z wywrotki swojego wielkiego rywala z USA i wstrzymał ucieczkę. Dziś się dowiadujemy, że to wszystko bujda na resorach, zaś wielki mistrz to zwykły oszust.
Jak zwykle w takich wypadkach UCI wyda „salomonowy” wyrok, tzn. nie przyzna tych zwycięstw nikomu. Z tym, że jest to znów kolejny absurd, gdyż przyznać nie miałaby zwyczajnie komu. A to, z tego prostego powodu, że wszyscy zawodnicy startujący w peletonie obok słynnego Amerykanina, jak jeden mąż byli również zamieszani w doping.
Także ci wspomniani przeze mnie Urlich, Zulle czy Beloki mają za sobą mniejsze lub większe epizody związane ze stosowaniem środków niedozwolonych. Mało tego, to nie tylko kolarze z podium Tour de France mają na sumieniu podobne grzechy. Niemal całe pierwsze dziesiątki tamtych lat są kojarzone z dopingiem. Z tą jednak różnicą, że wszystkim tym zawodnikom stosowanie dopingu udowodniono jeszcze w czasie ich aktywnej kariery zawodniczej, Amerykaninowi zaś nie.
Zadziwiające jest więc, że wobec Lance'a Armstronga wyciąga się dowody po kilku, a nawet kilkunastu latach od wydarzeń, których dotyczą. Chciałbym zwrócić uwagę, że jako zwycięzca całego Tour de France, a także jako triumfator licznych etapów tego wyścigu, Amerykanin był regularnie (ale to naprawdę REGULARNIE) badany na obecność dopingu. Do tego dochodziły kontrole losowe oraz tzw. niezapowiedziane naloty sędziów na siedziby zespołów. Niejeden zawodnik wpadał dzięki nim. Armstrongowi udawało się utrzymać wizerunek „czystego”. Nigdy nie wykryto u niego tak popularnego wśród kolarzy EPO, nie poddawał się przetaczaniu krwi, uniknął także zamieszania w słynną Operację Puerto (na niej wpadł choćby Urlich).
Dziś zaś dowody na zamieszanie siedmiokrotnego zwycięzcy Tour de France w ten nielegalny proceder jednak się znalazły. UCI dysponuje zeznaniami 26 osób, w tym 15 kolarzy, a także e-mailami, wynikami testów laboratoryjnych i dokumentów finansowych, które poświadczają wydawanie pieniędzy na niedozwolone środki dopingowe.
Ja osobiście nie chciałbym rozstrzygać, czy Lance Armstrong jest winny czy nie. Zdaje się jednak, że wobec Teksańczyka została złamana zasada lex retro non agit, bo skoro wszystko co stosował ponad 10 lat temu było dozwolone, to dlaczego przykładać do jego sprawy dzisiejsze przepisy?
Decyzja ta nie zmienia faktu, że pomimo iż światowe władze kolarskie toczą nieustanną wojnę z dopingiem, i tak duży odsetek współczesnego zawodowego peletonu jest w to zamieszany. Także Alberto Contador, typowany na następcę Armstronga, został przyłapany na stosowaniu niedozwolonych środków, i jemu również odebrano jedno ze zwycięstw we francuskim wyścigu.
Podobnie wygląda sprawa Floyda Landisa, czy też niedoszłego zwycięzcy Michaela Rasmussena, wycofanego z Wielkiej Pętli, zawczasu przez swoją drużynę. Jeśli więc wziąć pod uwagę te wszystkie anulowania wyników, przesunięcia tabel czy też skasowanie wszystkich rezultatów, można z czystym sumieniem powiedzieć, że w ostatnim 20-leciu połowa wyścigów Tour de France w ogóle nie miała miejsca. Absurd goni absurd.
Na zakończenie chciałbym przywołać myśl, która ciśnie się na zdrowy chłopski rozum od początku tej pobieżnej analizy – Skoro sami dopingowicze rywalizowali z innymi dopingowiczami, to chyba ostatecznie wszystko jest jednak w porządku i bez zmian…
Łukasz Sianożęcki