• Piątek, 8 maja 2026

    imieniny: Stanisława, Wiktora, Lizy

Tylko szpica NATO w Polsce może odstraszyć Putina

Sobota, 21 lutego 2015 (12:15)

Z gen. Romanem Polką, byłym dowódcą jednostki specjalnej GROM, w latach 2006-2008 zastępcą szefa Biura Bezpieczeństwa Narodowego, rozmawia Mariusz Kamieniecki

Panie Generale, w 1. rocznicę tragicznych wydarzeń na Majdanie w Kijowie ukraińskie władze ujawniły, że w ostrzale brały udział rosyjskie służby specjalne, a snajperami strzelającymi do demonstrantów kierował doradca prezydenta Putina Władysław Surkow…

– To jest przerażające. Po pierwsze, to pokazuje, że na czele państwa ukraińskiego stała marionetka będąca w ręku Putina. Zresztą Putin tak naprawdę pogardzał Janukowyczem, który sprzedał własne państwo i który kazał mordować swoich rodaków. Nie ma większej zbrodni na własnym narodzie niż ta, której dopuścił się Janukowycz. Po drugie, cała ta sytuacja pokazuje, że między Putinem a Janukowyczem istniał układ, według którego Ukraina miała funkcjonować niby samodzielnie, ale w istocie pełnić rolę satelity Rosji. W tej sytuacji nie mogło być mowy o członkostwie Ukrainy w Unii Europejskiej czy NATO. Dlatego Majdan w Kijowie, rewolucja, podczas której naród ukraiński w końcu upomniał się o swoją niepodległość, rozwścieczyła Rosję i stąd ta wojna, z którą obecnie mamy do czynienia. Szkoda tylko, że świat pozostaje bierny i krótkowzroczny, podobnie jak był wobec układania się Putina z Janukowyczem.

Ostatnie wydarzenia pokazują, że Rosjanie mają za nic ustalenia z Mińska i torują sobie drogę lądową na Krym. Czy zatem było to porozumienie?

– To farsa. Natomiast Rosja się nie zmienia, jest konsekwentna i pokazuje, że za nic ma jakiekolwiek ustalenia. Myślę, że powinniśmy się uderzyć także we własne piersi… Gdzie są doradcy z Polski, którzy pojawiali się na Majdanie, podpowiadali i w rzeczywistości poprowadzili Ukrainę w ślepą uliczkę, wprowadzając w błąd obecne władze w Kijowie. To, z czym mamy dziś do czynienia, pokazuje, że także wówczas nie było żadnej strategii, żadnego pomysłu czy mądrego głosu doradczego ze strony UE, a w istocie, że nie było woli krajów wspólnoty i NATO, żeby pomóc państwu ukraińskiemu.

Przed nami ten moment, kiedy zagrożone będzie już nie tylko bezpieczeństwo na Ukrainie, ale również w Europie?

– Myślę, że tak. Natomiast przerażające jest to, że do wielu ludzi wciąż nie dociera, że wojna na wschodzie Ukrainy nie toczy się gdzieś w zaświatach czy na Bliskim Wschodzie, ale działania wojenne mają miejsce w Europie. To nasz sąsiad jest zagrożony, jest de facto w stanie wojny z Rosją. To, co mówił śp. prezydent Lech Kaczyński, który stwierdził, że najpierw Gruzja, później Ukraina, następnie kraje nadbałtyckie, a dalej Polska, wydawało się wówczas absurdalne czy niewiarygodne i było przedmiotem kpiny i krytyki. Dziś okazuje się, że Rosja odkrywa swoje karty. Pokazuje i kolejny raz zaczyna grozić Gruzji, mówiąc, że nie dopuści do członkostwa tego kraju w NATO i UE. Jeżeli do tego dodamy bojówki rosyjskie i zawodowych żołnierzy, którzy często wbrew własnej woli działają na Ukrainie, to widzimy, jak działa Putin. Zmusza własnych żołnierzy, aby działali jak pospolici bandyci, a to jest zbrodnią i nie mieści się w żadnych standardach obowiązujących w cywilizowanym świecie.       

Ostatnio prof. Romuald Szeremietiew wyraził pogląd, że Rosja, chcąc odbudować swoje imperium, musi zaatakować Polskę…

– Zawsze podkreślałem, że lepiej dmuchać na zimne, niż gasić pożary. I tak powinni myśleć ludzie w mundurach, którzy odpowiadają dziś za bezpieczeństwo naszego państwa. Tak powinni myśleć politycy, bo po to się buduje i utrzymuje armię, po to jesteśmy członkiem NATO, żeby takie warianty rozważać i być na nie przygotowanym. Musimy dysponować rzeczywistą siłą odstraszania i jeżeli tej siły zabraknie, to ten najczarniejszy scenariusz może się spełnić. W tej sytuacji odradzałbym lekceważenie takich scenariuszy i z góry ich odrzucanie jako niemożliwych. Wszystko jest możliwe, co najlepiej pokazuje historia świata. W mojej ocenie Rosja jest w stanie zaatakować Polskę, ale utrzymać zdobyte terytorium, okupować je byłoby już znacznie trudniej. Stąd ze zdroworozsądkowego punktu widzenia byłoby to niekorzystne dla Rosji i spowodowałoby samo wyniszczenie tego kraju. Tyle tylko, że Putin nie zawsze kieruje się racjonalnymi przesłankami, dlatego trzeba być gotowym na różne scenariusze, które dzisiaj wydają się w ogóle nierealne.

Może właśnie stąd wynika jego przewaga?  

– Niewykluczone, że tak właśnie jest. Zresztą warto przypomnieć sobie słowa kanclerz Angeli Merkel, która po jednej z rozmów telefonicznych stwierdziła, że Władimir Putin nie jest chyba w pełni władz psychicznych. Zamiast mówić, że Putin zwariował, wolałbym, żeby świat zaczął poważnie traktować Rosję jako kraj, który może zagrozić stabilności Europy i świata. Dotychczasowe działania chociażby premiera Węgier Viktora Orbana, naszych południowych sąsiadów Czechów czy też nawet Niemców i Francji pokazują, że za cenę tzw. świętego spokoju kraje te byłyby gotowe oddać Rosji nie tylko Krym, ale również całą wschodnią Ukrainę.

Polska ma koncepcję obronną, czy może mamy do czynienia z doraźnymi, pozorowanymi ruchami, które wymusza rzeczywistość?

– Czytając Strategię Bezpieczeństwa Narodowego RP, na pierwszy rzut oka i od strony teorii, to w zasadzie trudno się do czegoś przyczepić, bo tam jest wszystko. Napisane jest także, że właściwie wszystkie zagrożenia, jakie się mogą przed nami pojawić, będą traktowane priorytetowo. Jeżeli jest kilkanaście priorytetów, to oznacza, że tak naprawdę nie ma żadnego. To pokazuje, że niestety nie mamy spójnej strategii systemów bezpieczeństwa państwa. Przykładem pomieszania z poplątaniem jest to, że do Strategii Bezpieczeństwa Narodowego RP wrzucono nawet kwestie systemu kierowania siłami zbrojnymi, który to element w ogóle nie powinien się tam znaleźć. Podobnie jest z podnoszoną ostatnio jako wielki sukces sprawą zwiększenia wydatków na obronność do 2 proc. PKB. Tyle tylko, że jak się spojrzy na szczegóły, to widać, że tak naprawdę strategia nie istnieje, nie ma też żadnego pomysłu na armię. To, co mamy, to strategia od Sasa do Lasa i próby nadrabiania zaległości, które doprowadziły do zrujnowania Marynarki Wojennej, do rozbrojenia lotnictwa, które co prawda dysponuje samolotami F-16 i śmigłowcami Mi-24, ale nie mamy do tych maszyn właściwego uzbrojenia niezbędnego do prowadzenia walki. Podobnie jest z obroną przeciwlotniczą, której nie ma, a która w strategii zakupów ma się pojawić, ale dopiero w 2022 r. To wszystko pokazuje, że ostatnie dwie kadencje w Sejmie zostały przespane, bo nie zrobiono nic, żeby poprawić naszą zdolność obronną. Natomiast przed wyborami, pod presją społeczeństwa, które żąda raportu o stanie bezpieczeństwa państwa, zwłaszcza w obliczu tego, co się dzieje za naszą wschodnią granicą, znów słychać mnóstwo zapewnień o tym, jakim to po modernizacji będziemy tygrysem, który zawalczy cały świat.

Ale prezydent Bronisław Komorowski uspokaja, że nic nam nie grozi i twierdzi, że ci, którzy mówią o zagrożeniu wojną, straszą Polaków…

– Głosy, że nic nam nie grozi, słyszeliśmy już wielokrotnie, wiele razy informowano też, w jaki sposób będzie modernizowana nasza armia, tyle że słowa i deklaracje to jedno, a czyny i to, co się dzieje na świecie, to zupełnie inna rzeczywistość. Przypomnę tylko, że po katastrofie smoleńskiej ówczesny premier Donald Tusk, dzisiaj szef Rady Europejskiej, mówił, że Rosja w sposób najbardziej obiektywny i rzetelny przeprowadzi śledztwo, a obecna premier Ewa Kopacz informowała o tym, jak to rzetelnie nasi „bracia” za wschodniej granicy przesiali i przekopali metr w głąb miejsce katastrofy. Natomiast jaka była prawda, wszyscy doskonale wiemy. Może dobrze byłoby, gdyby media częściej niż to robią dotychczas rozliczały polityków za wypowiadane sądy i zadawały trudne pytania, domagając się rzeczowych odpowiedzi. Skoro politycy nie potrafią przewidywać, skoro nie potrafią myśleć przyszłościowo, to nie należy im wierzyć. Ludzie, którzy nie potrafią bądź nie chcą tego zobowiązania wypełnić, nie mają prawa brać odpowiedzialności za państwo i bezpieczeństwo jego obywateli.

Skoro mowa o bezpieczeństwie, to czy stać nas aktualnie na zbudowanie systemu militarnego, który skutecznie mógłby zniechęcić Rosję do ataku na Polskę?

– Myślę, że stać nas, ale wcześniej jest wiele rzeczy do zrobienia. Po pierwsze, nie można marnować kapitału ludzkiego, który jest widoczny w różnego rodzaju organizacjach paramilitarnych, nie wolno marnować wysiłku ludzi, ich pasji. Trudno się dziwić, że młodzi ludzie czy nawet starsi nie garną się do armii. Nie chcą tylko ćwiczyć musztrę i uczyć się, jak uruchamiać gaśnicę przeciwpożarową, tak jak to było podczas pokazu umiejętności Narodowych Sił Rezerwowych, który kilka lat temu zorganizował ówczesny minister obrony Bogdan Klich. Konieczne jest szkolenie i budowa zdolności obronnych. Ponadto myśl strategiczna musi być jedna, wspólna i trzeba ją budować, wyznaczając konkretne priorytety, szukając dróg dojścia do naszych partnerów. Wszystko po to, aby nasz głos w NATO czy UE był słyszalny. Dziś mamy byłego premiera na stanowisku prezydenta Europy, a negocjacje w obszarze, który nas najbardziej interesuje prowadzą – nie wiedzieć czemu – kanclerz Niemiec i prezydent Francji. To sprawia, że zasadne jest pytanie: po co właściwie nam UE, skoro te dwa państwa same z siebie i w dobrze pojętym własnym interesie prowadzą rozmowy dotyczące pokoju i przyszłości Europy? Nie wygląda mi na to, żeby to Donald Tusk w imieniu UE delegował kanclerz Merkel czy prezydenta Hollande do tych negocjacji. Z drugiej strony pokazuje to, jak łatwo można podzielić Europę i po co rozmawiać ze Wspólnotą, skoro wystarczy dogadać się z konkretnymi przywódcami państw.

Inspektorat Uzbrojenia rozpoczął przetarg na dostawę ponad 120 zestawów drabin abordażowych. Pana zdaniem, to niezbędny w tym momencie sprzęt dla wojska?

– To pokazuje niestety absurdy, z jakimi mamy do czynienia w Polsce. Może i byłoby to śmieszne, gdyby nie godziło w naszą obronność i bezpieczeństwo. Okazuje się, że ci, którzy powinni odpowiadać za strategię i myślenie perspektywiczne, za spójność priorytetów w zakresie obronności Polski i związane z tym chociażby zakupy, bardziej skupiają się na działaniach doraźnych, propagandzie i kupowaniu akuratnie tego, co aktualnie pojawia się na rynku. Przy tym głosi się wszem i wobec, jakie to mamy sukcesy, a niekoniecznie zaopatruje naszą armię w sprzęt, który faktycznie jest potrzebny na polu walki.

Do Portu Wojennego w Gdyni weszło wczoraj pięć okrętów Stałego Zespołu Sił Obrony Przeciwminowej NATO. Co to oznacza?

– To wyraz kontaktów roboczych w ramach Sojuszu Północnoatlantyckiego. Tyle tylko, że poziom tych kontaktów czy współdziałania sprowadza się w zasadzie tylko do ćwiczeń np. kompanii, którą wita więcej VIP-ów niż ludzi w tej kompanii służy: minister, generałowie. Jak przyjrzeć się temu z bliska, to wygląda to kuriozalnie. Okazuje się, że minister i generałowie witają kapitana, który czuje się zakłopotany całą tą sytuacją i nie bardzo wie, jak się zachować, bo tylu oficjeli wcześniej nie widział. Zamiast gościnnych wizyt Polsce potrzebne są bazy niekoniecznie ze stale przebywającymi wojskami, ale bazy, gdzie konkretne dywizje NATO będą trzymały swój sprzęt, broń, całe swoje wyposażenie, które w przypadku zagrożenia może zostać wprowadzone do działania sprzęt, którego nie trzeba będzie dopiero sprowadzać, co może trwać miesiącami. To po pierwsze. Po drugie, nam potrzebna jest szpica NATO, czyli zwarta siła reagowania, ale nie taka, która przejawia się we wspólnych ćwiczeniach na poligonach, tylko taka, która będzie miała konkretne kompetencje i możliwość wchodzenia natychmiast do walki na wypadek zagrożenia czy agresji. Niestety wciąż działamy reaktywnie, tymczasem powinniśmy przejmować inicjatywę i działać wyprzedzająco w stosunku do tego, co czynią nasi sąsiedzi w tym wypadku Rosjanie.

Patrząc realnie, możemy liczyć, że taka szpica NATO, która skutecznie odstraszyłaby Rosję, ma szansę powstania i czy Putin sobie na coś takiego pozwoli?

– Tu rzeczywiście mamy duży problem. Częścią szpicy NATO był liczący ok. 5 tysięcy żołnierzy 18. Batalion Powietrzno-Desantowy z Bielska Białej, który pojechał do Kosowa i który ćwiczył we Włoszech w Siłach Natychmiastowego Reagowania. Znaliśmy się osobiście z dowódcami, nie były to zatem siły wirtualne. Jednak w 2002 r. rozwiązano tę szpicę i w tej chwili nie ma woli wszystkich państw, żeby ją przywrócić na nowo. Chodzi tu o Czechów, Węgrów, ale także o Niemców czy Francję, które niespecjalnie są zainteresowani, żeby taka moc zaistniała. Mówi się też o Korpusie w Szczecinie, że to niby on miałby przejąć funkcję dowodzenia, tyle tylko, że zapomina się, iż jest to korpus trzeciorzędowy, który nie ma żadnej mocy decyzyjnej, co w sytuacji konfliktu wymagałoby znów zgody polityków. Według mnie powinniśmy podjąć bardziej zdecydowane działania na polu dyplomatycznym, bo mimo, iż mamy żołnierzy z doświadczeniem z Iraku, Afganistanu czy Kosowa, to jeżeli politycy nie wyrażą zgody, nie wymuszą na NATO, aby samo reagowało na sytuację za naszą wschodnią granicą, a nie dopiero na wezwania z Polski, to silna pięść, jaką powinno być NATO, będzie tylko na papierze.

Dziękuję za rozmowę.

Mariusz Kamieniecki