• Piątek, 8 maja 2026

    imieniny: Stanisława, Wiktora, Lizy

Walka trwa

Piątek, 20 lutego 2015 (18:39)

Z Ryszardem Majdzikiem, uczestnikiem rotacyjnego Protestu Głodowego w Krakowie Bieżanowie z 1985 roku, rozmawia Marcin Austyn

Pana udział w proteście bieżanowskim był oczywistością?

– To była inicjatywa naszego środowiska. Mój ojciec był współzałożycielem Konfederacji Polski Niepodległej. Uczestniczył w proteście od pierwszego dnia, ja dołączyłem dzień później, bo musiałem uzyskać zwolnienie z pracy. Wszystko to działo się po zamordowaniu ks. Jerzego Popiełuszki. Zaczęto też zamykać więźniów politycznych. Miarka się przebrała, zaczęliśmy szukać miejsca na protest. Oczywiście nie było mowy, by taką akcję przeprowadzić w prywatnym domu, bo to nie przyniosłoby efektów. Wtedy padł pomysł, by był to Bieżanów, gdzie gospodarzem parafii był ks. Adolf Chojnacki. Gdy dowiedział się, że będzie tu Ania Walentynowicz, gdy usłyszał inne zaangażowane w akcję znane nazwiska działaczy opozycji, wyraził zgodę i przyjął protest.

Jak długo Pan głodował?

– Siedem dni. Tyle dostałem urlopu. To nie było łatwe, bo w tym okresie zostałem wyrzucony z pracy z ELBUD-u i dopiero po dwóch latach znalazłem pracę w zakładzie melioracyjnym. Protestowaliśmy w słusznej sprawie. Przeciwko represjom wobec duchownych i działaczy opozycyjnych.

Takie akcje przynosiły skutek?

– Gdyby ich nie było, władza komunistyczna nie zawahałaby się przed żadną zbrodnią. Represje byłyby coraz mocniejsze, a niewyjaśnione zgony coraz częstsze. Takie akcje zatrzymywały te zapędy komunistów. Widzieli, że ludzie organizują się od nowa. Ten okres był specyficzny. Naród wchodził w pewien marazm. Władza sądziła, że jeśli zamorduje księdza, to ostatecznie nas dobiją i już nikt nie będzie się upomniał o niepodległość. Śmierć ks. Jerzego przyniosła dokładnie odwrotny skutek. Pojawiały się kolejne punkty zapalne, w tym ta najdłuższa, bo trwająca 194 dni głodówka rotacyjna w Bieżanowie.

Wspólne protesty jednoczyły?

– Oczywiście. W bieżanowskim proteście brały udział osoby z całej Polski i z różnych środowisk. To owocowało. Głodówka nie zakończyła się 31 sierpnia 1985 roku, bo ci ludzie stąd odjeżdżali i działali w swoich środowiskach. Co więcej, ludzie z małych miejscowości widzieli, że mogą liczyć na wsparcie i włączali się w działalność opozycyjną. Niestety, ceną tego odnowienia była śmierć kolejnych kapłanów, jak np. ks. Stanisława Suchowolca, ale gdyby nie te protesty, gdyby nie poparcie ludzi, także Zachodu, tych ofiar byłoby więcej.

Odzew społeczny na Wasz protest był odczuwalny?

– Ludzie w tamtym czasie byli bardziej wrażliwi niż dzisiaj. Widząc represje ze strony władzy, reagowali. Jeśli milicjant kogoś bił, to ludzie się zwoływali i pomagali. Widać było tę solidarność międzyludzką, było to coś pięknego. To wszystko sprawiło, że ludzie na nowo uwierzyli, że można ten system pokonać, ale walką, nie biernością.

Głodówka w Bieżanowie nie była pierwszą taką Pana inicjatywą?

– Pierwszą głodówkę – dziesięciodniową – podjąłem, gdy byłem internowany na początku lat 80. Później wraz z kolegami podjęliśmy kolejną taką akcję. Głodowałem przez 51 dni. Muszę przyznać, że głodówka w więzieniu jest trudniejsza. Tu, w Bieżanowie, na wolności, ludzie do nas przychodzili i nas wspierali. Było widać sens tej głodówki. Choć muszę przyznać, że postulaty, jakie zgłaszaliśmy w więzieniu na skutek protestu, zaczęły być realizowane. Potem podejmowałem jeszcze kilka takich protestów. Jeden z nich, trzydziestodniowy, musiałem podjąć niestety już ponoć w wolnej Polsce. Było to w 2002 roku, przed wizytą Ojca Świętego w Polsce, gdy były plany likwidacji ELBUD-u. Wygraliśmy. Ostatnią głodówkę podjęliśmy z kolegami w 2012 roku w obronie nauczania historii w szkołach.

Dziękuję za rozmowę.

Marcin Austyn