• Piątek, 8 maja 2026

    imieniny: Stanisława, Wiktora, Lizy

Wydatki na obronność trzeba najpierw dobrze zaplanować

Środa, 18 lutego 2015 (09:27)

Z dr. Przemysławem Wójtowiczem, politologiem, wykładowcą w Wyższej Szkole Kultury Społecznej i Medialnej w Toruniu, rozmawia Mariusz Kamieniecki

Prezydent Putin gościł na Węgrzech. Czy postawa premiera Orbána może świadczyć, że jedność europejska, w której należałoby upatrywać przeciwwagę dla imperialnych zapędów Moskwy, zaczyna być mitem?

– Tak naprawdę tej jedności we właściwym rozumieniu tego słowa w Europie nie ma i nigdy nie było. Owszem, hasło to funkcjonowało i szafowano nim bez umiaru w różnych mało ważnych sytuacjach, ale patrząc na Europę czy to sprzed zjednoczenia, czy Europę państw członkowskich, to w strategicznych sprawach każde z państw Unii Europejskiej realizuje własną politykę.

Lepsza jest zwarta Europa czy może szyk rozproszony, ale ze szpicą, w której część najsilniejszych państw występuje bardziej zdecydowanie wobec poczynań Rosji?

– Mimo wszystko w strategicznych kwestiach, jak chociażby stosunek do Rosji jako agresora, dla Europy lepsze byłoby występowanie jako jedność, a przynajmniej bardziej solidarnie, niż ma to miejsce obecnie. Tylko taki mocny głos może być ewentualnie równorzędny wobec polityki rosyjskiej.

Czy taka solidarność jest w ogóle możliwa?

– Może nie we wszystkich obszarach, ale przynajmniej w tych najbardziej priorytetowych kwestiach, owszem, można wypracować kompromis. To jednak oznacza, że część państw byłaby zmuszona zrewidować, zmienić i być może ustąpić ze swoich interesów, ale sądzę, że mimo konfliktu interesów jest to możliwe. Oczywiście zawsze zdarzają się państwa, które mogą mieć odmienne zdanie, co obserwujemy dziś w przypadku Węgier. Nie obrażając Węgrów, nie jest to jednak państwo duże czy wiodące w Unii Europejskiej i ich postawa nie będzie mieć aż tak wielkiego znaczenia. Decydujące będzie natomiast stanowisko i jedność opinii głównych rozgrywających na Starym Kontynencie, a więc Niemiec, Francji czy Wielkiej Brytanii.

Prezydent Bronisław Komorowski zadeklarował wsparcie finansowe dla Ukrainy, tymczasem Polska została odsunięta od tzw. negocjacji w sprawie Ukrainy, na co przecież musiał wyrazić zgodę prezydent Poroszenko. Czy w tej sytuacji nie powinniśmy być bardziej powściągliwi?

– Kwestię, którą pan porusza, według mnie można rozważać w dwojaki sposób: pomoc dla narodu ukraińskiego jest jak najbardziej na miejscu i powinniśmy się w to włączyć. Pytanie brzmi: na co ta pomoc zostanie wykorzystana? Jeżeli ma to być pomoc polegająca np. na dofinansowaniu upadłego budżetu państwa ukraińskiego, to będą to pieniądze wyrzucone w błoto. Natomiast powinniśmy być za pomocą humanitarną dla ofiar trwającej wojny, a więc dla ukraińskiego społeczeństwa. Takie podejście byłoby zatem uzasadnione.

W rosyjskich mediach pojawiły się stwierdzenia, że w ciągu dwóch dni wojska tego kraju są w stanie zająć Warszawę. Czy tego typu zaczepki nie powinny spotkać się ze zdecydowaną reakcją ze strony polskiej dyplomacji?

– Różnie można podchodzić do tego typu rewelacji, które, jak słyszałem, pojawiły się w jednym z programów na wpół satyrycznych telewizji rosyjskiej, zresztą podobno były tam też odniesienia do innych stolic europejskich. Tak czy inaczej w Rosji, która, jak by nie było, jest państwem autorytarnym, w którym rzecz jasna dziennikarze również podlegają kontroli władzy, jest to, w mojej ocenie, element gry PR-owskiej związanej z zaostrzającą się wojną nerwów prowadzoną przez Moskwę z Zachodem. Trzeba też zauważyć, że pod tym względem autorytarne państwo rosyjskie jest o wiele bardziej sprawne od państw zachodnich, z prostej przyczyny, a mianowicie jest bardziej jednolite zarówno politycznie, jak i medialnie. Stąd takie zagrywki są możliwe. Takie jest moje zdanie, natomiast jak jest w rzeczywistości, obyśmy nigdy nie musieli tego doświadczyć.

Czy armia w obecnym kształcie jest w stanie zapewnić nam bezpieczeństwo?

– Mimo wszystko wierzę w sprawność polskiej armii. Co prawda nie jest to armia zbyt liczna, ale pamiętajmy, że jest to armia zawodowa, a żołnierz zawodowy, przynajmniej w założeniu, jest czy też powinien być lepszy od żołnierza z poboru, który trafia do wojska z przymusu.  

Premier Ewa Kopacz zapowiedziała, że od 2016 r. wydatki obronne Polski wzrosną do nie mniej niż 2 proc. PKB. Czy nie za późno…?

– Myślę, że każdy czas na poprawę poziomu obronności i modernizację naszej armii jest dobry, zwłaszcza że jest to spełnienie zaleceń NATO z ubiegłorocznego szczytu w Newport. Trzeba też przypomnieć, że ostatnimi laty budżet Polski na obronność, mimo że był na poziomie 1,95 proc. PKB, to i tak część tych pieniędzy rokrocznie nie była wykorzystywana i środki te były przez resort obrony zwracane do budżetu państwa, bo MON nie było w stanie ich wydać. Stąd, w mojej ocenie, problem tkwi gdzie indziej, mianowicie żeby te zapowiedziane przez premier Ewę Kopacz zwiększone środki finansowe zostały właściwie zagospodarowane. Cóż bowiem z tego, że zwiększy się budżet na obronność, co bez wątpienia brzmi ładnie medialnie, skoro powtórzy się sytuacja z ubiegłych lat, kiedy brak odpowiedniej koncepcji obronnej i programów modernizacyjnych spowoduje, że pod koniec danego roku budżetowego cichaczem niewykorzystane pieniądze będą przez MON zwracane do kasy państwa, bo założenia zostały źle przygotowane. Trzeba zatem dopasować strategię do możliwości polskich koncernów zbrojeniowych. Wszyscy pamiętamy też sytuację sprzed kilku lat, kiedy dziura budżetowa się powiększyła i rząd Donalda Tuska zabrał z wydatków na obronność ponad 3 mld zł. Tego typu sytuacje są niedopuszczalne zwłaszcza w obliczu wydarzeń, jakie rozgrywają się za naszą wschodnią granicą. Od rozwagi rządu, od poważnego podejścia do problemu modernizacji armii zależy przyszłe bezpieczeństwo Polski. Należy też pamiętać, że modernizacja to nie jest kwestia roku czy dwóch, ale długofalowy proces, który wymaga rzetelnego przygotowania i realizacji.

Dziękuję za rozmowę.

Mariusz Kamieniecki