Niemożliwe nie istnieje
Czwartek, 12 lutego 2015 (02:06)Z Michałem Szybą, bohaterem meczu o brąz mistrzostw świata piłkarzy ręcznych, rozmawia Piotr Skrobisz
Czuje się Pan bohaterem mistrzostw świata?
– Nie i szczerze mówiąc, podobne pytania troszkę mnie peszą. Nie jestem przyzwyczajony do takiej sytuacji, szumu wokół własnej osoby, bo do tej pory się z nim nie spotykałem. Nie znaczy to oczywiście, że nie jest to miłe, bo to, co zobaczyliśmy po powrocie z Kataru do kraju, było niezwykłe. Dla takich chwil, dla takich kibiców warto walczyć i zostawiać serce na boisku.
Czyli „szybomanii” Pan nie nakręcał?
– Spokojnie. Znam swoje miejsce w szeregu, rodzice od najmłodszych lat wpajali mi, że trzeba być skromnym i szanować innych, stąd po ziemi stąpam mocno obiema nogami. Z przeróżnymi „maniami” mieliśmy do czynienia w przypadku wielkich sportowców, medalistów olimpijskich, z którymi nawet nie chcę się porównywać.
Rozumiem, ale Pana rzut z ostatnich sekund meczu z Hiszpanią o brązowy medal też zapisał się na trwałe w historii polskiego sportu.
– I ja również będę go wspominał do końca życia. Wcześniej mistrzostwa były dla mnie huśtawką nastrojów, grywałem mało albo wcale, dlatego tak cieszyłem się, że jak dostałem szansę, to ją wykorzystałem. Mówiąc inaczej, dołożyłem swoją cegiełkę do sukcesu reprezentacji.
I zmusił Pan do samokrytyki trenera Michaela Bieglera, który przyznał, że popełnił błąd, nie dając Panu wcześniej pograć więcej.
– Po to się trenuje, by rzucać takie bramki i przeżywać takie chwile. Każdy z nas chciałby grać, ja również, ale być może dzięki temu, że występowałem mniej od kolegów, zachowałem więcej sił i świeżości, które przyniosły konkretne owoce w spotkaniu z Hiszpanią. Może, ale to tylko gdybanie.
Jakie myśli kołaczą się w głowie, gdy do końca spotkania pozostaje kilkanaście sekund i trzeba rzucić bramkę, by przedłużyć nadzieje na medal? Gdy nie ma miejsca na najdrobniejszą pomyłkę?
– Szczerze? Nie ma czasu na myślenie. Wiedzieliśmy, że mamy jedną szansę i musimy ją wykorzystać, stąd krzyknęliśmy tylko do siebie, że musimy do końca zachować zimne głowy. Michał Jurecki ściągnął na siebie dwóch obrońców, świetnie podał mi piłkę, a ja nie mogłem zawieść. Nawet się nie zastanawialiśmy, co by było, gdyby wtedy piłka nie wpadła do siatki.
To była wytrenowana akcja, czyli wiedział Pan, że dostanie piłkę i będzie rzucał?
– Nie. Gdy ją zaczynaliśmy, ja jeszcze siedziałem na ławce kar. Gra toczyła się bez żadnej przerwy, nie było szans, by coś skonsultować czy ustalić. Po prostu dostałem piłkę...
…zamknął Pan oczy i rzucił?
– Chyba nie zamykałem (śmiech). Ale nie będę czarował, mówiąc, że mierzyłem i celowałem dokładnie tam, gdzie piłka wpadła. Pozycja była ciężka, ja chciałem dobrze rzucić z kozłem, by jak najbardziej utrudnić interwencję bramkarzowi.
Ten mecz o brąz był idealną klamrą spinającą całe mistrzostwa. Dramatyczne, pełne emocji, w których wychodziliście obronną ręką z niesamowitych opresji. Jak to się robi?
– Gdyby prześledzić cały turniej, to z wyjątkiem meczu z Arabią Saudyjską we wszystkich toczyliśmy prawdziwe horrory, rozstrzygające się w samych końcówkach. Powiem zatem tak: naszą drużynę cechuje to, że jest drużyną i nigdy nie traci wiary. Czasami brakuje nam zdrowia, ale nadrabiamy to ambicją i wolą walki. Poza tym nie zapominajmy, że mamy w kadrze świetnych, doświadczonych zawodników, posiadających umiejętności na światowym poziomie. Sławek Szmal, Karol Bielecki czy bracia Jureccy zarażają nas swoją pasją, zaangażowaniem, ofiarnością. To właśnie cechuje wielkich sportowców, ta wiara w to, że nie ma rzeczy niemożliwych i można wygrywać nawet wtedy, gdy sytuacja wydaje się pozornie beznadziejna.
Lecąc do Kataru, mówiliście: skupiamy się na najbliższym meczu. Kiedy pojawił się temat medalu?
– Skupialiśmy się na najbliższym meczu, bo trafiliśmy do bardzo ciężkiej grupy i nie sposób było wybiegać myślami daleko. O medalu zaczęliśmy mówić dopiero po ćwierćfinałowej wygranej z Chorwacją, rywalem wyjątkowo dla nas niewygodnym, którego nie potrafiliśmy pokonać przez kilka lat. Kiedy weszliśmy do najlepszej czwórki, powiedzieliśmy sobie, że wszystko jest możliwe, i każdemu gdzieś z tyłu głowy pojawił się medal. Półfinałowa porażka z Katarem, w kontrowersyjnych okolicznościach, dodatkowo nas umocniła i zmotywowała.
Ale w nas jest coś jeszcze. Mocna wiara, ta dosłowna, wręcz namacalna. W Katarze towarzyszył nam ksiądz Edward Pleń, kapelan polskich sportowców, odprawiał dla nas Msze Święte, modliliśmy się, rozmawialiśmy. Bóg dodawał nam skrzydeł.
Niektórzy, oczywiście z przymrużeniem oka, mieli do Was żal o to, że fundujecie takie dreszczowce, raczej nie dla osób o słabych nerwach. Nawet Bartosz Jurecki tłumaczył, że nie robicie tego specjalnie.
– Bo nie robimy. Sami też wolelibyśmy sobie oszczędzić tych emocji, ale z drugiej strony mielibyśmy chyba mniej fanów (śmiech). A tak na poważnie, w Katarze walczyliśmy nie tylko z rywalami. Dopadła nas plaga kontuzji, chłopaki grali z mniej lub bardziej powykręcanymi kostkami, brali środki przeciwbólowe, zaciskali zęby i walczyli, ani na moment nie odpuszczając. Każdy za każdym poszedłby w ogień, tak było kiedyś, tak jest teraz. I każdy dołożył swoją cegiełkę do medalu.
Cieszymy się, że podtrzymaliśmy piękną serię polskiego sportu. W poprzednim roku siatkarze zostali mistrzami świata, piłkarze nożni odnieśli historyczne zwycięstwo nad Niemcami i prowadzą w tabeli eliminacji Euro 2016. Teraz na podium stanęliśmy my i oby podobnych sukcesów było więcej.
Odbierając brąz, powiedział Pan, że jest cenniejszy niż złoto.
– Tkwiła w nas spora zadra po półfinale z Katarem, który, mówiąc oględnie, nie był najbardziej sprawiedliwie prowadzonym spotkaniem mistrzostw. Bardzo chcieliśmy się odkuć, podnieść, by nie wrócić do domu z pustymi rękoma. Aby to osiągnąć, musieliśmy pokonać zespół, który na poprzednich mistrzostwach świata był bezkonkurencyjny. Dokonaliśmy tego.
I nie ma co ukrywać: jechaliśmy do Kataru w umiarkowanych nastrojach i z umiarkowanymi nadziejami. Chyba do końca sami nie wiedzieliśmy, na co tak naprawdę nas stać.
Co dalej? Myśli Pan już o przyszłorocznych mistrzostwach świata i igrzyskach olimpijskich?
– Nie wybiegam jeszcze myślami tak daleko. Na razie, podobnie jak koledzy, wróciłem do klubu i będę mocno pracował, by zasłużyć na kolejne powołania do kadry. Po mistrzostwach w Katarze wiem jednak, że nie ma dla nas rzeczy niemożliwych. Zresztą podobny duch towarzyszy reprezentacji od medalu mistrzostw świata, zdobytego w 2007 r.
Najbliższa wielka impreza, mistrzostwa Europy, odbędzie się w naszym kraju. Wiemy doskonale, jakie są oczekiwania, jakie nadzieje, zresztą my też mamy swoje. Zdobyć medal u siebie w kraju, przy fantastycznej polskiej publiczności, byłoby czymś niewiarygodnie wspaniałym. Zrobimy wszystko, by tak się stało.