• Piątek, 8 maja 2026

    imieniny: Stanisława, Wiktora, Lizy

Mit apolityczności

Piątek, 6 lutego 2015 (19:35)

Z dr. Marcinem Zarzeckim, socjologiem polityki i wicedyrektorem Instytutu Socjologii UKSW, rozmawia Rafał Stefaniuk

„Zgoda buduje” - ten zwrot stał się hasłem zwycięskiej kampanii Bronisława Komorowskiego o fotel prezydenta w 2010 roku. Teraz zapowiedział ubieganie się o reelekcję.  Udało się prezydentowi zrealizować główne hasło swojej kampanii?

– Niezależnie od tego, czy hasło zostało zrealizowane, czy nie, Bronisław Komorowski jako kandydat Platformy Obywatelskiej może się sprawdzić. Patrząc na sondaże, myślę, że Polacy w swojej percepcji wcale nie odebrali niezrealizowania obietnic przez prezydenta jako czegoś, co całkowicie go dyskwalifikuje. Wynika to z tego, że mamy tak niską podmiotowość obywatelską, że część społeczeństwa nie rozlicza już polityków z obietnic i tego, co zrobił. Elektorat Komorowskiego jedynie zaspokaja się jego wizerunkiem jako polityka, który jest „nieobecny” i nie ma większego wpływu na scenę polityczną. W mojej ocenie prezydent Komorowski nie zrealizował swojego hasła. Był co prawda łącznikiem różnych opcji politycznych, ale grał zawsze do jednej i tej samej bramki.

W wyniku przechodzącej przez Polskę fali strajków niezadowolenie wobec rządów Platformy wzrasta. Przełoży się to na wynik wyborczy Bronisława Komorowskiego?

– Niekoniecznie. Zwróćmy uwagę, że prezydent nie angażuje się w te najbardziej gwałtowne i radykalne działania Platformy Obywatelskiej. Wszyscy wiemy, że głównym zapleczem politycznym prezydenta jest Platforma, jednakże cięgi spadają na któregoś z premierów. To jest bardzo dobra strategia marketingowa, która może doprowadzić do reelekcji. Nie jest jednoznacznie identyfikowany z tym, co jest złe w PO, ale jest utożsamiany z tym, co jego partia miała w swoich wielkich hasłach reprezentować. A dzieje się to przez to, że jest jednym wielkim nieobecnym. Pełni funkcje ściśle honorowe, nie podejmuje głosu, opowiadając się za jedną lub drugą opcją. To nie jest tak, że zachowuje neutralność ideologiczną i łączy, jak to w swoim haśle wyborczym określał. Zawsze w kluczowych momentach spoglądał w kierunku Platformy i urzędującego premiera. I właśnie ta wyrafinowana strategia polityczna sprawi, że to niezadowolenie z Platformy nie dotknie w znaczący sposób jego wyniku.

Gdzie jest więc granica między apolitycznością a upolitycznieniem prezydenta?

– Nie ma takiej granicy. Nasz prezydent nie jest apolityczny. Jego głównym środowiskiem działania jest Platforma. Czasami wciela się tam w rolę rozjemcy, czasami w rolę ojca, ale bez tego zaplecza politycznego nie miałby żadnej siły, która by go legitymizowała i zdobywała głosy wyborców. Dlatego prezydent jest niewolnikiem Platformy i jest całkowicie z nią związany. Nie ma też żadnego pola manewru, żeby być neutralnym. Już na początku hasło „Zgoda buduje” było rodzajem ułudy. Jeżeli ktoś był tak silnie powiązany ze strukturami partyjnymi, to w chwili gdy „awansuje” i obejmuje ważne stanowisko, to czy nagle uniezależni się od partii? Nie! A raczej będzie te związki jeszcze pielęgnował, bo to one pozwoliły mu być tym, kim jest. Tutaj nie szukałbym żadnych granic, bo nasz prezydent nie jest apolityczny. Największym zarzutem jest to, że w sprawach bardzo ważnych dla Polaków nigdy nie pokusił się o refleksję nad zdaniem innych, żeby doprowadzić do konsensusu politycznego.

Jak Pan odbiera powtarzane przez większość kandydatów deklaracje, że będą prezydentem wszystkich Polaków?

– To pojęcie jest nierealne. To jest figura retoryczna, czysto polityczna. Prezydent wszystkich Polaków, czyli kogo? Polacy to zróżnicowany pod względem preferencji politycznych i możliwości ekonomicznych Naród. Podstawą marketingu politycznego jest to, że wszystkie grupy posiadające prawo wyborcze segmentujemy według określonych zmiennych. Sama idea marketingu politycznego opiera się na dzieleniu grup, a nie ich łączeniu. Jest to więc jedynie forma retoryczna. Wszyscy kandydaci posiadają określone zaplecze polityczne i je reprezentują. Bez poparcia tylko jednej osobie udało się zrobić karierę polityczną, a był to Nikodem Dyzma.

Jakiej kampanii Pan się spodziewa?

– Od lat kampania w Polsce jest bardzo profesjonalna. Wszystkie znaczące partie wynajmują agencje PR i ekspertów z zakresu marketingu politycznego. Pod względem technicznym kandydaci na pewno będą profesjonalnie przygotowani. Uważam, że będzie to kampania odzwierciedlająca układ sił w parlamencie. Spodziewam się też kampanii negatywnej, która jest stałym elementem naszego krajobrazu politycznego.

Kto może stać się czarnym koniem wyborów?

– Będziemy mieli tylko dwoch głównych kandydatów – Bronisława Komorowskiego i Andrzeja Dudę. Już od wielu lat mamy dualny podział sceny politycznej, którą podzieliły PiS i Platforma. Ciekawym uzupełnieniem tej dwójki może być Magdalena Ogórek, która intelektualnie i merytorycznie może być kontrkandydatem wspomnianej dwójki. Jednakże jej kandydatura świadczy o słabości lewicy. A bez mocnego zaplecza nawet kandydatka SLD nie wygra wyborów prezydenckich. Będzie to więc gra między dwoma kandydatami.

Dziękuję za rozmowę.

Rafał Stefaniuk