• Niedziela, 5 kwietnia 2026

    imieniny: Wincentego, Ireny

Cyberatak rosyjskich służb

Czwartek, 18 października 2012 (06:06)

Z Maciejem Lwem-Mirskim, prawnikiem, członkiem komisji weryfikacyjnej WSI, jednym z twórców Służby Kontrwywiadu Wojskowego, rozmawia Piotr Falkowski

W jaki sposób organy śledcze i służby specjalne chronią dane wrażliwe, takie jak upublicznione niedawno rosyjskie zdjęcia z miejsca katastrofy smoleńskiej?

– Są to materiały, które należy chronić ze względu na pamięć i szacunek dla osób, które zginęły i nigdy nie powinny one były ujrzeć światła dziennego. Ochrona materiałów niejawnych, a należą do nich także zdjęcia operacyjne czy akta spraw karnych, to zupełnie podstawowa rzecz w służbach specjalnych na całym świecie. Są całe systemy zabezpieczające, specjalne piony bezpieczeństwa zajmujące się tylko ochroną danych. Stosuje się oprogramowanie, które nie pozwala na włączenie do sieci nieautoryzowanych urządzeń, zamyka porty dla nośników danych, rejestruje dostęp, uniemożliwia kopiowanie. Jeżeli te materiały są w zasobach prokuratury czy jakiejś służby specjalnej, to powinna być ewidencja osób, które mają do nich dostęp. Wtedy wiadomo, kto i kiedy pobrał, użył, ile czasu przetrzymywał. To pozwala znaleźć ewentualne źródło przecieku. Jeżeli jest on wgrany do komputera, z którego może korzystać bliżej nieznana liczba osób, to można mieć pewność, że on wycieknie. Tu nie trzeba żadnych hakerskich sztuczek. Swoje informacje chronią w sposób profesjonalny nie tylko służby państwowe, ale także firmy, które mają swoje tajemnice albo swoich klientów, jak na przykład banki. Często w biurach stosuje się indywidualną rejestrację wykonywanych wydruków czy kserokopii, żeby można było odtworzyć, kto i kiedy korzystał z tych urządzeń. Obecnie nie ma żadnej różnicy w poziomie ochrony danych papierowych – teczki zamkniętej w sejfie – od materiałów elektronicznych na dysku czy pendrivie.

A w sierpniu 2010 r. widziałem pełen zapis fotograficzny sekcji zwłok prezydenta Lecha Kaczyńskiego w najzwyklejszym komputerze biurowym, który znajdował się w łatwo dostępnym pokoju lekarza z kostnicy w Smoleńsku.

– To jest szokujące i niedopuszczalne. Po pierwsze, to nie jest dokumentacja tego lekarza, tylko dokumentacja medyczna sporządzona na zlecenie prokuratury rosyjskiej i powinna być w całości przekazana organowi śledczemu. Po drugie, w każdym kraju, nawet w Rosji, są przepisy regulujące przechowywanie dokumentacji medycznej i na pewno nie ma możliwości, by mogła ona być bez ograniczeń kopiowana i przechowywana na bliżej nieokreślonej ilości nośników, komputerów itd.

Co Pan sądzi o publikacji zdjęć przedstawiających ciała ofiar katastrofy w internecie?

– Te zdjęcia musiał wykonać jakiś funkcjonariusz państwa rosyjskiego. Ich upublicznienie nie jest przypadkiem. W Polsce rozpoczęto po raz pierwszy na poważnie dyskusję na temat tego, jak przebiegały identyfikacje i sekcje zwłok ofiar katastrofy smoleńskiej w Rosji i jaki był udział w tym polskich urzędników i lekarzy. W odpowiedzi zobaczyliśmy zwłoki ludzi. Trzeba być bardzo naiwnym, żeby szukać źródła tego przecieku poza służbami specjalnymi. To, że to się ukazało na blogu, nie ma żadnego znaczenia. To mogłaby być strona FSB, SWR (Służba Wywiadu Zagranicznego) albo i organizacji miłośników lotnictwa. Ten blog jest tak ukierunkowany tematycznie, to tam to wrzucono. Potem podjęto kroki, by zauważono te zdjęcia. Temu mogła służyć próba sprzedaży ich „Super Expressowi”. Próby kreowania przekazu medialnego – a w efekcie opinii publicznej – w jakiejś sprawie przez służby specjalne to nie są żadne fantasmagorie. Na to idą gigantyczne pieniądze i mają coraz większy udział w budżetach. Tak się dzieje we wszystkich krajach. Skandale, przecieki itp. należą do repertuaru środków, jakimi dysponują służby specjalne i używają zgodnie z tym, jak pojmują interes swojego państwa, starannie dobierając czas i formę oddziaływania. W ten sposób można wywrzeć wpływ na nastroje społeczne, pokazać, że ma się pewne informacje, które mogą być przedmiotem nacisku.

Dlaczego polskie służby specjalne reagują dopiero teraz? Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego twierdzi, że wie o sprawie od 28 września.

– Tak samo, dopiero kiedy media ujawniły aferę Amber Gold, ABW stwierdza, że widzi problem i zacznie się nim zajmować. Pana pytanie dotyka szerszego problemu. Pod obecnymi rządami nie ma żadnego nadzoru nad służbami specjalnymi. Działają one tylko wówczas, gdy jest impuls medialny. Formalnie podlegają one premierowi. Ale Donald Tusk scedował te kompetencje na ministra spraw wewnętrznych Jacka Cichockiego. Minister obrony narodowej w sprawach wojskowych służb specjalnych również odsyła do MSW. Ale minister Cichocki odżegnuje się od kontroli i koordynacji służb specjalnych. W odpowiedzi na interpelacje poselskie odpowiada, że to jednak premier. Gdy nie ma nadzoru, to nie ma też jasno określonych zadań, które te służby mają wypełniać, co powoduje, że podejmują działania tylko, gdy już coś się wydarzy. Brakuje prewencji. Sytuację, którą mamy teraz, możemy porównać z tym, co się działo w związku z osobą generała Andrzeja Błasika. Państwo polskie było absolutnie bierne wobec tych fałszywych oskarżeń, które sformułował MAK.

Jak powinna wyglądać prawidłowa ścieżka działań w sprawie tych zdjęć?

– Kiedy jakiekolwiek agendy rządowe powzięły informację, że taka akcja jest planowana bądź już realizowana, to powinny włączyć się w to czynniki państwowe. Jest MSZ, jest premier. To oni powinni podjąć natychmiast interwencję u przedstawiciela Federacji Rosyjskiej odpowiednio wysokiego szczebla, żeby uniemożliwić publikację tych zdjęć i ich dalsze rozpowszechnianie. Służby specjalne też nie mogą wszystkiego. Ich zadaniem jest gromadzenie informacji, ocena sytuacji, rekomendowanie działań. Powinny oczywiście próbować uzyskać wszelkie możliwe informacje mogące zidentyfikować osobę, która te zdjęcia umieściła. W pewnej sytuacji mogłyby nawet w jakimś niejawnym trybie próbować zablokować tę stronę. Cyberataki należą do normalnego wachlarza możliwości służb specjalnych stosowanego przez organy tego rodzaju na całym świecie.

Dziękuję za rozmowę.

Piotr Falkowski