• Niedziela, 5 kwietnia 2026

    imieniny: Wincentego, Ireny

Prokuratorzy jak statyści

Czwartek, 18 października 2012 (06:04)

Z Piotrem Walentynowiczem, wnukiem śp. Anny Walentynowicz, która zginęła w katastrofie pod Smoleńskiem, rozmawia Anna Ambroziak

Podziela Pan ocenę mec. Stefana Hambury, że sekcja we Wrocławiu odbywała się w dość swobodnej atmosferze?

- Tak było. Ale po tym, co zobaczyłem w Bydgoszczy, mogę stwierdzić, że we Wrocławiu nie było najgorzej.

W bydgoskim Zakładzie Medycyny Sądowej nie doszło do badania - zepsuł się tomograf.

- Ogólnie mówiąc: atmosfera w bydgoskim Zakładzie Medycyny Sądowej była bardzo wyluzowana. Byliśmy tam obaj z tatą, obok stała grupa lekarzy, którzy nas w ogóle nie dostrzegali, rozmawiali ze sobą, jak gdyby nigdy nic, śmiali się na głos, zadowoleni ze spotkania. Przypominało to spotkanie towarzyskie. Wrzawa i harmider jak w szkole podstawowej podczas przerwy. Wszyscy chodzili, trzaskali drzwiami, szukali się nawzajem.

Szukali?

- Kiedy chcieli zacząć czynności otwierania trumny, okazało się, że brakuje prokuratora, rozpoczęły się jego poszukiwania. Kiedy z kolei przyszedł prokurator, okazało się, że brakuje kilku lekarzy. Szukano się nawzajem. We Wrocławiu było lepiej. Ale czy profesjonalnie? Tego nie mogę ocenić, nie znam się na procedurach. To, co uderzyło mnie we Wrocławiu, to przede wszystkim obojętność ze strony dwóch prokuratorów, którzy zachowywali się jak typowi statyści. W każdej z przeprowadzonych we Wrocławiu sekcji brał udział jeden ze śledczych. Siedział obok sali sekcyjnej, w oddzielnym pokoju. Za każdym razem zasada ich działania była taka sama - ograniczali się do pilnowania tego, by nikt z obecnych na sali nie korzystał z telefonów komórkowych, od czasu do czasu prokurator podchodził tylko do stołu sekcyjnego. Cały proces był nagrywany - nie mogli więc postąpić inaczej, nawet gdyby chcieli. Ale z ich strony nie było żadnej inicjatywy, to mecenas Hambura musiał ciągle o coś zabiegać. Wciąż przypominał o tym, o co powinni byli zadbać prokuratorzy: o zrobienie zdjęć pobranych próbek, opisanie ich, zaprotokołowanie kolejnych czynności. Nie było żadnej inicjatywy ze strony prokuratorów, żadnych wskazań pod adresem lekarzy, że potrzebują takiej to, a takiej próbki do protokołu. Podejrzewam, że gdybyśmy w tych sekcjach z tatą i mecenasem Hamburą nie uczestniczyli, część próbek poszłaby do kosza, nie zostałaby nawet opisana. Tak było na przykład ze znalezionym w ciele babci skrawkiem materiału - był to mały fragment, mieścił się w dłoni. Mecenas Hambura musiał sam wnioskować o jego zabezpieczenie, prokuratorom nie przyszło to nawet do głowy.

Może nie chcieli ingerować w pracę biegłych?

- Nie znam się na procedurach, nie wiem, jak to powinno wyglądać profesjonalnie, powiedziałem pani tylko to, czego byłem świadkiem.

Jak pracowali lekarze?

- Byli bardziej stonowani niż ci w Bydgoszczy. Ale ogólnie atmosfera była rozluźniona, nie wyczuwało się żadnych rygorów. Podam pewien przykład: otóż podczas sekcji ciała śp. pani Teresy Walewskiej-Przyjałkowskiej pani prof. Barbara Świątek, która kierowała zespołem, nieświadoma, że stoję za nią, chciała zignorować pewną uwagę jednego z lekarzy. Chodziło o sugestię ze strony tego medyka, by opisać jakąś próbkę ciała. Pani Świątek stwierdziła - mówiąc najogólniej - że przesadza z dokładnością. Zmieniła zdanie, kiedy zorientowała się, że stoję za nią i wszystko słyszę. Wnioskowaliśmy wcześniej wspólnie z tatą o usunięcie pani Świątek z ekipy, która miała wykonywać sekcje. Prokuratura nasz wniosek odrzuciła.

Dlaczego?

- Pani prof. Barbara Świątek opiniowała w sprawie śmierci Stanisława Pyjasa. Zespół biegłych, który pracował pod jej kierownictwem, stwierdził, że śmierć Pyjasa nastąpiła na skutek upadku z dużej wysokości, co więcej - zespół biegłych nie potwierdził możliwości jego pobicia przed śmiercią. Wyszło na to, że pan Pyjas sam jest sobie winien, bo wchodził na schody. Gdyby tego nie zrobił, to by się nie zabił. Dla nas jest to sprawa wysoce nieoczywista. Pani Świątek twierdzi inaczej. Nie podważam jej doświadczenia zawodowego, ale jej nie wierzę. Tłumaczenie biegłych w sprawie śmierci Stanisława Pyjasa bardzo przypomina mi argumentację prokuratora generalnego Andrzeja Seremeta, który mówił niedawno o zbiorowej halucynacji rodzin smoleńskich, które źle rozpoznały swoich bliskich.

Równie sceptycznie ocenia Pan działania pozostałych lekarzy?

- Absolutnie nie. W sekcji uczestniczyło około dziesięciu lekarzy, niektórzy z nich wzbudzili moje zaufanie, mogłem podejść, zapytać. I otrzymywałem odpowiedź.

Dziękuję za rozmowę.

Anna Ambroziak