Solidarne działania mają sens
Czwartek, 29 stycznia 2015 (08:55)Z gen. Romanem Polką, byłym dowódcą jednostki specjalnej GROM, w latach 2006-2008 zastępcą szefa Biura Bezpieczeństwa Narodowego, rozmawia Mariusz Kamieniecki
Jaki wydźwięk ma uchwała Rady Najwyższej Ukrainy, która uznaje Rosję za agresora?
– Tą uchwałą parlament Ukrainy potwierdził jedynie to, co w tym kraju ma miejsce już od dawna. Tak naprawdę niewiele ona zmienia w sytuacji samej Ukrainy. Jest to działanie sensu stricto dyplomatyczne. Oczywiście jest ono ważne, bo w końcu sprawy zostały nazwane po imieniu, ale w ślad za tym powinna zostać zbudowana strategia wojskowa: co zrobić, jak działać. Tego niestety nie widać. Wystarczy tylko przypomnieć – sięgając do historii tego konfliktu – chociażby Krym oddany w zasadzie bez walki. W Donbasie w pewnym momencie wydawało się, że przynajmniej granica zostanie uszczelniona, że linie zaopatrzenia terrorystów, separatystów zostaną odcięte. Tymczasem nie tylko do niczego takiego nie doszło, ale wciąż pozwala się wjeżdżać rosyjskim konwojom z tzw. pomocą humanitarną, co w rzeczywistości jest pomocą dozbrajającą separatystów. Oddaje się lotnisko, które utrzymywały tzw. cyborgi, a w istocie ochotnicze jednostki. Należy postawić pytania: gdzie jest regularna ukraińska armia, gdzie są rządowe pieniądze i działania, które pozwoliłyby jednak odeprzeć atak nie potężnej armii rosyjskiej, tylko żołnierzy, których raptem jest zaledwie kilka tysięcy. To nie są siły, z którymi ukraińska armia nie mogłaby sobie poradzić.
Wspomnianą uchwałę można odczytać jako uznanie de facto, że Ukraina jest w stanie wojny z Rosją?
– Świat doskonale zdaje sobie sprawę, że Ukraina jest w stanie wojny z Rosją. Natomiast dobrze się stało, że sami Ukraińcy w końcu nazwali rzecz po imieniu. Jednak to za mało, bo w ślad za tym – powtórzę jeszcze raz – powinny pójść konkretne działania. Ukraina broni się przed Rosją, bo stała się obiektem agresji ze strony swojego sąsiada i w tym znaczeniu można powiedzieć, że jest w stanie wojny.
Jak to możliwe, że prorosyjscy separatyści grają na nosie już nie tylko władzom w Kijowie, ale także całemu światu, który biernie się przygląda kolejnym krokom Putina?
– Każdy – i to jest także lekcja dla Polski – w sytuacji zagrożenia powinien najpierw sam sobie pomóc. Myślę, że inna byłaby reakcja świata, gdyby Ukraina sama podjęła zdecydowane działania obronne, ale tego nie widać. Pomysły niektórych polskich polityków dotyczące wysyłania naszych wojsk w rejon konfliktu czy dostarczanie Ukraińcom broni są pozbawione jakiegokolwiek sensu i logiki. Mówienie o dozbrajaniu Ukrainy generuje pytania. Nawet gdyby jakiekolwiek siły NATO zaangażowały się, a kontrolę nad tymi działaniami miałaby trzymać Ukraina, to pytanie brzmi: jak wyglądałaby logistyka - czy tak jak w przypadku walczącego po stronie kijowskiego rządu dla Batalionu Azow. Rodzą się kolejne pytania: jaki byłby ich cel? Jakie misje? W jakich operacjach siły te miałyby uczestniczyć i reagować? Warto też zapytać co z bronią, którą Ukraina posiada, czy potrafi ją wykorzystywać, czy nie jest tak jak w wojnie secesyjnej w Stanach Zjednoczonych i bitwie pod Gettysburgiem, gdzie okazało się, że 90 proc. „walczących” po stronie gen. Roberta E. Lee porzuciło na polu walki broń, która była załadowana, ale nawet niewystrzelona. Mam wrażenie, że Ukraina ma znacznie większy potencjał, żeby stawić opór przeciwnikowi, żeby zdławić rebelię terrorystów. To, że Rosjanie przerzucają w rejon walk tysiąc czy dwa tysiące żołnierzy, nie zmienia faktu, że granice już dawno powinny być uszczelnione. Natomiast dowody wkraczania wojsk rosyjskich na teren Ukrainy nie powinny być pokazywane tylko przez dziennikarzy z całego świata, ale przez wywiad ukraiński. Ponadto nie powinno się oddawać takich strategicznych punktów jak lotnisko, które jest naturalnym mostem powietrznym, źródłem zaopatrzenia. W oczy rzuca się także brak wypracowanej koncepcji, wizji co do decydujących punktów i priorytetów działań, także w zakresie zabezpieczenia ludności cywilnej, która wprawdzie niekoniecznie sprzyja władzom w Kijowie, ale o którą tak czy inaczej też trzeba zadbać. Tymczasem słabość władz Ukrainy w tym zakresie wykorzystuje Moskwa. Ogłosiła, że to ona w ramach pomocy humanitarnej będzie dbać o zabezpieczenie potrzeb ludności zamieszkującej Donbas.
Wspomniał Pan, że Ukraina powinna przede wszystkim sama zadbać o swoje bezpieczeństwo, przynajmniej na miarę swoich możliwości. Może jednak liczyć na wsparcie wojskowe ze strony państw zachodnich?
– Myślę, że może i powinna liczyć przede wszystkim na dobre, mądre doradztwo w zakresie budowy od podstaw państwa demokratycznego, administracji, budowy armii, być może także na informacje wywiadowcze, bo to jest najbardziej potrzebne. Niestety, Putin uderzył w bardzo trudnym dla Ukrainy momencie, kiedy to państwo de facto nie istniało, bo przez 20 lat było grabione przez oligarchów, kolejne władze, prezydentów, którzy podczas „Pomarańczowej Rewolucji” dużo obiecali, a później zadbali bardziej o siebie czy swoje środowisko niż o społeczeństwo i bezpieczeństwo państwa. Brak trwałych fundamentów i błędy to wszystko się dzisiaj mści i w warunkach wojny Ukraina musi to odbudowywać. Zdaję sobie sprawę, że nie jest to łatwe, dlatego właśnie w tym zakresie świat zachodni powinien pomagać, wykorzystując oczywiście swój potencjał, który nie jest obojętny Rosji. Chodzi o to, żeby skłonić Putina, aby zaprzestał ingerencji w sprawy suwerennego państwa, jakim jest Ukraina, żeby pozwolił temu państwu spokojnie się odbudowywać.
Na razie Putin jednak osiąga swój cel i destabilizuje Ukrainę…
– Owszem, Putin gra na destabilizację Ukrainy. W jego interesie nie jest zajmowanie Donbasu, bo już Krym sporo go kosztuje. Putin nie chce pozwolić, aby Ukraina znalazła się w strefie wpływów UE i NATO, nie mówiąc już nawet o członkostwie. Zresztą Ukraina w tym stanie, w jakim się znajduje, i tak destabilizowałaby te sojusze.
Świat obiegły zdjęcia ukazujące znęcanie się rosyjskich separatystów nad pojmanymi ukraińskimi żołnierzami. Jaką cenę może zapłacić Rosja za eskalowanie przemocy na wschodzie Ukrainy?
– Cenę będą płacić, ale ci, którzy dopuścili się zbrodni wojennych. Natomiast, jeżeli Rosja osiągnie swoje cele i odstąpi od tego typu działań na Ukrainie, to obawiam się, że politycy rządzący światem kolejny raz wykażą się krótką pamięcią. Po co sięgać daleko pamięcią, przecież o Krymie już prawie nikt dziś nie pamięta. Świat tak na dobrą sprawę zaakceptował i zaaprobował ten fakt. Rosja izolowana na arenie międzynarodowej, owszem, płaci swoją cenę gospodarczą, ekonomiczną, bo tak dzisiaj również prowadzi wojny, ale pytanie, czy ogólny bilans nie wychodzi jednak Rosji na korzyść.
Jakie w tej sprawie powinno być stanowisko Polski?
– Polska nie jest potęgą ani militarną, ani gospodarczą na tyle, żeby samodzielnie wywierać presję wobec Rosji. Z punktu widzenia interesów Polski powinniśmy działać w obrębie i w strukturach UE i NATO. Pragnę przypomnieć tym wszystkim politykom, którzy chcą wysyłać na Ukrainę polskie dywizje czy brygady, że jesteśmy w sojuszu z NATO, który zakłada obronę kolektywną. Jeżeli o tym zapominamy, to sami się wyłączamy z Sojuszu, a to jest niebezpieczne dla naszego państwa.