To rząd likwidacji
Czwartek, 15 stycznia 2015 (10:25)Z Henrykiem Grymelem, przewodniczącym Sekcji Krajowej Kolejarzy NSZZ „Solidarność”, rozmawia Mariusz Kamieniecki
Kolejarze z „Solidarności” już od środy chcieli czynnie włączyć się do protestu, popierając górników. Co zdecydowało o zaniechaniu tego pomysłu?
– Jako NSZZ „Solidarność”, o czym wielokrotnie przypomina przewodniczący Piotr Duda, nie chcemy rozgrywać sprawy na zasadzie: każda branża idzie osobno, ale chcemy mówić głośno o problemach i chcemy to mówić razem jednym głosem. Dlatego w piątek o godz. 12.00 w Katowicach odbędzie się posiedzenie Krajowego Sztabu Protestacyjnego Komisji Krajowej NSZZ „Solidarność” i jako kolejarze wpiszemy się w scenariusz, który zostanie podczas tego spotkania nakreślony. W tym zakresie chcemy też współdziałać z innymi związkami zawodowymi, które są po to, aby występować w imieniu krzywdzonych pracowników.
W jaki sposób zamierzacie się włączyć w protest górników?
– Na pewno nie będziemy stać z założonymi rękami, ale będzie to protest czynny. Tyle mogę powiedzieć. Będziemy pracować nad wspólnym scenariuszem działań we wszystkich branżach, m.in. na kolei. Jesteśmy silni, zwarci, gotowi i czekamy na decyzje. Choć jest już pewien zarys działań, to póki co, mając na uwadze pewne doświadczenia w tym zakresie, nie możemy zdradzić naszych zamiarów.
Czego się Pan obawia, nie chcąc ujawnić scenariusza protestów?
– Strajki na kolei odbywały się już wielokrotnie i z doświadczenia wiemy, że pracodawcy, znając nasze zamiary, podejmują de facto bezprawne akcje polegające na manipulowaniu ustalonymi wcześniej miesięcznymi grafikami pracy. W momencie, kiedy ogłaszamy akcję protestacyjną czy strajk, pracodawcy, wiedząc o tym wcześniej, wysyłają na wolne w danym dniu członków „Solidarności”, którzy są w stanie skutecznie zastrajkować. Poprzez takie posunięcia na newralgicznych stanowiskach pracy, jak chociażby dyżurni ruchu, maszyniści, konduktorzy czy pracujący na nastawniach, obsadzani są ludzie, którzy np. nie należą do związków zawodowych, czy osoby, które nie deklarują przystąpienia do akcji strajkowej. To nic innego, jak próba łamania strajku, jeszcze zanim się on rozpocznie. Żeby pracodawcy nie zdążyli zrobić podmiany, datę rozpoczęcia protestu zatrzymamy w tajemnicy i ujawnimy ją dopiero w ostatniej chwili.
Protest ten dotyczyłby tylko Śląska?
– Nie tylko. Akcja górników zbiegła się w czasie z otwartymi sporami zbiorowymi w spółkach kolejowych. Na przykład w PKP Cargo jesteśmy już na etapie referendum strajkowego, stąd tak czy inaczej akcja protestacyjna odbyłaby się niezależnie od sytuacji w górnictwie. Te terminy zbiegły się w czasie i dlatego chcieliśmy przyspieszyć nasze działania. Jednak, zgodnie z apelem przewodniczącego Piotra Dudy, niczego nie będziemy robić na własną rękę, tylko wpisujemy nasze kolejarskie działania w ogólnopolski scenariusz akcji protestacyjnej koordynowanej przez KK NSZZ „Solidarność”.
A zatem górnicy w kopalniach, kolejarze na torach…
– Tak w skrócie można to ująć.
Jakie są główne problemy na kolei, które już wcześniej Pan zasygnalizował?
– Z grubsza licząc, jako kolejarze jesteśmy mniej więcej pół roku za górnikami.
Co to znaczy…?
– System zarządzania na kolei jest bardzo kosztochłonny. Wynagrodzenia prezesów, „dyrektoryzacja” pochłaniają olbrzymie koszty działalności spółek kolejowych. Jeżeli do tego dodamy doradztwo, audyty itp., to trudno mówić o opłacalności. Tylko w 2013 r. PKP SA wydały na zatrudnienie fachowców i firm konsultingowych oraz audytowych ponad 100 mln zł. Zamiast pieniądze zainwestować w zmianę czy naprawy taboru, to lekką ręką wyrzuca się pieniądze w błoto. W PLK zatrudniono ostatnio poza normalnym systemem zarządzania ponad 80 dyrektorów różnych projektów. Tworzone są np. takie stanowiska, jak dyrektor projektu do spraw kontrolowania przepływu projektów, to jakiś absurd. We wszystkich spółkach kolejowych koszty wynagradzania całej kadry zarządzającej są niebotyczne, centrale się rozbudowują, a na dole, żeby zaoszczędzić na kosztach pracy, zwalnia się ludzi, doprowadzając do wielu ludzkich tragedii. Czas najwyższy skończyć z przywilejami dla kadr zarządzających, to tam trzeba szukać oszczędności.
Po górnikach w kolejce do zwolnienia stoją kolejarze?
– Dokładnie. Jeżeli w porę nie postawimy temu szkodnictwu tamy, to za pół roku na kolei możemy mieć do czynienia z podobną sytuacją jak w górnictwie. Zapowiedź tego już mamy chociażby przy okazji likwidacji czy łączenia zakładów. Weźmy np. spółkę Cargo, która chwali się, że ma rekordowe przewozy, a tym samym wielomilionowe zyski. Jednak z drugiej strony wysyła pracowników na tzw. nieświadczenie pracy, proponuje program dobrowolnych odejść, kusząc ludzi odprawami w wysokości kilkunastokrotnych pensji. W ten sposób firma lekką ręką chce się pozbyć półtora tysiąca pracowników. Jak to w końcu jest…? Skoro mam zysk i rozwijam się, to niby dlaczego mam zwalniać ludzi, gdzie w tym wszystkim logika? „Solidarność” walczy o miejsca pracy, a nie o ich likwidację. Należy rozwijać usługi przewozowe i stabilizować miejsca pracy, a nie je niszczyć. My na pewno nie wpiszemy się w ten scenariusz.
Mówi Pan o fatalnej kondycji kolei. Rząd tymczasem zapowiada, że będzie w nie inwestował...
– Ten rząd potrafi tylko pozbywać się problemu. Zamiast rozwiązywać i naprawiać, woli zlikwidować, sprzedać. Pyta pan, po co się inwestuje, a następnie likwiduje…? Wbrew pozorom w tym wszystkim jest logika. Najpierw modernizuje się za unijne pieniądze korytarze kolejowe północ – południe, wschód – zachód, doprowadza się do powolnej likwidacji polskich firm przewozowych typu Cargo, Intercity, Przewozy Regionalne, aby za jakiś czas w ich miejsce do Polski wjechał po zmodernizowanych już torach zachodni przewoźnik. Tym samym obcy kapitał przyjdzie na gotowe i jedynie będzie odcinał kupony, dając zarobić swoim pracownikom. Tymczasem polscy kolejarze i ich rodziny będą klepać biedę, a tak w ogóle wszyscy staniemy się niewolnikami we własnym kraju. Taka jest polityka tego rządu – rządu likwidacji. Huty zlikwidowane, stocznie zlikwidowane, cementownie też. Proszę mi powiedzieć, kto mądrze myślący likwiduje huty czy cementownie w perspektywie pozyskiwania środków unijnych na różne inwestycje w infrastrukturze, gdzie potrzebne są stal czy cement. W Polsce tak niestety zrobiono. Efekt jest taki, że cement importujemy podobnie jak stal – wprawdzie parę hut jeszcze u nas działa, ale wszystko to obcy kapitał. Tak czy inaczej rząd karmi zachodni kapitał, głodząc własny naród, bo dla Polaków miejsc pracy w kraju niestety ubywa. Tak może postępować tylko rząd szkody narodowej. Zagrożenia są naprawdę poważne, ale trzeba je chcieć widzieć i im przeciwdziałać.
Podobnie rzecz ma się z kopalniami: w Gliwicach likwiduje się kopalnię „Sośnica”, podczas gdy nieopodal sprzedaje się ziemię i złoża węgla Niemcom, którzy od nowa budują swoją kopalnię. O co tu chodzi…?
Jakich działań od rządu oczekują kolejarze, żeby zrezygnowali z protestu?
– Przede wszystkim oczekujemy poważnych, rzeczowych rozmów zakończonych porozumieniem, bo tak naprawdę, wbrew temu, czym karmi się opinię publiczną, nam zależy na porozumieniu i godnych warunkach dla pracowników. Oczekujemy zaprzestania wyprzedaży majątku polskich kolei, bo wbrew temu, co twierdzi rząd, nie jest to żadna prywatyzacja, tylko brutalna wyprzedaż majątku kolejowego. Nie godzimy się na likwidację spółek kolejowych, czyli de facto na likwidację miejsc pracy. My chcemy utrzymać miejsca pracy, nic więcej. Dotyczy to także innych spornych obszarów. Jeżeli będzie w Polsce praca dla górnika, kolejarza czy w jakimkolwiek innym obszarze, to ci ludzie będą kupować towary, zapłacą podatek dochodowy, podatek VAT, będą napędzać koniunkturę. Czy to zbyt duże oczekiwania w XXI wieku. Tymczasem ekipa rządząca Polską funduje nam niewolnictwo.
Przedstawiciele rządu okazują wolę do kompromisu, do dialogu?
– Powiem wprost i pewnie nic odkrywczego, że dialog po stronie rządu jest ciągle tylko pozorowany i przeciągany w nieskończoność. Jest to obliczone na zmęczenie przeciwnika i odcinanie kawałek po kawałku narodowego tortu gospodarczego. Czas najwyższy, żeby się Naród obudził i powiedział „Stop!”. Jeżeli tego nie zrobimy, to za rok czy dwa w Polsce nie będziemy mieć nic, co polskie, nie będziemy mieli gdzie pracować.
Wicepremier Tomasz Siemoniak zarzucił „Solidarności” i przewodniczącemu Piotrowi Dudzie, że zamiast wzywać do dialogu, grozi rozlaniem protestów na cały kraj…
– Z naszej strony było wiele dobrej woli, aby rozwiązywać problem w ramach dialogu komisji trójstronnej, ale ten rząd był głuchy na nasze propozycje, a za dialog uznawał informowanie nas o podjętych już wcześniej decyzjach. To nie dialog, ale dyktat i my jako „Solidarność” nie mogliśmy się zgodzić na takie traktowanie i pozorowane działania. „Solidarność” nie będzie kwiatkiem do kożucha dla rządu PO – PSL. Jako związek zawodowy próbujemy negocjować z tym rządem już wiele lat. Za każdym razem kompromis ma dotyczyć tylko naszej strony, a nie strony rządowej. Tymczasem ta ekipa ciągle coś likwiduje, coś zamyka, coś niszczy. W tej sytuacji trzeba powiedzieć „Dość!”, „Stop!”. Musimy powstrzymać tę wyprzedaż majątku narodowego i likwidowanie miejsc pracy. My nie mamy innego wyjścia, nie mamy gdzie się cofnąć. Ludzie są naprawdę zdeterminowani, a winę za ten stan ponosi rząd, który podburza nastroje społeczne. Jako związki zawodowe i tak staramy się trzymać ludzkie – uzasadnione emocje – w ryzach, ale wszystko ma swoje granice. Rząd jest dla społeczeństwa, a nie na odwrót. Jeżeli ten rząd nie zacznie służyć Polsce i ludziom, to wszystko może wymknąć się spod kontroli, a wówczas będziemy mieć w kraju rewolucję.