• Czwartek, 5 marca 2026

    imieniny: Adriana, Fryderyka, Oliwii

Geniusz pana Kazimierza

Sobota, 13 października 2012 (06:52)

O najsłynniejszym w historii meczu z Anglią z Janem Tomaszewskim, byłym bramkarzem reprezentacji Polski, rozmawia Piotr Skrobisz

Jak zatrzymuje się Anglię?

- Trzeba mieć trenera takiego jak Kazimierz Górski.

Ale to o Janie Tomaszewskim mówi się, że to uczynił.

- Anglię zatrzymał organizm złożony z dwunastu członków, czyli pana Kazimierza i nas, jedenastu piłkarzy. Najpierw pokonaliśmy 2:0 Wyspiarzy w Chorzowie. Był to kapitalny mecz, ale panowała wtedy opinia, że są oni dobrzy u siebie, a na kontynencie spisują się słabiej. Gdy kilka tygodni przed rewanżem na Wembley rozbili Austriaków w towarzyskim spotkaniu 7:0, byli pewni, że z nami będzie podobnie. Klasyfikowali nas mniej więcej na tym samym poziomie, co Austrię.

Przeliczyli się...

- Przeliczyli, dzięki panu Kazimierzowi. W Chorzowie, na Stadionie Śląskim, dopingowało nas co prawda sto tysięcy ludzi, ale połowa tego dopingu umykała w niebo. Na Wembley trybuny były zakryte, zatem to, co uciekało do góry, odbijało się od dachu i wracało na murawę. Kiedy atakowali goście, na stadionie panowała zupełna cisza, dzięki czemu Peter Shilton mógł w spokoju dyrygować kolegami. Ale gdy Wyspiarze ruszali do przodu, robił się tak nieprawdopodobny kocioł i wrzawa, że nie można było usłyszeć własnych myśli, co dopiero podpowiadać coś partnerom z defensywy. Pan Kazimierz to przewidział. Przygotował nas, byśmy zagrali schematami i szablonami na zasadzie wizualnej, nie fonicznej. Zalecił obrońcom, by natychmiast wskakiwali do bramki, gdy ja wyskoczę do dośrodkowań, by bronili piłek, które ja stracę. Proszę zobaczyć, ile ja w tym meczu popełniłem błędów, ale wszystkie naprawili koledzy. Zagraliśmy w myśl muszkieterowskiego hasła: jeden za wszystkich, wszyscy za jednego. Kluczem do sukcesu było też zachowanie pana Kazimierza w przerwie. W drodze do szatni rozmawialiśmy ze sobą o tym, co się działo, przekazywaliśmy informacje itd. Nie ucichliśmy także w szatni, pan Kazimierz pozwolił nam się wygadać, a po dwóch, trzech minutach usłyszeliśmy ciche: "Proszę o chwilę spokoju. Pozwólcie, że powiem kilka słów. Widzicie, nie taki diabeł straszny, jak go malują. Wytrzymaliście 45 minut, spróbujcie wytrzymać drugie". To był dla nas szok, wszak w każdym buzowała adrenalina, a tu nagle taki spokój. Po chwili pan Kazimierz z każdym indywidualnie porozmawiał, przekazał uwagi. Tyle, pomogło, po przerwie wyszliśmy na boisko jako inna drużyna.

Nie przerażało zachowanie publiczności, buczenie, gwizdy podczas odgrywania "Mazurka Dąbrowskiego", okrzyki "animals"?

- Eliminacje rozpoczęliśmy od porażki 0:2 w Cardiff. Walijczycy zagrali jak rugbyści, siłowo, bijąc nas fizycznie. Przyrzekliśmy sobie wówczas, że jak przyjadą do nas na rewanż i jak spotkamy się z Anglią, to pokażemy im, co znaczy polska waleczność. I rzeczywiście, odpłaciliśmy im pięknym za nadobne. Angielska prasa po tych spotkaniach pisała, że gramy jak zwierzęta wypuszczone z klatek, mnie nazywała klaunem, Gorgonia bokserem itd. Nastroje na Wyspach były tak bojowe, że jak jechaliśmy na Wembley autobusem, to kibice nie pokazywali nam jednej ręki, czyli piątki, tylko dwie. Spodziewali się pogromu, co najmniej takiego jak z Austrią. Gdy na półtorej godziny przed meczem wyszliśmy zapoznać się z murawą, leciały w naszą stronę puszki, słyszeliśmy "animals, animals". Baliśmy się, tak, podczas hymnu myślałem sobie: "Panie Boże, żeby nie było pogromu, oddam pięć lat życia". Okazało się, że w piłce wszystko jest możliwe, gdy ma się takiego trenera jak Kazimierz Górski na ławce.

To był najważniejszy mecz w Pana karierze?

- Trudne pytanie. Z jednej strony tak, i to nie tylko mojej, ale w historii reprezentacji Polski. Pojechaliśmy na Wembley jako brzydkie kaczątko, wróciliśmy jako piękny łabędź. Z drugiej strony mawia się, że wejść na szczyt jest ciężko, ale jeszcze ciężej na nim pozostać. Patrząc z tej perspektywy, najważniejsze były jednak mistrzostwa świata w RFN, na których udowodniliśmy, że w awansie nie było cienia przypadku, że jesteśmy zespołem najwyższej klasy.

Co było siłą ówczesnej drużyny?

- Dwóch Kazimierzów: Górski i Deyna. Był jeszcze Włodek Lubański, ale jego wspaniałą karierę przerwała ciężka kontuzja. Pan Kazimierz zdawał sobie sprawę, że ma dwóch piłkarzy światowej klasy i otoczył ich zawodnikami, którzy mieli im pomagać w realizacji zadań. Deyna był kimś absolutnie wyjątkowym i niepowtarzalnym, absolutnym generałem środka pola. Może był prostym człowiekiem, ale gdyby przetransponować jego boiskową wiedzę na wiedzę naukową, intelektualną, zostałby doktorem honoris causa wielu uniwersytetów w każdej dziedzinie. Intuicyjnie wiedział, kiedy grać szybko, kiedy zwolnić, kiedy zastosować arytmię gry, kiedy zrobić kółeczka. I ta wspomniana dwójka, Kazek i Włodek, tak pociągnęła nas za sobą, że po mistrzostwach w RFN każdy z reprezentantów Polski był na swej pozycji klasyfikowany w gronie najlepszych dziesięciu na świecie.

Dziękuję za rozmowę.

Piotr Skrobisz