• Sobota, 4 kwietnia 2026

    imieniny: Wacława, Izydora

Karczowanie śladów zbrodni

Sobota, 13 października 2012 (06:38)

Dowódca największego i najlepiej uzbrojonego oddziału Armii Krajowej na Augustowszczyźnie sierżant Władysław Stefanowski "Grom" mógł zostać ujęty przez Sowietów i wywieziony do Grodna. Po obławie augustowskiej z miejsca bitwy nad jeziorem Brożane czerwonoarmiści wykarczowali nawet drzewa, na których były ślady krwi.

Według przekazów historycznych, Stefanowski zginął w największej bitwie obławy augustowskiej w okolicach jeziora Brożane. Marian Tananis, który jako szesnastoletni żołnierz AK był świadkiem obławy, twierdzi jednak, że "Grom" dostał się do niewoli w trakcie bitwy i został przewieziony do Grodna, skąd już nie wrócił. W jego ocenie, to właśnie o Stefanowskim pisze w swoim szyfrogramie do Ławrentija Berii gen. Wiktor Abakumow, informując, że "podczas obławy ujęto osobę najważniejszą", czyli "szefa bandy S.N. Krupińskiego pseudonim "Grom"". - Na Stefanowskiego "Groma" mówili też Krupiński - twierdzi Tananis.

O dowódcy jednego z największych oddziałów AK podczas obławy augustowskiej Władysławie Stefanowskim ps. "Grom" najwięcej wiadomo ze spisanych relacji jego podwładnych i krewnych, którzy w większości już nie żyją.

Z przekazu jednego z podkomendnych "Groma" wynika, że w AK Stefanowski był od roku 1943, a jako "Grom" własny oddział - po rozbiciu przez Sowietów oddziału, do którego należał - zaczął tworzyć w roku 1944. Oddział ten w końcu maja 1945 r. liczył już około 150 żołnierzy i był jednym z największych w rejonie Puszczy Augustowskiej. Jego stałym miejscem postoju miało być stanowisko nad rzeką Lebiedzianką w Balince.

Według słów Mariana Tananisa, który był w oddziale "Groma" (zaprzysiężony w kwietniu 1945 r. jako 16-latek), to właśnie na Stefanowskiego Sowieci polowali podczas obławy augustowskiej jako na osobę najważniejszą w strukturach miejscowej AK. Miało to związek z demonstracją siły, jaką Stefanowski ps. "Grom" wraz z innym dowódcą AK "Brzozą", który dysponował około 140 żołnierzami, przeprowadzili kilka miesięcy przed obławą.

- W sumie było ponad 300 ludzi. To byli doskonale uzbrojeni żołnierze, w mundurach, wielu na koniach, również "Grom" z adiutantem. Wyjechali defiladą 3 maja 1945 r. w biały dzień z puszczy. Przejechali przez kilka wsi, m.in. Płaska, Mikaszówka, i znów wrócili do puszczy - relacjonuje Marian Tananis. - Niestety, widzieli to konfidenci, donieśli Sowietom, a ci zaraz podnieśli alarm, jak wielka siła akowców jest w tym rejonie - opowiada.

"Grom" wystawia patrole

O sile AK świadczyć też miały nowe patrole rejonu Puszczy Augustowskiej. To właśnie "Grom" je ustanowił.

- "Grom", który w krótkich słowach stwierdził, że do tej pory o akcjach patroli tylko myślano, a obecnie jest już to prawdą i zostaje włączony do czynu. Trzeba tylko powiadomić nasze władze i przesłać dokumenty - wspomina słowa dowódcy Tananis. Stefanowski miał świadomość, że starcie z sowiecką nawałą jest nieuniknione.

- "Grom" mówił, że wojna jest już nie do uniknięcia i będzie ciężko i trudno. Jednak to my musimy stać z bronią w ręku i pilnować, by nie dopuścić do zalewu komunizmu w Polsce - twierdzi Tananis.

Nawała sowieckich jednostek zbrojnych, w liczbie ponad 40 tysięcy żołnierzy, m.in. NKWD, Smiersz i Armii Czerwonej, ruszyła wcześniej, niż się spodziewano. Już w pierwszych dniach obławy, 12 lipca, doszło do największej bitwy nad jeziorem Brożane. To właśnie tam krwawo rozprawiono się z oddziałem "Groma", który był skoncentrowany w tym rejonie. Czerwonoarmiści otoczyli ten oddział "Groma", użyli karabinów maszynowych, granatów i moździerzy.

Do dziś nieznana jest liczba zabitych członków oddziału "Groma", wiadomo jednak, że większość z nich tam zginęła. Według relacji świadków, rannych i jeńców mordowano strzałami w tył głowy, a ciała wywożono ciężarówkami za bliską, dzisiejszą granicę z Białorusią. Do dziś nie wiadomo, gdzie pochowano zabitych.

Nie było ciał

Marian Tananis w bitwie nie uczestniczył, bo dzień wcześniej został ujęty w obławie. Gdy nie znaleziono dowodów jego przynależności do AK, po kilku dniach pojechał z kilkoma innymi żołnierzami, którym udało się przeżyć obławę, na miejsce bitwy, aby pochować ciała kolegów. - Nie znaleźliśmy żadnych ciał, ani kolegów z AK, ani żołnierzy sowieckich. Wszystko było idealnie posprzątane. Nawet drzewa, na których mogły być ślady walki, zostały przez Sowietów usunięte. Wówczas też dowiedziałem się, co się stało z "Gromem" - relacjonuje Tananis.

Na miejscu bitwy w okolicy jeziora znaleźli żołnierza z oddziału "Groma", który przeżył bitwę, ukrywając się w gęstych trzcinach. To właśnie on opowiedział Tananisowi, że "Groma" podczas bitwy nie zabito, ale ujęto.

- Mówił nam ze szczegółami, jak "Groma" gonili Sowieci, którzy widocznie musieli wiedzieć, kim jest, bo nie strzelali. "Grom" skakał z kępy na kępę, potknął się, upadł i wtedy go dopadli. Inny kolega z AK opowiadał mi, że później "Groma" zawieźli do więzienia w Gibach. On siedział w tym samym więzieniu. Słyszał jego straszne jęki podczas przesłuchań. Mówił mi, że "Groma" i kilkunastu innych akowców wywieźli samochodem do Grodna - relacjonuje mężczyzna.

IPN pyta o Krupińskiego

Na pytanie, o kim pisze do Berii w drugim szyfrogramie gen. Abakumow, naczelnik Głównego Zarządu Kontrwywiadu Smiersz, podając, że podczas obławy ujęto osobę najważniejszą, "Krupińskiego", Tananis odpowiada, że Stefanowskiego "Groma" nazywano też Krupińskim.

- Miał dwa nazwiska, bo jedni mówili na niego Stefanowski, a inni właśnie Krupiński. Ja do dziś nie wiem, które z tych nazwisk było naprawdę jego. Wśrod nas, żołnierzy, prawdziwy respekt budził jako "Grom" - wskazuje Marian Tananis.

Pion śledczy białostockiego oddziału IPN, który prowadzi śledztwo w sprawie obławy augustowskiej, sprawdzał nazwisko Krupińskiego podane w szyfrogramie.

- Sprawdzaliśmy nazwisko Krupińskiego podane przez Abakumowa jako głównego dowódcy AK ujętego na terenie przeprowadzonej obławy augustowskiej. Na sporządzonej przez nas liście 496 osób zaginionych podczas obławy mamy wprawdzie nazwisko Szymona Krupińskiego ze wsi Rudawka. Ale mamy wątpliwości, czy mógł on być dowódcą, bo z naszych materiałów to nie wynika. Ja nie zakładam, że Szymon Krupiński był dowódcą - mówi w rozmowie z "Naszym Dziennikiem" prokurator Stanisław Kulikowski, szef pionu śledczego białostockiego oddziału IPN.

- Rosjanie mogli się po prostu pomylić. Znamy liczne przykłady błędów sowieckich służb specjalnych popełnionych m.in. podczas obławy - dodaje. Wątpliwości może budzić też pseudonim, jakim Rosjanie nazwali Krupińskiego - "Grom" - który przecież należy do Władysława Stefanowskiego.

Adam Białous, Białystok