• Sobota, 21 marca 2026

    imieniny: Benedykta, Filemona

Muzułmanie odetną się od fanatyków?

Sobota, 10 stycznia 2015 (18:54)

Zabójstwa w redakcji „Charlie Hebdot”, która wstrząsnęła Francją, może mieć swoje dalsze odsłony i konsekwencje. Nie chodzi mi tu o tropienie gniazd terroru, o zwalczanie kolejnych bandytów islamskich, lecz o rośnięcie w siłę radykalizmu sfrustrowanych młodych muzułmanów, urodzonych i wychowanych w krajach UE, ale których rodzice pochodzą ze świata islamu. To właśnie ich potrzebują teraz takie źródła cywilizacji zagłady jak Państwo Islamskie.

Liderzy IS nakłaniają swoich sympatyków za pośrednictwem portali społecznościowych do wzmożonej agresji na „niewiernych” z Unii Europejskiej. Samozwańczy kalif IS zaapelował do dżihadystów na Zachodzie, aby wysadzili Francję w powietrze, aby ścinali niewiernym głowy, mordowali ich bez cienia litości. 

Chaos, jaki panuje w Paryżu, bojaźń i drżenie będą się nasilały z każdym dniem. Ktoś już nawet okrzyknął masakrę w redakcji „Charlie Hebdo” jako 11 września Francuzów.

Problem jednak w tym, że przewaga terrorystów polega na dominacji psychologicznej. Trudno przewidzieć, kiedy uderzą. Mogą to zrobić dziś, jutro, pojutrze. Wyczekują cierpliwie dogodnego momentu. Są przyczajeni, wypatrują okazji i w chwili, gdy potencjalne ofiary stracą czujność, wkraczają do akcji i brutalnie uderzają. To oczywiste, że w pewnym momencie traci się czujność, trudno żyć w stałym napięciu i oczekiwaniu.

Muzułmanie żyjący w Europie, dziś w sposób szczególny myślę tu o wyznawcach islamu z Francji, mają ważny egzamin do zdania. Jeżeli zdecydowanie nie potępią ostatnich krwawych zajść, intelektualiści nie potępią aktów zła, a zwykli ludzie nie wyjdą masowo na ulice w proteście przeciwko agresywnym muzułmanom, cena tego zaniedbania będzie dużo wyższa niż incydentalne ataki na meczety, do jakich doszło we Francji. Nieufność, niechęć do nich jako do „obcych wrogów” albo gorzej, wewnętrznych wrogów będzie rosła.

Dlatego może cieszyć szybka reakcja rektora Wielkiego Meczetu w Bordeaux, Tareqa Oubrou, który po spotkaniu z Ojcem Świętym Franciszkiem powiedział: „Społeczny pokój jest zagrożony. Muzułmanie z Francji muszą masowo wyjść na ulice, aby wyrazić swoją odrazę do tej zbrodni”.

Czołowy muzułmański duchowny Francji zaapelował do tamtejszych wyznawców Allaha, aby wyszli w proteście na ulice. Imam marokańskiego pochodzenia zaakcentował także, że paryska masakra zasadniczo zmieniła jego własną opinię. Dotychczas odrzucał konieczność tłumaczenia się muzułmanów za islamistyczną przemoc, ale „teraz znajdujemy się przed bramą wejściową do piekieł”.

Z kolei Mohammed Moussaoui, przewodniczący Stowarzyszeń Meczetów we Francji, powiedział w wywiadzie dla katolickiej gazety „La Vie” z siedzibą w Rzymie, że wydarzenia paryskie zwiększyły potrzebę dialogu między religiami. Oskarżył terrorystów, że instrumentalizują islam do własnych celów.

Jest jeszcze jedna ważna okoliczność, której nie można ignorować. Kiedy prowadzony jest dialog, na przykład między chrześcijaństwem a islamem, centrum religii chrześcijańskiej łatwo zidentyfikować. Jest nim Stolica Apostolska i osoba Ojca Świętego. Z kolei islam ma tak wiele odsłon, tak wielu liderów i interpretatorów, co powoduje pewnego rodzaju chaos i zamęt. I korzystając z tego zamieszania, na scenę wkracza samozwańczy kalif, który przykuwa uwagę świata islamu, staje się fałszywym prorokiem, swoistym antychrystem, którego głos jest słyszalny i podchwytywany.

Jeżeli świat islamu, ten umiarkowany, nowocześnie myślący i pragnący żyć w pokoju na Zachodzie nie zrobi z tym u siebie porządku, w ramach swojej religii, nie postawi sprawy jasno, nie odetnie się w sposób wyraźny od głoszonych antywartości przez IS, to Abu Bakr al-Baghdadi naprawdę stanie się głosem wszystkich muzułmanów, wykorzystując bierność, milczenie, obojętność wyznawców Allaha, ich obojętność na to, czego się dokonuje z ramienia przestępczej organizacji Państwa Islamskiego w imię islamu, proroka Mahometa i Allaha.

Dr Tomasz M. Korczyński