Kompromis z ograniczonym zaufaniem
Środa, 7 stycznia 2015 (13:47)Ze Zdzisławem Szramikiem, wiceprzewodniczącym Zarządu Krajowego Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Lekarzy, rozmawia Mariusz Kamieniecki
Panie Doktorze, jest długo oczekiwane porozumienie między lekarzami a ministrem zdrowia: gabinety zostały otwarte i lekarze znów przyjmują pacjentów...
– W tej chwili najważniejsze jest to, że gabinety lekarskie zostały otwarte i w tym aspekcie pacjenci, ale również lekarze mogą odetchnąć z ulgą. I to, w mojej ocenie, jest jedynym pozytywnym wydźwiękiem tego przekazu. Obawiam się jednak, że w konsekwencji jest to dość nieszczęśliwe porozumienie, bo tak naprawdę niczego dobrego dla poprawy całego systemu ochrony zdrowia nie wnosi. W moim odczuciu, jest to kolejny chwyt propagandowy, który ma być kwiatkiem do kożucha na sto dni rządów premier Ewy Kopacz. Takie zadanie Bartosz Arłukowicz otrzymał i jeszcze przed dzisiejszym posiedzeniem rządu spieszył zameldować jego wykonanie. Tymczasem sprawy, co do których mieliśmy pretensje do Ministerstwa Zdrowia, tak naprawdę nie zostały naprawione.
W czym nadal tkwi kość niezgody?
– Dotyczy to chociażby kwestii pakietu onkologicznego, który uważaliśmy i wciąż uważamy za niedobry, źle przygotowany, a mimo to, o ile mi wiadomo, pozostał w takiej formie jak uprzednio. Wprawdzie w Ministerstwie Zdrowia ma powstać specjalny zespół roboczy odpowiedzialny za wdrażanie pakietu onkologicznego, który będzie dokonywał korekt, jednak pytanie brzmi, dlaczego nie dało się tego zrobić już kilka miesięcy temu. Przy okazji kolejny raz wychodzi arogancja i buta Ministerstwa Zdrowia, które nie przygotowało tej zmiany w sposób należyty, fundując zwłaszcza pacjentom, ale też lekarzom niepotrzebny stres. Powołanie zespołu to jednocześnie przyznanie się resortu zdrowia do winy, że wprowadzony pakiet jest wadliwy.
Przekaz informacji, jaki płynął do nas od resortu zdrowia i lekarzy w sprawie negocjacji, był różny. Po zakończeniu rozmów Bartosz Arłukowicz stwierdził, że musieliśmy skończyć z dyktowaniem warunków przez Porozumienie Zielonogórskie…
– Zupełnie inny przekaz po negocjacjach ze strony ministra Arłukowicza, pełen buty i arogancji, dowodzi tego, że ministerstwo zdrowia jest zupełnie niewiarygodne. Minister zapomina, że nie jest panem na włościach, ale pracuje, a przynajmniej powinien pracować, na rzecz społeczeństwa. Nauczony złym doświadczeniem w rozmowach z ministrem Arłukowiczem i całą tą ekipą wcale nie jestem pewien, czy przy okazji tych negocjacji nie został zrobiony jakiś geszeft, a całe ewentualne oszustwo wyjdzie na jaw w trakcie, bo tak już wielokrotnie bywało. Gdyby minister Arłukowicz miał uczciwe intencje, to z pewnością nie doszłoby do całego tego horroru i napuszczania pacjentów na lekarzy. Również atmosfera i formuła, w jakiej to wszystko się odbywało, pozostawia wiele do życzenia. Patrząc na sposób traktowania środowiska lekarskiego, oskarżenia itp., zastanawiam się, czy ciągle są to jeszcze nasze polskie władze, czy może jest to rząd okupacyjny, który na siłę chce przepchnąć złe rozwiązania, nie zważając na to, jakie szkodliwe skutki przyniesie to dla całego narodu. Jestem pełen obaw i jeżeli okaże się, że rzeczywiście to porozumienie zostało tylko – mówiąc kolokwialnie – klepnięte, to znów straciliśmy szanse na merytoryczne, długofalowe zmiany, które prędzej czy później – jeżeli chcemy uniknąć dramatu – muszą nastąpić. Tymczasem mamy kolejny raz do czynienia z festiwalem pobożnych życzeń i de facto protezowaniem systemu ochrony zdrowia w Polsce. Nie można robić reformy lotnictwa bez udziału pilotów, tak samo nie da się przeprowadzić efektywnych zmian w ochronie zdrowia, jeżeli nie zaangażuje się lekarzy, którzy są najważniejszą częścią tego systemu. Natomiast w tym przypadku zrobione było wszystko na zasadzie, że minister jest nieomylny, wie lepiej i wcale nie musi pytać nikogo o zgodę. Takie podejście jest nie do przyjęcia, bo podważa sens demokracji.
Lekarze nie potwierdzą sukcesu, jaki ogłosił Bartosz Arłukowicz?
– Z jednej strony mieliśmy do czynienia z sytuacją, kiedy Polacy kolejni raz zostali wystawieni na ciężką próbę, a z drugiej państwo polskie skompromitowało się i nie ma fachowców, którzy potrafią przewidzieć skutki swoich działań. Mamy natomiast do czynienia z rozpaczliwym szukaniem rozwiązań, które powinny być wypracowane wcześniej, na zasadzie konsensusu, a nie na zasadzie mafijnych przepychanek w stylu „kto komu coś udowodni” czy „kto kogo załatwi”. Jeżeli za sukces uważa się to, że Ministerstwo Zdrowia nie może jednostronnie dokonywać zmian, to mamy do czynienia z jakimś nieporozumieniem. Może byłby to sukces w kraju rządzonym despotycznie, gdzie nie obowiązują żadne zasady demokracji. Natomiast jeżeli coś takiego jest uznawane za sukces w kraju demokratycznym, to ja się zastanawiam, gdzie my żyjemy, bo na pewno nie w normalnym państwie. Wypracowywanie zmian w tak ważnym obszarze, jak system ochrony zdrowia powinno mieć zupełnie inny charakter i przebieg. Powinno się odbywać w zaciszu gabinetów, gdzie jest odpowiednia atmosfera, bez presji czasu, a także mediów, które najczęściej nie rozumieją, o co chodzi i szukają sensacji. Potrzebny jest spokój, żeby czegoś nie pomylić, czegoś nie przeoczyć, a nie wypracowywanie zmian na zasadzie przepychanek w warunkach zbliżonych do szantażu. Często efektem takich pospiesznych działań jest zgniły kompromis, który tak naprawdę niczego nie załatwia, stwarza jedynie pozory.