• Czwartek, 19 marca 2026

    imieniny: Józefa, Bogdana

Tour w wydaniu pomocniczym

Niedziela, 4 stycznia 2015 (19:01)

Justyna Kowalczyk być może już nie ma szans na sukces w Tour de Ski, ale tym razem nie chodziło jej o spektakularny wynik. Wystartowała w tym wyczerpującym cyklu, by pomóc sobie w przygotowaniu optymalnej formy na mistrzostwa świata w Falun.

Dziś, ponownie w niemieckim Oberstdorfie, biegaczki rywalizowały na 10 km stylem klasycznym. To ulubiona konkurencja Kowalczyk, przez długie lata dominowała w niej absolutnie, wygrywając wszystko, co do wygrania było: łącznie ze złotym medalem olimpijskim. Po długim okresie ciągłych triumfów w obecnym sezonie musiała uznać wyższość rywalek. Ani razu nie ukończyła jej na podium, a dzisiejszy start był już czwartym.

Pamiętajmy jednak, że to sezon wyjątkowy. Wyjątkowe, a raczej inne niż do tej pory były przygotowania, sporo rzeczy działo się w prywatnym życiu naszej zawodniczki. Na Tour de Ski nie przyjechała, by wygrywać i bić rekordy, tylko by zbudować formę na najważniejszą imprezę sezonu.

- Metoda małych kroczków zawsze działa i dalej będę się jej trzymać. Tour mi w tym pomoże, bym na mistrzostwa zdążyła – przyznała po sobotnim prologu.

Dziś co prawda liczyliśmy po cichu, że być może włączy się do walki o podium. Marit Bjoergen była poza zasięgiem, co do tego wątpliwości nie miał nikt, ale już z jej rodaczkami można było powalczyć. Albo przynajmniej spróbować. Polka miała taki plan. Bjoregen nawet nie chciała „prowokować”, ale gdyby tuż po starcia dogoniła np. Therese Johaug i razem z nią pokonała kilka kilometrów, to kto wie, co mogłoby się wydarzyć. Tyle że Kowalczyk rywalizowała nie tylko z nimi.

- Już przed startem powiedziałam do trenera, że się boję – przyznała.

Co miała na myśli? Zjazdy. Te były nie tylko ciężkie, karkołomne, ale i źle przygotowane, a przez to niebezpieczne. Kowalczyk, pół żartem, pół serio (ale bardziej na serio) pomyślała nawet, że już dawno nie miała wypadku podczas zmagań i chyba ktoś postanowił to zmienić.

Aleksander Wierietielny przypomniał swej podopiecznej, że „zdrowie jest najważniejsze” i te słowa pewnie też gdzieś utkwiły w jej głowie.  Początkowo wydawało się jednak, że dwukrotna mistrzyni olimpijska może powalczyć o podium. Wystartowała jako dziesiąta (zawodniczki ruszały z zachowaniem różnic czasowych z prologu), a w pewnym momencie przesunęła się na czwarte miejsce. Niestety – nikogo już nie prześcignęła, a sama dała się wyprzedzić Niemce Nicole Fessel i Szwedce Stinie Nilsson. Ostatecznie uplasowała się na szóstej pozycji i nie wyglądała na rozczarowaną. Wie dobrze, że w obecnej formie trudno jej mierzyć w najwyższe cele, forma, ta oczekiwana, ma przyjść na mistrzostwa świata. 

Co do trasy: wypadek się niestety zdarzył i to poważny. Paradoksalnie uległa mu reprezentantka gospodarzy, Claudia Nystad. Nie była w stanie wstać o własnych siłach.

A na razie Tour de Ski, podobnie jak cały sezon Pucharu Świata, przypomina mistrzostwa Norwegii. Dziś, podobnie jak wczoraj, najlepsza okazała się Marit Bjoergen. Druga była Heidi Weng – 56,2 s straty, a trzecia Therese Johaug – 56,8. Bjoergen w klasyfikacji generalnej cyklu ma już przeszło minutę przewagi nad Weng, czyli wszystko na to wskazuje, że dopnie swego i po raz pierwszy w karierze w tej imprezie zwycięży. Nie widać nikogo, kto mógłby ją powstrzymać, nawet Johaug obecnie nie da rady multimedalistce olimpijskiej. Bjoergen po TdS prawdopodobnie zapewni sobie też Kryształową Kulę za zwycięstwo w klasyfikacji Pucharu Świata – bo wypracuje przewagę, której nikt nie zniweluje.

Jutro uczestnicy TdS będą mieli przerwę. Wykorzystają ją na przenosiny do Szwajcarii, bo wtorkowe zawody rozegrane zostaną w Val Mustair. Trudno oczekiwać po nich specjalnie dobrych wiadomości, bo to sprint techniką dowolną. Najbardziej przez Kowalczyk nielubiana konkurencja.

Piotr Skrobisz