• Czwartek, 7 maja 2026

    imieniny: Ludmiły, Benedykty, Gizeli

Na dno z Arłukowiczem

Czwartek, 1 stycznia 2015 (19:40)

Zdzisław Szramik, wiceprzewodniczący Zarządu Krajowego Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Lekarzy

Minister zdrowia Bartosz Arłukowicz sam powiedział, że odpowiada za bezpieczeństwo pacjentów, gdyby sumiennie wypełniał swoje obowiązki, to przede wszystkim zabiegałby o to, żeby zapewnić większe nakłady na ochronę zdrowia w Polsce. Przecież to, że służba zdrowia u nas już od dawna głęboko niedofinansowana, nie jest żadną tajemnicą. Pieniądze, procent PKB, a także kwota bezwzględna, jakie przeznacza się u nas na ochronę zdrowia, są średnio o połowę niższe niż w innych krajach Unii Europejskiej. Minister Arłukowicz w ciągu kilku lat zajmowania tego stanowiska nie zrobił nic, żeby zmniejszyć ten dystans. Samo zaklinanie rzeczywistości nic nie da. Ponadto metoda, jaką przyjął, polega nie na usuwaniu przyczyn zła, ale na przesuwaniu akcentów, a winą za błędy funkcjonowania systemu obciąża się lekarzy.

Lekarze rodzinni są naprawdę przepracowani, mając dużo pacjentów i coraz więcej obowiązków pozamedycznych, a mówiąc wprost − biurokratycznych, znacznie więcej niż lekarze w innych krajach UE. Nakładanie na nich dodatkowych zadań wynikających chociażby z pakietu kolejkowego w zamian za śladową rekompensatę finansową, bo stawka kapitacyjna tak naprawdę rośnie zaledwie o 3 zł miesięcznie, jest jakimś nieporozumieniem. W takich warunkach prawidłowe działanie systemu nie jest możliwe.

Minister Arłukowicz powinien albo zadbać o zwiększenie nakładów na ochronę zdrowia, albo podać się do dymisji. Tymczasem nie zrobił ani jednego, ani drugiego, a za swoją indolencję wini wszystkich dookoła. To, że napuszcza pacjentów na lekarzy, to nie jest żadna nowość. Ten człowiek od początku piastowania urzędu ministra właściwie nie robi nic innego. Uważam, że lekarze rodzinni nie podpisując umów, postąpili właściwie, bo gdyby to uczynili, byłoby szkodliwe dla całego systemu, opóźniłoby wprowadzenie pożądanych i koniecznych zmian i przedłużyłoby trwanie tego chocholego tańca o kolejny rok, a może dłużej. Nie sądzę żeby plan „B” ministra Arłukowicza wypalił.

W mojej ocenie, spowoduje on jeszcze większe zamieszanie w Szpitalnych Oddziałach Ratunkowych, które już obecnie pełnią rolę całodobowych przychodni. W moim odczuciu, wciąż nie mamy mądrego rozwiązania, a to, co dziś funduje pacjentom i lekarzom minister Arłukowicz, jest początkiem końca. Ten kolos na glinianych nogach musi się zawalić, bo dłużej nie da się go podtrzymywać protezami. Obawiam się jednak, że odbędzie się to kosztem niczemu niewinnych pacjentów, którzy zostaną złożeni na ołtarzu tych szkodliwych działań. Powstaje pytanie, czy musi ktoś umrzeć, czy musi się wydarzyć jakaś wielka ludzka tragedia, żebyśmy wszyscy w końcu przejrzeli na oczy? Król jest nagi i jest to bezdyskusyjne, nie ma sensu zachwycać się czymś, czego tak naprawdę nie ma.

Ochrona zdrowia w Polsce stacza się coraz niżej po równi pochyłej, a Bartosz Arłukowicz może byłby dobrym cyrkowcem albo zręcznym prestidigitatorem, ale nie ministrem zdrowia. Nie zrobił niczego dobrego w ochronie zdrowia i pewnie już nic nie zrobi, bo był, jest i pozostanie marionetką wcześniej Donalda Tuska, a teraz Ewy Kopacz. Napuszczanie lekarzy na lekarzy, żeby ich złamać, to metody znane z czasów PRL, ale to droga donikąd. W czasach wolnej gospodarki nie ma szans, by system nakazowo-rozdzielczy funkcjonował. Resort zdrowia z ministrem Arłukowiczem, który tworzy rzeczywistość zza biurka, przypomina ostatni bastion komunizmu w Polsce.

Wszystkie ustawy z pakietu medycznego − począwszy od ustawy o działalności leczniczej, ustawa refundacyjna, która jest de facto ustawą antyrefundacyjną, oraz ustawa o prawach pacjenta i rzeczniku praw pacjenta − powstały wbrew opinii środowiska lekarskiego. Podobnie jest z pakietami onkologicznym i kolejkowym. Mam wrażenie, że minister Arłukowicz czuje się jak szachista, który przestawia pionki po szachownicy. Nie można robić czegoś zza biurka, nie mając o tym ani pojęcia, ani środków.

W systemie brakuje ponad 20 mld zł rocznie, co dziennie daje ok. 50-60 mln zł. Każdy dzień zwłoki i przeciąganie sprawy to czysty zysk do budżetu. Przy takich oszczędnościach ludzie rządu będą bronić tej sprawy jak niepodległości, a wszelkie działania będą jedynie pozorowane, bo to się po prostu opłaca. Za takie pieniądze można – jak się okazuje – kłamać, oszukiwać, straszyć, skłócać. Cel, którym jest wspomniane 50-60 mln zł dziennie oszczędności, uświęca środki. W tak skonstruowanym przebiegłym planie niestety nie ma miejsca dla pacjenta.

Zdzisław Szramik