Milczący radiowysokościomierz
Środa, 10 października 2012 (05:59)Rosyjski MAK i polska komisja Jerzego Millera podały rozbieżne dane na temat wysokości pasa na lotnisku Siewiernyj - twierdzi prof. Kazimierz Nowaczyk z Uniwersytetu w Maryland, który uczestniczył we wczorajszym posiedzeniu parlamentarnego zespołu smoleńskiego.
- Praca techniczna jest częścią pracy całego zespołu smoleńskiego. To techniczna analiza katastrofy - zaznaczył prof. Nowaczyk. Ekspert z Uniwersytetu w Maryland od wielu miesięcy współpracuje z zespołem parlamentarnym. Wczoraj po raz pierwszy był obecny na posiedzeniu zespołu.
- Nigdy na początku nie postawiliśmy żadnej hipotezy, jak mogła wyglądać ta katastrofa. Te hipotezy wynikają krok po kroku z kolejnych analiz. Jeżeli dostaniemy dokumenty do ręki, które będą zaprzeczały temu, co do tej pory zrobiliśmy, zweryfikujemy swoje badania. Takich dokumentów do tej pory nie mamy - mówił.
Nowaczyk dokonał wczoraj analizy załącznika nr 4.11 do raportu PKBWLLP. Dołączona została do niego wizualizacja ostatnich sekund lotu tupolewa. Jak dowodził naukowiec, komisja Jerzego Millera pominęła w raporcie rejestry ostatniego, 38. zapisu pracy systemu TAWS.
- Zarówno komisja MAK, jak i komisja Millera nie analizowały tego punktu - konkludował prof. Nowaczyk.
Dane dotyczące ostatniego punktu TAWS o numerze 38 mogą okazać się kluczowe dla wyjaśnienia przyczyn katastrofy samolotu Tu-154M nr 101 pod Smoleńskiem. W ostatnich sekundach lotu system TAWS zarejestrował informacje o kilkunastu awariach związanych prawdopodobnie z procesem niszczenia maszyny, który rozpoczął się już na wysokości ok. 30 metrów nad ziemią.
Według prof. Nowaczyka, jeszcze przed zderzeniem z ziemią doszło do awarii skrzydeł, silnika nr 1 i agregatów elektrycznych. Oprócz tego zdiagnozował 11 innych obszarów usterek; doszło też do awarii radiowysokościomierza - to nowość zaprezentowana wczoraj przez prof. Nowaczyka. Chodzi o to, że na dane z radiowysokościomierza powołują się raporty MAK i PKBWLLP. Tymczasem według raportu firmy ATM sporządzonego dla komisji Millera urządzenie to od pewnego momentu w ogóle nie działało.
Profesor Nowaczyk ustalił trajektorię pionową maszyny podczas ostatnich sekund lotu. Jak wynika z jego badań, w rejonie brzozy Tu-154M nie zszedł poniżej 20 metrów. Ekspert wskazał też na istotne rozbieżności dotyczące ustalenia wysokości początku pasa na lotnisku Siewiernyj w Smoleńsku. Według raportu MAK, wysokość początku pasa wynosi 258 metrów. Komisja Millera podaje natomiast w swoim raporcie, że wysokość pasa wynosi 254 metry.
- Ekspertyza ATM podaje z kolei, że na podstawie ustaleń Działu Geodezji i Kartografii Sztabu Generalnego Wojska Polskiego wysokość pasa to 251 metrów. Wydawałoby się - drobiazg, ale tak nie jest. Trajektoria lotu, którą się rysuje i którą się posługuje w analizach, to wysokość samolotu nad poziomem pasa. Jeżeli ten pas lokujemy na różnych wysokościach i okazuje się, że w tych obu raportach samolot ścina brzozę na wysokości 5-7 metrów - mimo tych różnic - to musi to budzić już nie tylko zdziwienie, ale podejrzenia, że te rachunki nie są ze sobą spójne - dowodził prof. Nowaczyk.
Ustalenia, które zaprezentował wczoraj naukowiec, to wynik analizy odczytu z tzw. rejestratora szybkiego dostępu firmy ATM. Rejestrator był odczytywany w Polsce. Zapis tzw. polskiej czarnej skrzynki to zapis cyfrowy. Rejestruje ona parametry, których nie uwzględnia tzw. FDR - czarna skrzynka parametrów lotu.
Skrzynka ATM uwzględnia m.in. zapis pracy silników podczas lotu, ich temperaturę i wibracje. Zarówno ATM, jak i FDR zapisują wszystkie parametry w sposób ciągły. Danymi tymi dysponowały i MAK, i PKBWLLP. Parametry najrzadziej zapisywane są co pół sekundy. Jednak ani MAK, ani polska komisja nie podały bezpośredniego odczytu wysokości radiowej. Została podana tylko i wyłącznie wysokość uwzględniająca profil podłoża. Nie określono też metodologii, w oparciu o którą obliczono, na jakiej wysokości samolot uderzył w brzozę. Nie wiadomo, czy eksperci obu komisji uwzględnili przy tym wysokość podwozia.
Anna Ambroziak