Karp nie tylko od święta
Środa, 24 grudnia 2014 (18:07)Ze Zbigniewem Szczepańskim, ichtiologiem, prezesem Towarzystwa Promocji Rybactwa i Produktów Rybnych „Pan Karp”, rozmawia Mariusz Kamieniecki
Ze statystyk wynika, że 10-20 proc. Polaków w ogóle nie spożywa karpia, a pozostali tylko pół kilograma w ciągu roku, zamykając się wyłącznie w obrębie wigilijnej tradycji. Jakie działania są podejmowane, żeby zmienić tę tendencję?
– Rzeczywiście, zmiana pokoleniowa powoduje, że młodsi Polacy chętniej sięgają po nowinki, a nie zawsze są wierni tradycji, i my to zauważamy. W tym roku Towarzystwo Promocji Rybactwa i Produktów Rybnych „Pan Karp” zorganizowało kampanię promocyjną w różnych wymiarach, aby karpia przypomnieć, przybliżyć i zachęcać do konsumpcji skądinąd tej smacznej i zdrowej ryby. Zaczynamy od najmłodszych, jest już gotowa książeczka pt. „Piorun z górki na pazurki”, której tematem jest hodowla ryb. Bohaterem tej książeczki jest orzeł, który osiadł w okolicy stawów rybackich i uzgodnił z rybakiem, że będzie go ochraniał przed kormoranami, a w zamian będzie mógł jeść smaczne karpie. Rzeczywiście orły bieliki cenią sobie mięso karpia i często polują na stawach rybnych, natomiast jest ich stosunkowo niewiele, więc nie jest to problem dla rybaków. Ponadto zostanie wydana gra planszowa pt. „Jak rosną karpie w świętokrzyskim stawie”, a także album, którego roboczy tytuł brzmi „Rzeczpospolita karpiowa”. Jest on związany z terenem stawów, gdzie na zdjęciach zostanie zaprezentowana zarówno gospodarka rybacka, przyroda otaczająca stawy oraz ludzie żyjący wokół stawów. Istotnym elementem kampanii promocyjnej była też trasa „Karpiowozu”, który przed świętami odwiedził 14 polskich miast. Codziennie stacjonowaliśmy przed sklepami sieci handlowych, a nasi kucharze oferowali szeroki wachlarz ponad 30 potraw z karpia. Podobnie jak przed rokiem udaliśmy się do Rzymu. Poprzednio gościliśmy z karpiami w Watykanie u Gwardii Szwajcarskiej, a teraz udaliśmy się do polskiej parafii pw. św. Stanisława Biskupa i Męczennika przy via delle Botteghe Oscure, która stanowi centralne miejsce duszpasterstwa polskiego w Rzymie. Tam dla naszych rodaków przygotowaliśmy tradycyjną wigilię z karpiami w roli głównej. Potrawy z karpia trafiły też do Watykanu.
Jakie warunki dla hodowców ryb panują w Polsce?
– Z jednej strony, jeśli posłuchać polityków i przedstawicieli administracji rządowej, to wydawałoby się, że wszystko jest w porządku. Wygląda na to, że zarówno Unia Europejska, jak i polski rząd – zwłaszcza w związku z ubożeniem morskich zasobów rybnych – popierają rozwój akwakultury i hodowlę ryb na śródlądziu, ale jeśli przechodzimy do szczegółów, to nie wygląda to już tak różowo. Objawia się fiskalizm, a Ramowa Dyrektywa Wodna z 2000 r., do której realizacji mniej więcej rok temu przystąpili nasi politycy, staje się straszakiem. To bardzo niedobra wiadomość dla hodowców ryb, bo mówi się coraz częściej o wprowadzaniu opłat za pobór wody na stawach.
Jednak we wrześniu Niemcy wygrały z Komisją Europejską batalię o opłaty za pobór wody m.in. na stawy rybne. Czy i jak ta decyzja może wpłynąć na sytuację rybactwa śródlądowego w Polsce?
– W sierpniu organizacje rybackie były na spotkaniu z ministrem środowiska, który dość jednoznacznie stwierdził, że jeśli spór, który w tym momencie toczyły Niemcy z Komisją Europejską, zostanie rozstrzygnięty na korzyść naszego zachodniego sąsiada, to wówczas nasze ministerstwo również odstąpi od pomysłu wprowadzania opłat za pobór wody na stawach. Warto zauważyć, że Ramowa Dyrektywa Wodna dotyczy gospodarki wodnościekowej i głosi, że kto korzysta i pobiera wodę do gospodarstw domowych czy dla przemysłu, a odprowadzając ścieki zanieczyszcza wodę, powinien za to płacić. Natomiast Niemcy twierdzili, że gospodarka rybacka właściwie tylko użycza wody, jako środowiska do życia ryb, argumentowali też, że nie istnieją żadne dane, które wskazywałyby na negatywne oddziaływanie gospodarki rybackiej na środowisko, a wprost przeciwnie. Niestety pozytywny wpływ gospodarki rybackiej nie jest brany pod uwagę, i choć Niemcy wygrały swoją batalię z KE, to polskie władze mimo wcześniejszych deklaracji nie odstąpiły od pomysłu nałożenia haraczu na gospodarstwa rybackie i z uporem maniaka dalej powołują się na dyrektywę wodną.
Czy zatem mamy dwie różne interpretacje w obrębie Unii Europejskiej…?
– W uproszczeniu można to tak ująć. Kłopot w tym, że każde państwo członkowskie może prowadzić odrębną politykę. Natomiast nielogiczne jest – co zresztą stwierdzili Niemcy, żeby podrzynać tak drobną gałązkę, jaką jest gospodarka rybacka. Należy iść w kierunku jej rozwoju, a nie ograniczeń. Nie ma zatem żadnych powodów merytorycznych, ani też fiskalnych, bo są to drobne pieniądze, aby nakładać haracz na gospodarkę rybacką. Najprawdopodobniej przychody z łupienia stawów rybackich zostały już wpisane jako dochód do budżetu i teraz ciężko się z tego wycofać. I choć minister środowiska deklaruje, że nie chce specjalnie obciążać gospodarstw rybackich, to fakty są takie, że decyzji w tej kwestii nie podjęto, a deliberowanie trwa w najlepsze.
Proszę powiedzieć, jaki był tegoroczny sezon hodowlany dla polskich producentów karpi?
– Nie był najgorszy. Wiosna była dość długo zimna, co nie było zbyt korzystne. Ekstremalne temperatury nie służą hodowli karpi. Ryby te najlepiej rosną, kiedy temperatura jest średnia przez cały sezon wegetacyjny. Mimo iż w tym roku było różnie, to jako branża osiągnęliśmy 17-18 tysięcy ton, a więc wynik przynajmniej o tysiąc ton lepszy niż w ubiegłym roku. Wynik lepszy w skali jednego czy dwóch lat nie jest jeszcze żadną rewelacją, bo wciąż sporo brakuje nam do poziomu z przełomu XX i XXI wieku, kiedy produkcja karpia w naszym kraju przekraczała 20 tysięcy ton, ale tendencja zwyżkowa cieszy.
Ile karpia w tym roku może trafić na wigilijne stoły w Polsce?
– Wszystko zależy od konsumentów. Jeśli Polacy będą kultywować tradycję kupowania karpi w takim zakresie jak to było w latach ubiegłych, to ok. 18-20 tysięcy tej smacznej ryby może trafić na wigilijne stoły, a więc więcej niż wyprodukowaliśmy. To wskazywałoby, że na świątecznych stołach pojawią się także karpie z krajów ościennych – Czech czy Litwy. Przynajmniej od trzech lat cena karpia systematycznie się u nas obniża, co z jednej strony nie sprzyja poprawie rentowności gospodarki rybackiej w Polsce, ale z drugiej sprawia, że przestaje się to opłacać także importować te ryby z zagranicy. Tu jest ten paradoks, a mianowicie, że kiedy cena w Polsce będzie zadowalająca dla hodowców, to jednocześnie będzie zachętą do importu. Rynek wprawdzie jest otwarty i nie można zakazać przywożenia ryb z innych krajów, dlatego działania powinny pójść w kierunku budowania naszego rynku, a więc zwiększania sprzedaży i konsumpcji. To jest najbardziej właściwy kierunek, który Towarzystwo Promocji Rybactwa i Produktów Rybnych „Pan Karp” dostrzega i stara się wcielać w życie.
Z jakimi problemami zmagają się obecnie hodowcy ryb?
– Problemem, który od jakiegoś czasu doskwiera hodowcom ryb, są kormorany, nad którymi jakiś czas temu ochronę prawną roztoczyła Unia Europejska. Wraz z ocieplaniem się klimatu ptaków tych przybywa. Tylko w ostatnich latach liczba ich wzrosła aż czterokrotnie. Według szacunków w UE żyje ok. 2 milionów kormoranów, z czego ponad 130 tysięcy w Polsce. Ptaki te bytują w okolicach stawów rybnych, które są dla nich źródłem pokarmu, i stają się prawdziwą plagą, pustoszą ogromne obszary wód śródlądowych i przybrzeżnych, bo nie dotyczy to tylko stawów. O tym, że jest to problem, niech świadczy fakt, że jeden dorosły kormoran dziennie zjada około pół kilograma ryb. Biorąc pod uwagę ilość tych ptaków, łatwo obliczyć, jakie straty ponoszą gospodarstwa rybackie, ale również ile ryb, także chronionych, znika rocznie z naszych rzek czy jezior. Obliczono, że na Pojezierzu Mazurskim więcej ryb zjadają kormorany niż są w stanie odłowić zawodowi rybacy i wędkarze razem wzięci. Mimo że fakty jednoznacznie wskazują, że z tą plagą trzeba coś zrobić, to służby zajmujące się ochroną środowiska chowają głowę w piasek. Tak naprawdę nie ma takiej siły w UE, która spowodowałaby weryfikację nadmiernie łagodnych przepisów ochronnych wobec kormoranów. To sprawia, że zamiast spożywać więcej ryb, karmimy nimi kormorany.
Jak można ograniczyć ten kormorani proceder?
– W mojej ocenie, należałoby wyłączyć z ochrony pewne obszary, gdzie działalność kormoranów jest najbardziej szkodliwa i dotkliwa dla gospodarki rybackiej. Należy połączyć działania związane z odstrzałem czy z redukcją gniazd tych ptaków. Metod jest wiele. Bez specjalnego programu regulacji populacji kormoranów się nie obejdzie. Z tego, co wiem, na zlecenie służb ochrony środowiska przygotowano opracowanie takiego programu, które niestety konserwuje tylko obecny stan. Wnioski są bowiem takie, że nic nie da się zrobić. Niestety wszystko to odbywa się kosztem rybaków i konsumentów. W rezultacie mamy dyktat, zgodnie z którym przyroda ma być nadrzędna. Zapomina się jednak, że kormorany są tylko częścią przyrody i robią szkody innym gatunkom np. rybom.
Jak ocenia pan fakt, że w „Naszym Elementarzu” zabrakło karpia w galarecie, który został usunięty przez „postępowe” kierownictwo MEN, podobnie zresztą jak wiele innych polskich tradycji świątecznych?
– Jako kuriozalny i żałosny. Wychodzi na to, że 608 osób, które w ramach konsultacji napisało e-maile do Ministerstwa Edukacji Narodowej, zdecydowało o tym, że karpia należy usunąć. W związku z tym, że karp, biorąc pod uwagę kwestie humanitarne związane chociażby z traktowaniem i zabijaniem tej ryby, jest elementem kłopotliwym, w takim układzie wyrzuca się go, a wstawia makowiec. Szkoda tylko, że pani minister Kluzik-Rostkowska, chcąc być trendy, podjęła decyzję na podstawie głosów garstki osób, a nie zapytała o zdanie milionów Polaków. Takie traktowanie sprawia, że choć jesteśmy w większości, to o rzeczy wydawałoby się oczywiste, musimy walczyć, a kiedy nie uczestniczymy aktywnie w konsultacjach, jakie by one nie były, to odbieramy sobie szansę na kształtowanie rzeczywistości. To jakaś żenada. Kiedy zwróciłem się do rzecznika MEN z prośbą o merytoryczne przesłanki takiej decyzji, to niestety odpowiedzi nie otrzymałem. Pamiętajmy też, że pierwotnie z elementarza miała zniknąć nazwa Wigilia czy Boże Narodzenie. W takiej sytuacji należałoby się zastanowić, ludzie o jakim potencjale intelektualnym i kulturowym zostali zaangażowani do tworzenia podręcznika dla polskich dzieci.