Historia zapisana w piosenkach
Piątek, 19 grudnia 2014 (17:16)Z Jackiem Kowalskim, współczesnym bardem, rozmawia Izabela Kozłowska
W niedzielę wystąpi Pan na koncercie pt. „Bloki, komuna, konspira, meble Kowalskich. Piosenkowa opowieść o niedawnych latach”. W kontekście niedawnej rocznicy wprowadzenia stanu wojennego będzie to wyjątkowa okazja, aby przypomnieć realia ówczesnej Polski?
– Może. Każdy przecież opowiada i śpiewa inaczej. A moje piosenki nie są – zastrzegam – protest songami. Starają się ośpiewać komunistyczną rzeczywistość okiem tego, który poza szarością dostrzega także piękno. Piękno ludzi, którzy w trudnych czasach mieli niepowtarzalną szansę pokazać się z lepszej strony. W schyłkowym okresie komuny nie było już przecież zbrodniczych prześladowań na skalę masową – natomiast za opowiedzenie się po komuszej stronie czekały profity. Zatem cena przyzwoitości nie była wysoka: wystarczyło nie chcieć się „umoczyć”. I ten warunek naprawdę weryfikował ludzi. Nagle dostrzegaliśmy, kto jest kim. Dziękowałem wtedy Panu Bogu – naprawdę! – że dał mi w tak krótkim czasie oglądać i porównywać „pełną komunę”, a zaraz potem „Solidarność” i stan wojenny. Niezwykłe doświadczenie. Więc teraz, kiedy słyszę na przykład o takim panu Biedroniu, który czasy komuny musi nieźle pamiętać, a zaraz potem, w latach 90. wstąpił do postkomunistycznej młodzieżówki – no, to już wiem, co o tym myśleć. Dziwi mnie, że wielu młodych nie ma na ten temat zdania, ale w końcu sobie mówię: nie żyli w tamtych czasach, nie ich wina. Wina sposobu, w jaki niektórzy pokrętnie opowiadają o tamtych czasach.
Jakie utwory będą mieli okazję wysłuchać uczestnicy koncertu?
– Powracam do własnych piosenek z lat 80. Spotykaliśmy się wtedy – myślę o szerokim kręgu przyjaciół – w duszpasterstwie Ojców Dominikanów, na codziennych Mszach Świętych o siódmej rano… żeby potem przy śniadaniu (czyli „na agapie”) wymieniać się dowcipami, a wieczorem po zajęciach spotykać przy gitarze, piosenkach i wierszach. Rządziły mną wtedy trzy fascynacje – Sarmacja, średniowiecze i opozycyjna współczesność, która domagała się utrwalenia jako (miałem tego świadomość) absolutnie niepowtarzalna. Ta epoka pod względem materialnym objawiała się jako szara, brudna i uboga, ale moralnie – wspaniała. Paru kolegów było podziemnymi drukarzami, prawie wszyscy braliśmy udział w ostatnim studenckim strajku i manifestacjach w roku 1988. A codzienność mimo szarości miała swoje wschody i zachody słońca ponad blokami, w których powstawała niezależna literatura i w których mieszkali moi przyjaciele. Wieże poznańskiego kościoła Dominikanów przy ulicy (wówczas) Stalingradzkiej wspaniale panowały nad miastem, konkurując z czerwonymi szmatami na niedalekim Komitecie Wojewódzkim. Jakże wymowny i symboliczny widok! Rzeczywistość nieobecna i w komunistycznych mediach, i w protest songach, które zazwyczaj nie oddawały kpiarskiego i wesołego wymiaru tej rzeczywistości. Dostrzegłszy to, postanowiłem opisać ten świat w piosenkach i powstał cykl „Blokomachia”. Niestety, tak się dziwnie złożyło, że zaraz po upadku komuny łatwiej było śpiewać o Sarmacji i o średniowiecznej Francji niż o czasach niedawno minionych, które nagle przestały ludzi interesować. Cykl wyszedł co prawda jeszcze w drugim obiegu jako tomik, ale dopiero niedawno wydobyłem go na koncertach i opublikowałem stare nagranie.
Skąd czerpie Pan inspirację do swojej twórczości?
– Może to panią zdziwi, ale świat blokowisk i opozycji oglądałem poprzez teksty klasyków. Nad szarością późnej komuny unosili się Horacy, Kochanowski, Kochowski, Mickiewicz.
Poprzez muzykę, sztukę można uczyć historii?
– Można, oczywiście. Skoro historia jest nauczycielką życia, powinna być w życiu obecna. Nie tylko w akademickich podręcznikach dziejów najnowszych, ale w kulturze codziennej. Jeśli zapiszemy historię w piosence, będzie miała taką szansę. Inna rzecz, czy ta albo inna piosenka okaże się przekonująca? Śpiewał Jan Krzysztof Kelus: „Jak napisać słowa, które nie będą brzmieć fałszywie potem?”. Ale o tym zdecydują pospołu Pan Bóg, publiczność i potomność.
Znani są twórcy z czasów PRL, którzy poprzez swoją muzykę wytykali błędy tamtego systemu. Muzyka może być wciąż sposobem rozliczenia władzy?
– Może być i jak widzimy obecnie – właśnie bywa. Wiele wszakże zależy od mediów i sposobu, w jaki piosenka i poezja funkcjonują. Za komuny, kiedy media zakneblowano, obieg nieoficjalny okazał się niezwykle silny i niemalże wystarczał. Dziś też istnieją dwa obiegi – choć oba oficjalne; bo podzielony jest nie tylko świat mediów, także samo społeczeństwo. Gorzej, że piosenka odwołująca się do historii może mieć także wpływ negatywny. W putinowskiej Rosji przebojem stał się utwór z refrenem: „ja sdiełan w ZSRR” („zostałem zrobiony w Związku Sowieckim”, „made in ZSRR”), sławiący dzieje zbrodniczego mocarstwa. To ważne memento. U nas niby takich piosenek się nie śpiewa, ale czy kwitnąca twórczość satanistyczna nie jest tym samym, co wysławianie sowieckiego diabła? Powtarzam: to ważne memento.
Dziękuję za rozmowę.
Koncert pod tytułem „Bloki, komuna, konspira, meble Kowalskich. Piosenkowa opowieść o niedawnych latach” odbędzie się w niedzielę, 21 grudnia br., o godz. 19.00 w sali parafialnej przy kościele św. Rafała i Alberta na Rudzie w Warszawie (ul. Gwiaździsta 17). Spotkanie będzie biletowane. Cena biletu: 10 zł. Bilety można będzie zakupić pół godziny przed koncertem aż do jego rozpoczęcia.
Izabela Kozłowska