• Czwartek, 19 marca 2026

    imieniny: Józefa, Bogdana

Każda minuta czemuś służy

Czwartek, 11 grudnia 2014 (02:09)

Z Markiem Dąbrowskim, wielokrotnym uczestnikiem Rajdu Dakar, rozmawia Piotr Skrobisz.

Odczuwa Pan już emocje przed kolejną edycją Rajdu Dakar? Do startu pozostało już tylko kilka tygodni.

– O kolejnym Dakarze, razem z Jackiem Czachorem, myśleliśmy już na mecie poprzedniego. Przez cały rok przygotowujemy się do tej jednej imprezy, tak jest teraz, tak było wcześniej, kiedy startowaliśmy na motocyklach.

Piąte miejsce w Pucharze Świata FIA napełniło Pana optymizmem przed kolejnym pustynnym maratonem?

– Sezon był udany, ale i trudny. Nasz debiutancki Dakar w samochodzie przejechaliśmy śpiewająco, praktycznie bez żadnych problemów. Zajęliśmy siódme miejsce, rewelacyjne. W Pucharze Świata kłopotów mieliśmy już więcej, ale dzięki temu przerobiliśmy na własnej skórze ogrom różnorakich sytuacji. Kilka razy było naprawdę ciężko, jednak za każdym razem dotarliśmy do mety. Proszę pamiętać, że w ostatnim Dakarze byliśmy pierwszoroczniakami, mieliśmy najmniejszy staż spośród załóg ze ścisłej czołówki. Każdy kilometr przejechany przez nas w samochodzie był na wagę złota, a w tym roku przejechaliśmy ich ładne parę tysięcy – i cały czas mieliśmy najlepszych w zasięgu. A nasza toyota na styczniowe zmagania zostanie gruntownie zmieniona, będzie miała kevlarowe nadwozie, inne tylne zawieszenie, krótko mówiąc –ma być lżejsza, mocniejsza i pod każdym względem lepsza. Mam nadzieję, że z nami będzie podobnie.

Przesiadka z motocykla do samochodu była szokiem czy też wszystko przyszło naturalnie?

– Na początku ciężko mi było złapać oddech. Na motocyklu rywalizowałem przez ponad 20 lat, szmat czasu. W samochodzie wszystko było inne, na prawym fotelu siedział pilot, a towarzyszyły temu ogromne emocje. Towarzyszą zresztą nadal, bo tak naprawdę dopiero się do tej sytuacji przyzwyczajamy. Oczywiście krajobrazy pozostały identyczne, bo ścigaliśmy się po tych samych trasach i w tych samych miejscach. Patrząc z tej perspektywy, na pewno było nam łatwiej, wiedzieliśmy, co znaczy „dakarowa” jazda i „dakarowe” ściganie się.

Co Pana najbardziej zaskoczyło w „świecie” samochodów?

– Jeszcze nie tak dawno w samochodach wystarczyło trzymać dobre tempo i jechać w miarę bezbłędnie, by być na wysokim miejscu. Tymczasem teraz sytuacja przypomina tę z motocykli, czyli konkurencja stała się przeogromna i o sukces jest niesamowicie ciężko. Na Dakarze nie ma czegoś takiego jak „kryzys światowy”, przyjeżdżają na niego najlepsi kierowcy i największe firmy. Nie będę daleki od prawdy, jeśli powiem, że nie ma drugiego sportu motorowego, w którym startuje tak wielu wspaniałych zawodników, których umiejętności poparte są tak znakomitym i wyrównanym sprzętem. Często inna precyzja jazdy albo minimalnie gorszy samochód decydują o wyniku. Walka odbywa się dosłownie na sekundy, kiedyś tak nie było.

Jak zatem wygląda Dakar z perspektywy samochodu?

– Ciekawie. Jacek był moim trenerem, jest nawigatorem (śmiech). Z pozoru jest dużo lepiej, przyjemniej, bardziej komfortowo. Wywracając się na motocyklu, łatwo można było złamać nie jedną kość, ale więcej, samochody są obarczone mniejszym ryzykiem. Z drugiej jednak strony, kiedy na Rajdzie Dubaju wywróciliśmy się za wydmą i leżeliśmy na dachu, to pod każdym względem zrobiło się bardzo gorąco. Motocykl w takiej sytuacji się podnosi, otrzepuję kurz i piach i jadę dalej. A w samochodach trzeba mocno się nakombinować, by wrócić na trasę. Trzeba odkopać własne auto i znaleźć inne, które postawi nas na koła.

Gdzie jest łatwiej? Czy w ogóle można używać takich terminów „łatwiej”, „trudniej” w przypadku pustynnych maratonów?

– Jeśli ścigamy się o czołowe miejsca, skala trudności jest podobna, choć ciągle uważam, że jazda motocyklem na Dakarze jest sztuką najtrudniejszą ze wszystkich, a konsekwencje błędów są większe. Zdarzało się nieraz, że motocykliści przesiadali się do samochodów i dawali radę, ale nie znam przypadku w odwrotną stronę.

W samochodach ważne jest zgranie się. Często popełnia się błąd, mówiąc jedynie o kierowcy. Tymczasem tak samo ważny jest pilot, na wynik pracuje dwójka, załoga.

A jeśli chodzi o samą filozofię ścigania, to jest bardzo podobna. Im jesteśmy wyżej, czyli im startujemy z wyższej pozycji, tym towarzyszy nam mniej kurzu i jedzie się dużo przyjemniej, szybciej, lepszym tempem. Z prostej przyczyny: wokół nas jest mniej zawodników, przez co mniej się dzieje, walczymy bardziej ze sobą niż z nimi. Tymczasem ruszając później, z nieco tylko dalszych pozycji, od razu jest tłum, mnóstwo kurzu i przebicie się do przodu stanowi gigantyczne wyzwanie.

Wiedział Pan, że jest tak szybkim i dobrym kierowcą?

– (śmiech) Nie, nigdy bym nie przypuszczał, że w samochodowym debiucie ukończymy Dakar na siódmej pozycji. Zakładałem, że powalczymy o miejsce w przedziale 15.-20. A jeśli chodzi o moją jazdę, to czułem, że jakieś predyspozycje do prowadzenia samochodu mam. Zawsze sprawiała mi ona przyjemność, była dość płynna, nieszarpana, a co ważne – nikt nie bał się ze mną podróżować, a myślę tu oczywiście o podróżowaniu szybszym od przeciętnego.

W najbliższym Dakarze poprawienie wyniku ze stycznia będzie prawdziwym wyczynem, bo poprzeczka jest podniesiona szalenie wysoko. Zaatakujecie czołową piątkę?

– Będzie ciężko, ale nie jedziemy do Ameryki, by wcielić się w rolę statystów. Mówi pan o miejscu, wszyscy o nie pytają, a ja spoglądam na jeszcze jedną kwestię, mianowicie stratę do pierwszego, zwycięzcy. Jeśli uda nam się ją zmniejszyć, to będę bardzo zadowolony, bo będzie to dowodem na to, że dobrze i solidnie przepracowaliśmy cały sezon, a sprzęt był znakomicie przygotowany, co jest naszym oczkiem w głowie. Zmniejszenie dystansu do najlepszych to jest nasz cel numer jeden na nadchodzący Dakar, a jeśli uda nam się go zrealizować, to i miejsce powinno być przyzwoite.

Każdy, kto startuje w Dakarze po raz pierwszy, drugi, mówi o gigantycznych emocjach i jedynych w swoim rodzaju przeżyciach. Pan nadal je odczuwa, po wielu kontaktach z pustynnym maratonem?

– Zawsze. Emocje są ogromne, związane z oczekiwaniami, kilometrami, jakie mamy do przejechania. Teraz organizatorzy sporo ich dołożyli, mnóstwo odcinków pobiegnie na bardzo dużych wysokościach, gdzie wszystko jest dużo trudniejsze i bardziej skomplikowane, tak dla załogi, jak i sprzętu. Dakar już mi się śni po nocach, od dawna o nim myślę i zastanawiam się, jak te emocje przekuć na dobry wynik. To z pewnością najtrudniejszy i najbardziej wyczerpujący rajd na świecie.

Co takiego w sobie ma, że nikt nie potrafi przejść obok niego obojętnie?

– Dakar to dwa tygodnie ścigania się. W tym czasie nie ma możliwości, by pomyśleć o czymś innym. Każda minuta jest przeznaczona na to, by się ścigać i być coraz wyżej. Oczywiście nie jedziemy non stop, odcinek trwa określoną ilość godzin, po których mamy teoretycznie czas na odpoczynek, sen, ale nawet on jest dokładnie obliczony i pomierzony. Każda minuta snu, każda wypita butelka wody są policzone i czemuś służą. Tu nie ma miejsca na najdrobniejsze błędy, zawahania czy rzeczy niedopięte na ostatni guzik, bo one kosztują stracony czas i wynik.

A co do nerwów. Kiedy przed przeszło 20 laty ścigałem się w motocrossie i nie odczuwałem nerwów, to starty mi nie wychodziły. To pozostało mi do dziś, a emocje działają na mnie konstruktywnie i pobudzająco.

Dziękuję za rozmowę.

Piotr Skrobisz