• Czwartek, 5 marca 2026

    imieniny: Adriana, Fryderyka, Oliwii

Nie dla mnie narzekanie

Sobota, 6 października 2012 (06:13)

Rozmowa z Rafałem Wilkiem, dwukrotnym złotym medalistą paraolimpiady w Londynie

Często wraca Pan myślą do londyńskiej paraolimpiady?

- Owszem. Przeżyłem tam bowiem najpiękniejsze chwile w swojej karierze sportowej. I nie mówię tu tylko i wyłącznie o medalach, ale i - a może przede wszystkim - atmosferze towarzyszącej tym zawodom. Brytyjczycy wypełniali trybuny do ostatniego miejsca i to nie dlatego, że ktoś jeździ na wózku czy biega z protezą. Przychodzili na stadiony, bo w tym, co robimy, dostrzegali piękno sportu, prawdziwy, zwykły sport - tak po prostu. Te chwile zostały we mnie głęboko, pewnie na zawsze.

No i zdobył Pan dwa złote medale, przypomnijmy...

- ...dzięki czemu miałem zaszczyt dwukrotnie wysłuchać "Mazurka Dąbrowskiego". Można uchodzić za twardziela, ale w takich sytuacjach człowiekowi robi się jakoś tak miękko na sercu. Przez to, że siedziałem na wózku, przynajmniej nogi mi się nie ugięły (śmiech).

Podobno nigdy Pan nie narzeka?

- A niby dlaczego miałbym narzekać?

Choćby dlatego, że w maju 2006 roku zawalił się Pana świat.

- Ja wiem, czy zawalił? Raczej przewrócił się do góry nogami. Pewien Rafał Wilk umarł, inny się narodził. Musiałem odnaleźć się w nowej sytuacji, tyle. Tak miało być, to, co Pan Bóg mi daje, to biorę. Oczywiście było ciężko, szczególnie na początku. Musiałem prosić o pomoc inne osoby, choćby przy wsiadaniu do samochodu, i szczerze mówiąc przerażała mnie wizja całkowitego uzależnienia od kogoś. Z całych sił dążyłem do samodzielności. Przez dwa lata przechodziłem długą i żmudną rehabilitację, przez ten czas spędzałem w szpitalu po osiem godzin dzień w dzień. Po trzech miesiącach druga osoba już do niczego nie była mi potrzebna, ale pracowałem dalej, bo nie widziałem siebie w domu, siedzącego przez telewizorem, nieruszającego się. Wiedziałem, że z wózka nie wstanę, lecz dostrzegłem nowe, piękne perspektywy.

Gdzie po wypadku, w trakcie leczenia, rehabilitacji znajdował Pan siłę?

- Mam to szczęście, że na swojej drodze spotykam dobrych ludzi. Łatwo było się poddać. Mogłem pomyśleć: dotknęło mnie nieszczęście, w jednej chwili z człowieka zdrowego, aktywnego, stałem się niepełnosprawnym inwalidą. Dramat, koniec świata. Ale proszę pana, takie życie wcale nie jest gorsze! Przeciwnie, też można nim się cieszyć, przechodzić przez nie pięknie i z uśmiechem. Siedząc na wózku, też można mieć w sobie radość życia. Tak, moje się zmieniło, lecz niekoniecznie na gorsze.

I dlatego nie usłyszy pan ode mnie narzekania. Nie wszyscy mnie lubią, bo zawsze mam do powiedzenia coś pozytywnego. Jak ktoś złorzeczy na swój los, to staram się pokazać mu drugą stronę medalu, udowodnić, że to nie ma sensu, że można się odnaleźć, inaczej podchodzić do życia. Po wypadku postanowiłem udowodnić sobie, że można. Że gdy jest w człowieku wiara, to nic nie stanie na jego drodze i go nie zatrzyma. Zawsze znajdzie się przecież jakiś objazd, okrężna trasa, która jest dłuższa, wymaga większego nakładu sił, ale prowadzi do tego samego, jednego celu. Nawet w beznadziejnej sytuacji można znaleźć światełko w tunelu.

Jestem sportowcem. Na wózku, niepełnosprawnym, ale sportowcem. Temu, co robię, poświęcam się w całości, wkładam całe serce, podporządkowuję całe życie. Nie wyobrażam sobie, abym mógł pracować na pół gwizdka, bo to nie miałoby sensu.

Wypadek nie zmniejszył Pana miłości do sportu?

- Przeciwnie. Nie wyobrażałem sobie, że go nie będzie albo że sam go odstawię. Błyskawicznie zacząłem szukać nowych możliwości w myśl zasady, że jak coś się kończy, to coś innego się zaczyna. Coś, dodam, równie pięknego, a nierzadko jeszcze bardziej ekscytującego. Znalazłem narty zjazdowe, tzw. mono ski. Okazało się, że radzę sobie na nich całkiem dobrze i zamarzył mi się start na paraolimpiadzie w Soczi. W międzyczasie odkryłem rowery. O handbike´ach oczywiście słyszałem, ale nie miałem jakoś okazji ich wypróbować. Pewnego dnia pożyczyłem od kolegi, który akurat wyjeżdżał na dwa tygodnie i... po tym czasie wiedziałem, że zrobię wszystko, aby taki sam sprzęt jak najszybciej zdobyć.

Przekonał się Pan, że "to jest to"?

- Wiedziałem po pierwszych zawodach, czteroetapowym wyścigu w Zamościu. Każdy kolejny etap przynosił coś nowego i ciekawego, kapitalne emocje, adrenalinę związaną z rywalizacją. Z każdym zyskiwałem nową wiedzę, wyciągałem wnioski, tak że wszystko, krok po kroku wyglądało coraz lepiej. Przez rok większość imprez kończyłem na piątych miejscach. Wracałem do domu i mówiłem sobie: "No nie, nie może być tak, że mijasz metę kilka minut za kolegami". Mobilizowałem się do treningów, ciężkiej pracy i zaczynała ona przynosić efekty. W końcu poznałem trenera Jakuba Pieniążka i moja kariera nabrała tempa. Przyjeżdżałem na wysokich lokatach na prestiżowych wyścigach, pucharach świata i Europy, dzięki czemu zbierałem punkty kwalifikacyjne potrzebne do startu w Londynie.

Przełomem okazał się ubiegłoroczny maraton nowojorski?

- Największy na świecie... Tak, to był przełom. Wystąpiło w nim prawie 50 tysięcy biegaczy, w tym prawie setka niepełnosprawnych na wózkach. Zająłem drugie miejsce, przegrywając tylko z Aleksem Zanardim, byłym kierowcą Formuły 1. Obaj uzyskaliśmy czasy lepsze od dotychczasowego rekordu trasy.

Ale trener wierzył we mnie jeszcze wcześniej. Po starcie w maratonie krakowskim powiesił moje zdjęcie z napisem: "Zapamiętajcie to nazwisko, wróci z Londynu jeszcze mocniejszy".

Jak wygląda świat z perspektywy handbike´a?

- Jest płaski (śmiech). Ale nie może być inaczej, skoro zawieszenie bolidu znajduje się zaledwie cztery centymetry nad ziemią. Stąd podczas jazdy nie widać zbyt wiele. Często się śmieję, że gdy tą samą trasę pokonuję potem samochodem, to mówię do siebie: "Jejku, to tutaj jest tak pięknie?". Cóż, wystarczy, że przy drodze rośnie wysoka trawa, nie ma szans na podziwianie widoków.

Co Pana urzekło w tej maszynie?

- Gdy przesiadam się z wózka na rower, staję się wolnym człowiekiem. Jadę, gdzie chcę, nie widzę barier, coś pięknego. Nie trzeba od razu się ścigać i bić rekordów prędkości, wystarczy samo podróżowanie, by czerpać radość.

Tyle że prędkość też bywa imponująca...

- Cóż, można wyciągnąć tyle, ile się ma sił w rękach. W tym roku z górki przekroczyłem 94 kilometry na godzinę. Muszę przyznać, kapitalne uczucie: adrenalina, wiatr we włosach i ogień (śmiech).

Od razu dodam proszę się nie niepokoić, jestem obyty z prędkościami, całe moje życie kręci się wokół motorów, stąd jazda 90 km/h nie stanowi dla mnie żadnego problemu.

I może Pan nawet samochody wyprzedzać.

- Nawet sobie przypiąłem do roweru chorągiewkę, żeby mnie kierowcy lepiej widzieli. Ale nie szaleję, brawura to głupota. Rozpędzam się, gdy mogę.

Dziękuję za rozmowę.

Piotr Skrobisz