• Środa, 6 maja 2026

    imieniny: Filipa, Jakuba, Judyty

Premiera premiera

Poniedziałek, 1 grudnia 2014 (09:48)

Co się uda zapomnieć o Tusku, ten jak diabeł z pudełka wyskakuje i psuje weekend. Zachwyt mainstreamu nad ok. 15-minutowym „wywiadem” po angielsku „prezydenta Europy” (materiał pocięty i zmontowany) jest jak zwykle zjawiskowy. „Gazeta Wyborcza” i TVN skrupulatnie opisują edukacyjne postępy Donalda Tuska, który jak zawsze obiecał i dotrzymał danego słowa, a przecież jeszcze nawet nie mamy 1 grudnia.

Wypowiedź prezydenta UE, który wyuczył się na pamięć przygotowanego tekstu (chyba nie przez siebie?) na wcześniej przygotowane pytania nie jest może olśniewająca, można go złapać w kilku momentach na wykutych szablonach, ale trzeba przyznać, że sprawia wrażenie wypowiedzi naturalnej i swobodnej. Bawi oczywiście ten wyraz zaskoczenia padającymi pytaniami od dziennikarki, ale spektakl został dobrze wyreżyserowany, powiedzmy na czwórkę minus.

Oczywiście czasu było sporo, żeby doszlifować, może nie tyle angielski, co 15-minutową wypowiedź. Zdania są proste, zazwyczaj pojedyncze, bez skomplikowanych czasów, przetykane „I mean”, „if know what I mean”, „in fact”, uśmieszkami. Tusk przeplata emocje, mruży oczy, uśmiecha się, poważnieje, żartuje, dopuszcza się niekiedy patosu, sentymentalnych historyjek, a wszystko z zachowaniem umiaru i przy zachowaniu aptekarskiej dokładności. W pewnym momencie posługując się idiomem określającym bycie „szczęściarzem” czy też „farciarzem”, paradoksalnie dokonuje swoistego coming outu. Idiom odczytany wprost oznacza: „Jestem prawdziwie szczęśliwym diabłem” („I am really lucky devil”). Zaskakujące, że tak zawzięty i zacięty przyjaciel Kościoła katolickiego i świętej wiary przyznaje się do korzystania z usług złych mocy. Tego nigdy bym się po panu premierze nie spodziewał. Wnuków też zresztą na koniec wywiadu nazwał diabłami (czy może lepiej diabełkami).

Angielskim Tuska zmęczyłem się po dwóch minutach, ale należało wysłuchać całości, żeby sobie wyrobić opinię, nie tyle może o formie, co o głównym przekazie propagandowej narracji.

Okazało się na przykład, że Tusk ma cztery tożsamości (co jak na tak wybitnego człowieka jest cyfrą nieznaczną), ma się wrażenie, że niemal zbudował wielomilionowy ruch „Solidarności”, jest wybitnym historykiem od wydawania bestsellerów, a i doskonałym premierem, skoro w Europie wszystko utrzymywało się na zerowym poziomie, a w Polsce rosło pod jego rządami, „to nie jest przecież przypadek”, powiedział skromnie i z uśmiechem cudotwórca z Gdańska, i dlatego jest pierwszym w historii premierem, który został wybrany dwukrotnie na to stanowisko.

Ponieważ Tusk jest, jak to sam powiedział, ekspertem od optymizmu, energii, entuzjazmu i wiary (szczególnie zabawne to ostatnie w kontekście wspomnianego idiomu), nic nie stoi na przeszkodzie, aby został wkrótce królem Europy. A ponieważ wszystko i tak kręci się wokół kopania piłki, można skonstatować, że Tusk minął się niestety (dla Polski) z powołaniem. Zamiast zostać wybitnym piłkarzem, który byłby tak wyśmienity na murawie jak w polityce, został najważniejszym mężem stanu Europy. Każda z jego czterech wybitnych tożsamości niesie brzemię odpowiedzialności za Polskę, a teraz jeszcze za całą Europę. Wyniszczanie kraju sektor po sektorze, kłamanie Polakom w żywe oczy, także swoim wyborcom było niewątpliwie wyjątkową zdolnością premiera. Przyda się ona i na stanowiskach brukselskich.

Właśnie Sejm RP wydał wyrok na rolnictwo (czyli na nas wszystkich) i przyjął rządowy projekt nowelizacji ustawy o GMO. Przygotowana przez resort środowiska nowelizacja precyzuje warunki hodowli w laboratoriach organizmów modyfikowanych genetycznie. Po kradzieży lasów państwowych, wyniszczaniu nauki polskiej, edukacji, przemysłu, górnictwa, stoczni, wyrzuceniu z Polski 2,5 mln Polaków, Tusk przemówił językami, a mainstream zatuszował tym kolejny skandal i dopomógł kandydatom z PO na polepszenie wyniku w wyborach samorządowych. Aby demokraci z PO mieli się lepiej.

Dr Tomasz M. Korczyński