Tylko cele bez zmian
Czwartek, 4 października 2012 (06:02)Rozmowa z Marcinem Możdżonkiem, siatkarzem Zaksy Kędzierzyn-Koźle
Zdołał Pan odpocząć po trudach minionego sezonu?
- Nie było innego wyjścia (śmiech). Miałem trochę wolnego, odpocząłem tak psychicznie, jak i fizycznie. Ale wszystko się kiedyś kończy, od kilku tygodni już intensywnie pracujemy, bo nowy sezon się zbliża. Takie już jest życie sportowców: na okrągło praca, wysiłek, aż do kresu możliwości.
Nowy sezon, a wraz z nim nowe wyzwania, nowe miejsce i nowe cele.
- Zgadza się. Nowe emocje, z nową drużyną, w nowym dla mnie środowisku. Szczerze mówiąc, jestem tym trochę podekscytowany, nie mogę się już doczekać pierwszego meczu. Jedno tylko pozostało bez zmian - cele. Będą identyczne, jak w czasach, gdy grałem w Skrze Bełchatów, czyli mistrzostwo Polski i wszystkie inne trofea, które można zdobyć po drodze.
Ciężko było się Panu rozstać z Bełchatowem po czterech dobrych i owocnych w sukcesy latach?
- Spędziłem tam cztery bardzo dobre lata. Rozwinąłem się jako siatkarz i jako sportowiec w ogóle, odniosłem wiele sukcesów klubowych, a i reprezentacyjne miały swe źródło w Bełchatowie. Cenię sobie ten klub, cenię czas, jaki w nim spędziłem, ale postanowiłem zmienić środowisko. Cztery lata w jednym miejscu to trochę za dużo, uznałem, że warto poszukać sobie nowych wyzwań.
Ostatni sezon w Bełchatowie był o tyle szczególny, że Skra, po latach dominacji, nie zdobyła mistrzostwa Polski. Wywołało to trzęsienie ziemi lub chociaż jej tąpnięcie?
- Nie wiem. Wiem natomiast, że popełniliśmy błędy, za które zapłaciliśmy jako drużyna. W kluczowych meczach zagraliśmy źle i tyle. A każda seria ma to do siebie, że kiedyś się kończy.
Porażka w finale pomogła Panu podjąć decyzję o zmianie barw klubowych?
- Nie, proszę nie doszukiwać się w tym temacie jakichś podtekstów.
Dlaczego zatem Zaksa?
- Przede wszystkim dlatego, że prowadzi ją Daniel Castellani, gra wielu moich dobrych kolegów, z którymi występowałem wcześniej: Paweł Zagumny, Michał Ruciak czy Piotr Gacek. Zaksa to w chwili obecnej naprawdę świetna drużyna, mająca ogromny potencjał i możliwości, by jak najwięcej wygrywać. Klub jest doskonale poukładany organizacyjnie, o nic nie trzeba się martwić, można skupić się wyłącznie na trenowaniu i podnoszeniu swych umiejętności.
Co wyjątkowego ma w sobie Castellani?
- Znam go bardzo dobrze, pracowaliśmy już przecież razem w reprezentacji i Bełchatowie - z bardzo dobrymi efektami. Prócz tego, że posiada ogromny warsztat i ma wiedzę, którą potrafi przekazać zawodnikom, jest po prostu dobrym człowiekiem. To dla mnie bardzo ważne.
W swej filozofii pracy stawia na drużynę. Powtarza bez przerwy, że na pierwszym miejscu są jej cele, że każdy musi się jej podporządkować, odłożyć na bok swoje indywidualne ambicje. Zawodnik ma robić wszystko, by drużyna grała jak najlepiej i jak najwięcej wygrywała.
O celach Zaksy na nowy sezon już Pan po części wspomniał.
- Mistrzostwo i Puchar Polski, Liga Mistrzów. Na każdym z tych frontów postaramy się ugrać jak najwięcej.
Skra była w ostatnich latach murowanym faworytem każdych rozgrywek, parcie na wygrywanie było w tym klubie gigantyczne, presja pewnie też. Jak jest w Kędzierzynie?
- Presja była, jest i będzie, i trzeba sobie umieć z nią radzić. Niektórym nawet pomaga. W Kędzierzynie będzie pewnie rosnąć z meczu na mecz. Drużyna z roku na rok gra coraz lepiej, jest coraz mocniejsza, naturalne zatem, że zmieniają się oczekiwania kibiców i działaczy.
Jakiego sezonu Pan się spodziewa?
- Widzę cztery bardzo mocne zespoły: Skrę, Resovię, Jastrzębie i nas. Innych nie lekceważę, zdarzą się mecze, w których pokonają faworytów, ale raczej sporadycznie. Wymienione grono poziomem powinno odstawać.
Zaksa ma sporo atutów, które pozwalają nam mierzyć w tytuł: trenera, zawodników, wśród których jest choćby najlepszy rozgrywający w Polsce, doskonali atakujący. Nie mogę jednak powiedzieć, że jesteśmy murowanymi faworytami walki o mistrzostwo.
Temat ligowy zatem pozostawmy, a powróćmy na chwilę do lata i kilku treningów, które przeprowadził Pan dla dzieci. Jak się Pan czuł w roli trenera?
- Treningi były dwa, w Olsztynie i Warszawie. Nie tylko dla dzieci uzdolnionych siatkarsko, ale wszystkich chętnych. Każdy mógł przyjść, poodbijać piłkę i zobaczyć, jak ciężko trenujemy. Specjalnie bowiem przygotowałem zajęcia w mniej więcej podobnej formie, w jakiej my pracujemy. A jak się czułem? Trochę nieswojo, ale trema szybko minęła i jakoś wszystko poszło w miarę gładko. Dzieci, z tego co słyszałem, były zadowolone, i o to chodziło.
Przez dwa dni można było wyszukać jakąś siatkarską "perełkę"?
- Nie o to w tym wszystkim chodziło. Najważniejsze było propagowanie sportu, zdrowego trybu życia. Razem z fundacją "Citius Altius Fortius", która zaprosiła mnie do współpracy, chcieliśmy odciągnąć dzieci od komputerów, dać im alternatywę. Wielu o tym mówi, ale nic nie robi, a tu przede wszystkim trzeba działać, bo urośnie chore pokolenie.
Te warsztaty były pierwszą Pana przymiarką do przyszłego zawodu trenera?
- Nie myślałem jeszcze na poważnie, co będę robił po zakończeniu kariery. Z tego jednak, co zdążyłem zauważyć, bycie trenerem jest trudniejsze od bycia zawodnikiem. Jest zdecydowanie bardziej nerwowe. Zawodnik ma to szczęście, że może się wyłączyć, zapomnieć o stresie i skupić wyłącznie na jednym - grze. Trener z kolei pracuje po 24 godziny na dobę przez 7 dni w tygodniu. Ciężki kawałek chleba...