• Czwartek, 5 marca 2026

    imieniny: Adriana, Fryderyka, Oliwii

Wielki team na kolanach

Środa, 3 października 2012 (12:26)

Kiedy dwa tygodnie temu chwaliłem „piłkarskie kopciuszki” z Białorusi i Rumunii, które wręcz fenomenalnie radziły sobie w pierwszej kolejce Ligi Mistrzów, nie przypuszczałem, że za 14 dni będę miał okazję pochwalić je jeszcze bardziej. Przypomnę, iż wówczas białoruskie Bate Borysów wygrało z jedną z najlepszych drużyn Francji OSC Lille 3:1, zaś rumuński Cluj ograł portugalską Bragę 2:0.

Te rezultaty odebrano w kategoriach sporych niespodzianek, lecz jednocześnie tłumaczono drużyny z południa Europy faktem, iż to dopiero początek rozgrywek i wszystko wróci wkrótce do normy. Być może i jest to prawda, ale na pewno do normy nie wróciło jeszcze w tym tygodniu. Bowiem rozpędzeni Białorusini znów pokonali zdecydowanie lepszą od siebie drużynę, wicemistrza Niemiec i finalistę ubiegłorocznej LM Bayern Monachium. Także i tym razem nasi wschodni sąsiedzi zaaplikowali rywalom trzy bramki, tracąc tylko jedną. A to już jest prawdziwa sensacja.

Naszpikowani gwiazdami Bawarczycy przez większość meczu tylko bezradnie patrzyli, jak doskonale zgrana maszynka z Białorusi dyryguje meczem. Tym samym jeszcze raz udowodnili, że nazwiska nie grają roli. Naprzeciw niemal zupełnie anonimowych graczy Bate (może poza Aleksandrem Hlebem) stanęły takie tuzy europejskiej piłki jak Robben, Ribery, Lahm, Gomez i Schwienstieger. Każdy z tych graczy sam jeden jest pewnie więcej wart niż cały zespół z Borysowa.

Wiele wskazuje, że o ostatecznym wyniku tego meczu zadecydowały kwestie psychologiczne. Bayern całkowicie zlekceważył przeciwnika, choć nie powinien tego robić, mając w pamięci ich mecz z zeszłej kolejki. Zaś zawodnicy Bate byli zmotywowani potrójnie, jeśli nie poczwórnie. Ostatecznie opłaciło się. Ograli wielką drużynę, która przecież jeszcze w tym sezonie ligowym nie poniosła porażki i straciła w sześciu meczach zaledwie dwie bramki. Tym samym Białorusini sprawili swoim kibicom radość, jakiej nam, polskim fanom piłki nożnej, od dawna doświadczać nie było dane.

Obecnie pozostaje nam jedynie chyba tylko kibicować najbardziej „polskiej” z drużyn grającej w Lidze Mistrzów, czyli Borussi Dortmund. Trener tego zespołu Jurgen Klopp planuje w dzisiejszym meczu przeciwko mistrzowi Anglii Manchesterowi City wystawić w podstawowej jedenastce aż trzech Polaków. Czy nasi znów zaprezentują się dobrze jak w meczu z holenderskim Ajaksem, a bohaterem ponownie zostanie Robert Lewandowski? A może drużynę poprowadzi, podobnie jak w ostatnich meczach ligowych Kuba Błaszczykowski? Nie wiadomo.

Wiadomo jedynie, że obecny przeciwnik jest co najmniej o klasę lepszy niż drużyna z Amsterdamu. A jeśli nie o klasę lepszy, to na pewno o trzy klasy bogatszy. Patrząc na nazwiska w składzie Manchesteru, takie jak Aguero, Silva czy Nasri, wszystko wskazuje, że w roli bohaterów wystąpi raczej obrona Borussii. Tak więc duża odpowiedzialność spoczywać będzie także na barkach innego naszego reprezentanta – Łukasza Piszczka. Niemniej jednak angielski team nie ukrywa, że najbardziej obawiają się… Lewandowskiego. Nawet sam trener City Roberto Mancini stwierdził, że właśnie ze względu na to nazwisko w składzie będzie to niezwykle trudny mecz. Czy polski napastnik spełni pokładane w nim nadzieje, zobaczymy już za kilka godzin.

Łukasz Sianożęcki