Kierunek: Grodno
Środa, 3 października 2012 (06:01)Marian Tananis, 16-letni żołnierz Armii Krajowej ujęty przez NKWD podczas obławy augustowskiej, w nieopublikowanych wspomnieniach, do których dotarł "Nasz Dziennik", wskazuje kierunek, w którym wywożono jej ofiary: Grodno.
Spisaną relację z przebiegu obławy Tananis zaczyna od chwili, kiedy zaledwie dwa miesiące przed sowiecką akcją przyjęto go do Armii Krajowej. "22.04.1945 r. ukończyłem 16 rok życia i w przepięknym uroczysku - Mały Borek (niedaleko Augustowa) - złożyłem przysięgę wojskową. Otrzymałem pseudonim i tak zostałem "akowcem"" - wspomina.
Mężczyzna trafił do oddziału, którym dowodził Władysław Stefanowski ps. "Grom". Poległ w największej podczas obławy bitwie, stoczonej 12 lipca 1945 r. w okolicach jeziora Brożane. Zginęło w niej, jak twierdzi Tananis, około 70 żołnierzy Armii Krajowej.
Kiedy dzień przed tą krwawą bitwą Marian Tananis wraz z przełożonym Eugeniuszem Gołębiowskim próbowali dołączyć do zgrupowania AK niedaleko jeziora Brożane, wpadli w kocioł.
"Podniosłem głowę do góry, a tu zza pagórków pniewskich idą w naszą stronę Sowieci. Chcieliśmy więc uciekać, w drugą stronę - do lasu, tam się kryć. Jednak od lasu, przy drodze szła tyraliera w naszą stronę. Byliśmy otoczeni. O ucieczce nie było już mowy" - opisuje Tananis.
Funkcjonariusze NKWD odprowadzili aresztowanych do miejscowości Paniewo.
"Zostaliśmy wysłani do stodoły Józefa Wiśniewskiego. Stodoła była otoczona żołnierzami i na polecenie NKWD otwarto drzwi. Weszliśmy do środka, gdzie było już aresztowanych 45 osób, które dobrze znaliśmy. Cały czas dowożono ludzi nie tylko z Płaskiej, ale też z innych wsi, tak że na noc było nas w stodole 93 osoby" - opisuje jedno z miejsc przetrzymywania około 7 tys. osób podczas obławy.
Jak wspomina Tananis, najgorsze był odgłosy bitwy, jaką tej nocy nieopodal, w Brożanem, AK toczyła z NKWD. I ta okropna świadomość, że ich koledzy zamknięci w pierścieniu giną i nie można wraz z nimi walczyć.
"Mnie i Eugeniusza Gołębiowskiego w tę noc i następny ranek przeszywał straszny ból, ponieważ słyszeliśmy strzały z broni maszynowej, karabinów, rozrywających się granatów w Brożanym i jego mrocznych bagnach. Dobrze wiedzieliśmy, co tam mogło się stać" - pisze.
Przesłuchania w stodole
Po pięciu dniach NKWD przystąpiło do przesłuchań osób uwięzionych w stodole Józefa Wiśniewskiego. Po dowiezieniu innych ujętych w obławie było to już 112 osób.
"Przesłuchania były krótkie, ponieważ każdy mówił, że z podziemiem nie miał nic wspólnego" - relacjonuje Marian Tananis. 23 lipca 1945 r. sowieccy dowódcy zdecydowali o przeniesieniu uwięzionych w kierunku wschodnim.
"Po południu przyszedł do nas kapitan z NKWD i oznajmił, że będziemy musieli zamienić to miejsce na inne, ponieważ nasze władze wykonały na tym terenie swoje zadanie, więc i my musimy zmienić nasze miejsce pobytu".
Żołnierze Smiersz i NKWD pognali aresztowanych nie do pobliskiego lasu, ale na środek wsi Płaska.
"Szliśmy jak straceńcy i mimo wszystko każdy aresztowany myślał, co naprawdę Sowieci mogą zrobić z nami. Szliśmy środkiem drogi. Na początku kolumny jechali gazikiem z NKWD i koniec kolumny zamykali NKWD-ziści... Pytali, czy czegoś ktoś nie zapisuje - robiono rewizję, szukano po kieszeniach, czy nie ma ołówków. Widać było, że o ten ołówek NKWD-zistom chodziło najbardziej" - opisuje Tananis.
Aresztowanych wożono ze wsi Płaska na przesłuchania do siedziby NKWD i UB w Augustowie - zwanej Domem Turka.
"Przyjechał samochód z plandekami. Ustawiono go na środku podwórza, z przodu było okno z firanką, przez którą ktoś wyglądał. Nie wiadomo, kto to był. Z boku były zamontowane dwa światła: białe i czerwone. Aresztowanych ustawiono dwójkami do przodu samochodu. Kazano iść pomału do przodu i patrzeć w to okno z firankami. Cały czas paliły się białe światła. Jak zgasło światło białe i zapaliło czerwone, to zabierano z miejsca i prowadzono do innego samochodu i zaraz odwożono do Augustowa".
Z opisu wynika, że w samochodzie ukryli się konfidenci i funkcjonariusze UB, którzy rozpoznawali poszczególnych wysokich rangą członków AK. Czerwone światło oznaczało, że członek AK został rozpoznany. Ładowano ich na inny samochód i wieziono do Domu Turka. Do stodoły w Płaskiej nikt już z nich nie wrócił.
Tananis relacjonuje, że jego i innych zatrzymanych przesłuchiwano w bardzo brutalny sposób. Ostatnie krwawe dochodzenia trwały dniem i nocą.
"Zostało nas 93 aresztowanych. Wiedzieliśmy, że Sowieci coś szykują na nas. Po zakończeniu przesłuchań powiedziano nam, że znów zmieniamy nasze miejsce pobytu. Pojedziemy dalej w Polskę" - pisze żołnierz.
Marszruta: Żyliny
Tananis opisuje kierunek marszruty kolumny więźniów. "Szliśmy w stronę Żylin i Czarnego Brodu. Przeszliśmy drogę zaminowaną nad Kanałem Augustowskim do śluzy Przewięź, a następnie wieś Studzieniczną... Jeden z oficerów udał się do budynku, gdzie stało pełno gazików, wyszedł zaraz z nim jakiś kapitan, który od razu kazał zawrócić i iść do Lipowca, tam nasza komenda została usadowiona. Dalej niepewność, dalej wielkie domysły, jaki jest nasz koniec" - czytamy wspomnienia tamtych ciężkich chwil pisane drżącą ręką akowca.
W tym miejscu marszruty kolumny Marian Tananis oraz jego kolega z oddziału AK Eugeniusz Gołębiowski zostali odłączeni od aresztowanych i doprowadzeni przez funkcjonariuszy NKWD do Augustowa.
"Idąc ul. 3-go Maja, doszliśmy do Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego, do tak zwanego Domu Turka" - pisze Tananis. Umieszczono ich w celi piwnicznej. Tam spotkali Antoniego Kaczmarka, aresztowanego przez NKWD na odpuście w Studzienicznej w maju 1945 roku. Od niego usłyszeli o kierunku, w którym Sowieci wywożą aresztowanych.
"Mnie powinni dawno przenieść do mojej celi, bo zawsze jak zabierają ze sobą aresztowanych do wywozu do Grodna, to nas kilku przerzucają tu, by nic nie podać" - cytuje słowa Kaczmarka.
Z relacji mężczyzny wynika, że NKWD "posprzątało" po obławie. "Zmarłych lub dobitych wywieźli na Białoruś. A żywych, winnych czy niewinnych, jak mówił nam Kaczmarek, z Augustowa i Sejn wywieźli przez Augustów do Grodna, z wielką pomocą Szostaka (szef UB Augustów), który wiedział o wszystkim, ale nie zdradził do śmierci" - czytamy we wspomnieniach.
Tananisa od rozpoznania przez konfidentów uratowało to, że w rejon Augustowa przyjechał z Białowieży z rodzicami podczas wojny, nie był tutejszy.
Marian Tananis nie zrezygnował z walki z bronią w ręku. Pod koniec września 1945 r. we wsi Strzelcowizna koło Augustowa powstał nowy ośrodek walki zbrojnej o wolność i niepodległość, do którego dołączył. Istniał do zimy, kiedy spacyfikowały go siły UB.
Tananis trafił do Domu Turka. Przywitał go tam Jan Szostak, do dziś zwany największym katem Augustowszczyzny. Dostał wyrok łagodny jak na tamte czasy - 15 lat pozbawienia wolności z odbyciem kary we Wronkach.
Adam Białous, Białystok