• Czwartek, 19 marca 2026

    imieniny: Józefa, Bogdana

Cichocki przerywa rejs

Wtorek, 18 listopada 2014 (17:55)

Tomasz Cichocki musi przerwać samotny rejs dookoła świata i zawinąć do Port Elizabeth w RPA. Podczas gigantycznego sztormu, jaki napotkał polski żeglarz, został uszkodzony maszt w jego jachcie.

Cichocki na jachcie „Indykpol” w samotny rejs dookoła globu trasą na wschód wyruszył 6 września z francuskiego portu Brest. Z tym wyzwaniem zmierzył się po raz drugi w karierze. Pierwszy raz, na „Polskiej Miedzi”, wystartował w lipcu 2011 roku z tego samego miejsca. Marzył o powtórzeniu historycznego wyczynu kapitana Henryka Jaskuły z przełomu lat 1979/1980, który jako jedyny Polak opłynął samotnie świat trasą na wschód, bez zawijania do portów. Cichockiemu ta sztuka się nie udała, w październiku musiał przerwać rejs, bo jakiś nieznany przedmiot uszkodził płetwę sterową w jego jachcie. Na naprawę wybrał „przystanek” w... Port Elizabeth. Po kilku dniach wrócił jednak na wodę i cel osiągnął. Po 312 dniach, w maju 2012 roku, wrócił do Brestu. Wyczyn został nagrodzony tytułem Żeglarza Roku oraz nagrodą za Rejs Roku. A o tym, z jak wielkimi przeciwieństwami się zmierzył i jak wiele musiał poświęcić, świadczył choćby fakt, że podczas rejsu schudł 30 kilogramów i... 11 razy stracił przytomność.

Teraz spróbował po raz kolejny. Dysponował lepszym, mocniejszym, bardziej nowoczesnym i szybszym jachtem. Zakładał, że opłynięcie globu może mu zająć mniej niż 250 dni. Wszystko szło dobrze aż do piątku, kiedy na jego drodze pojawił się sztorm. Wiedział, że tak będzie, ale nie sądził, że jego siła okaże się tak ogromna i niszczycielska. W pewnych momentach siła wiatru przekraczała skalę Beauforta (75 węzłów), a wysokość fal dochodziła do 11 metrów. – Dorwał się do mnie najgorszy i najsilniejszy fragment niżu. Nigdy wcześniej nie widziałem takich fal, jachtem dosłownie zakręciło. Dostałem „łomot” życia – opowiadał. Panowały tak ekstremalne warunki, że przez godziny zagrożone było życie i zdrowie żeglarza. Na szczęście nic mu się nie stało. Przetrwał żywioł, ale widział, że jacht został uszkodzony. Długo nie był jednak w stanie ocenić jak bardzo, bo nie mógł wyjść na zewnątrz. Kiedy wreszcie stało się to realne, rozpoczął szacowanie strat. Gdy wszedł na maszt, by przymierzyć się do wymiany zniszczonego żagla na nowy fok, okazało się, że maszt jest uszkodzony. Nie było wyjścia, musiał przerwać rejs i znów wpłynąć do Port Elizabeth.

Utytułowany żeglarz nie ukrywał rozczarowania, ale przygoda, jaka go spotkała, mogła zakończyć się tragicznie. Wręcz niesamowite było to, że mimo koszmarnych warunków i niespotykanego sztormu, maszt się nie złamał, tylko pękł, a sam jacht pozostał hermetyczny, sterowny i bezpieczny. Mówiąc wprost: dzięki temu Cichocki żyje i jest cały i zdrowy. Tym razem nie ma jednak mowy o kontynuowaniu rejsu, tak jak to miało miejsce poprzednio. Z Port Elizabeth kapitan wróci do kraju.

Piotr Skrobisz