Celem rodziny jest świętość
Niedziela, 16 listopada 2014 (18:33)Z Kingą Morawską, kierującą pracą Parafialnego Ośrodka Formacji Rodziny przy parafii katedralnej św. Michała Archanioła i św. Floriana Męczennika w Warszawie, rozmawia Marta Milczarska
Na czym polega formacja rodzin w parafialnym ośrodku?
– Parafialne Ośrodki Formacji Rodziny powołane przez księdza arcybiskupa są nowym zadaniem w pracy naszej diecezji. To dopiero początek ich działalności, dlatego potrzebujemy jeszcze czasu, żeby mówić o efektach pracy formacyjnej. Ich celem jest kształtowanie świadomości na temat wartości znaczenia małżeństwa i rodziny w życiu człowieka i w życiu społecznym, kryteriów miłości małżeńskiej, warunkujących jej trwałość, wierność i wyłączność, etyki intymności małżeńskiej zbudowanej na znajomości uwarunkowań somatyczno-fizjologicznych, odkrycia Bożego zamysłu wobec ludzkiej seksualności. Praca formacyjna polega na indywidualnych i systematycznych spotkaniach z parą małżeńską. Spotkania prowadzone są według autorskiego programu JE ks. abp. Henryka Hosera SAC, ordynariusza diecezji warszawsko-praskiej, „Ewangelizacja intymności małżeńskiej”, opartego m.in. na teologii ciała Jana Pawła II i „Familiaris consortio”.
Z jakimi problemami rodzinnymi styka się Pani podczas pracy w ośrodku?
– Często są to problemy wynikające z braku wzajemnego zrozumienia siebie jako mężczyzny i kobiety, swoich cech temperamentu, a zatem także swoich potrzeb, a na to nakładają się jeszcze trudności w komunikacji. To rodzi starcia przeciwstawnych oczekiwań, a dalej pretensji i w końcu konflikty. Przychodzą również małżonkowie, którzy chcą nauczyć się rozpoznawania swojej płodności. Czasem osoby, które doświadczyły zdrady małżeńskiej.
Jakie są, Pani zdaniem, największe współczesne zagrożenia rodziny?
– Moim zdaniem, największe zagrożenia rodziny związane są z brakiem świadomości, że celem rodziny jest NIEBO – świętość. I nie chodzi tu o to, by wszyscy siedzieli w pierwszych ławkach w kościele ze złożonymi rękami, a na końcu otrzymali za to piękną złotą aureolkę. Największym problemem jest to, że wielu młodych ludzi nie spotkało Jezusa Chrystusa. Oni o Nim słyszeli, ale Go nie doświadczyli, nie poznali. Na przykład niektórzy narzeczeni, z którymi pracuję, na pytanie, dlaczego chcą wziąć ślub, bardzo często mówią, że taka tradycja u nich w domu albo że chcą sformalizować istniejący już związek. To, że chcą iść z Bogiem przez życie, pada bardzo rzadko. Ale też się zdarza.
Pięknym przykładem jest para, która przygotowywała się do sakramentu małżeństwa. Żyli ze sobą już kilka lat i mieli dwoje dzieci. Na pytanie, po co im ślub, ona mówi, że tęskni za Jezusem obecnym w Komunii Świętej. Od kilku lat co miesiąc przystępowała do spowiedzi, wiedząc, że nie dostanie rozgrzeszenia. Jej tęsknota za Bogiem to było coś niesamowitego.
Myślę, że kolejnym zagrożeniem jest to, że ludzie nie rozumieją, czym jest miłość. I w związku z tym nie podejmują starania o swoje małżeństwo w sposób świadomy i zaplanowany. A miłość jest zadaniem na całe życie. Ma „pośród trudności i radości codziennego życia nie tylko trwać, ale WZRASTAĆ”, jak mówił Papież Paweł VI. Tu potrzeba wzajemnego zaangażowania małżonków. Wśród moich rozwiedzionych znajomych można usłyszeć, że ich miłość już się skończyła. Utożsamiają zakochanie z miłością, a zakochanie zawsze mija. Miłość jest wierna do końca.