Ukrainie grozi katastrofa humanitarna
Sobota, 15 listopada 2014 (16:24)Ks. Rapa prowadzi rzymskokatolicką parafię pw. Narodzenia NMP w Ługańsku od 1993 r. Wtedy, za namową swoich przyszłych parafian zdecydował, że opuści rodzinną Lubelszczyznę i wyjedzie na wschodnią Ukrainę. Odbudował parafię, którą w 1900 r. zakładali potomkowie zesłańców z Powstania Kościuszkowskiego; kościół został zburzony jeszcze przed drugą wojną światową.
Wspólnota katolików, którą zaopiekował się ks. Rapa, liczy w sumie kilkaset osób - większość to wierni mający polskie korzenie, głównie z Ługańska i Stachanowa. Na nabożeństwa, które odbywały się w kaplicy urządzonej w niewielkim domu jednorodzinnym, służącym także za plebanię i miejsce spotkań, przychodziła również liczna grupa zagranicznych studentów, przede wszystkim z Indii i krajów afrykańskich.
Ks. Rapa obawia się, że na wschodzie Ukrainy możliwa jest katastrofa humanitarna; jego zdaniem już teraz brakuje lekarstw i środków higieny, są problemy z jedzeniem, a sytuacja pogorszy się jeszcze, gdy przyjdą mrozy.
- Problemy zaczęły się wiosną tego roku. Na ulicach pojawili się ludzie z bronią. Jako pierwszy szturmowano budynek miejscowej SBU (służby bezpieczeństwa) - tam był skład broni i według mnie chodziło o zdobycie przewagi - relacjonuje wydarzenia w Ługańsku ks. Rapa. Kapłan podkreśla, że choć w mieście zapanował chaos, a niektórzy z jego parafian demonstrujący patriotyzm i przywiązanie do władz w Kijowie stali się ofiarami brutalnych pobić, to sama parafia nie była wtedy obiektem represji ze strony uzbrojonych ludzi, którzy opanowali miasto.
W połowie czerwca Ługańsk opanowany już był przez separatystów - ksiądz mówi o nich „ci z automatami”. - Zrobiło się naprawdę niebezpiecznie. Na ulicach rozpoczęły się regularne walki, pojawiała się coraz poważniejsza broń, nawet wyrzutnie Grad. Mieszkańcy zaczęli uciekać - opowiada i przyznaje, że zaczął rozważać decyzję o wyjeździe, gdy w mieście pojawiła się propaganda rosyjskiej telewizji.
- Mówiono, że Polacy sympatyzują z ukraińskimi faszystami, że szkolili bojowników z Majdanu u siebie. To budowało nastroje wśród ludności. Były też hasła, że Kościół katolicki to szpiedzy Watykanu; dominowało takie sowieckie podejście, że Kościół jest narzędziem Stanów Zjednoczonych, że jest zagrożeniem dla Cerkwi prawosławnej. Zacząłem się obawiać, czy jako Polak i do tego osoba duchowna, będę mógł czuć się w mieście bezpiecznie - wspomina.
Ks. Rapa po urlopie wrócił na Ukrainę. Chcąc być jak najbliżej parafii, zatrzymał się w katolickiej katedrze w Charkowie. - Wrócić już nie mogłem, gdybym pojechał do Ługańska, to by mnie zabrali - tłumaczy i przypomina historię katolickiego księdza polskiego pochodzenia Wiktora Wąsowicza, który w połowie lipca został uprowadzony, gdy jechał z Doniecka do swojej parafii w zajętej przez separatystów Gorłówce.
- Jeżeli teraz pojadę, to zrobię kłopot MSZ i biskupowi - jak mnie zatrzymają, to zażądają okupu, a jeżeli dotrę do parafii, to pracować w spokoju i tak mi nie dadzą - przekonuje.
Z Charkowa ks. Rapa stara się pomóc parafianom, którzy zostali w obwodzie ługańskim. Zorganizował zbiórki ciepłych ubrań w zaprzyjaźnionych kościołach w Niemczech i w Polsce. Współpracuje z Caritasem, współdziała też z konsulatem w Charkowie przy przekazywaniu pomocy materialnej mieszkającej na wschodzie Ukrainy Polonii. Kupuje niezbędne leki dla chorych, którzy zostali w Ługańsku - swoje potrzeby zgłaszają księdzu telefonicznie.
- Zapanował terror - ludzie stali się nieufni i boją się rozmawiać. Mieszkańcy nie mają pieniędzy. Ze świadectw, które znam, wynika, że osoby, które pracują, nie otrzymują zapłaty, a ci na świadczeniach socjalnych próbują jeździć poza strefę zajętą przez separatystów, by im je wypłacono. W Ługańsku nie działają bankomaty. Brakuje wszystkiego, a ceny poszły trzykrotnie w górę. Trudno kupić paliwo - opowiada ks. Rapa.
- Nie wierzę, że władze LNR i DNR (samozwańczych republik: ługańskiej i donieckiej, które na wschodzie Ukrainy proklamowali separatyści) szybko uporają się z odbudową infrastruktury. O ile wiem, w obwodzie donieckim jest dużo lepiej, ale w Ługańsku jest tragedia - są olbrzymie zniszczenia. Trudno będzie zapewnić stałe zaopatrzenie domów w prąd i wodę. Już brakuje lekarstw i środków higieny, jest tylko kiepskie jedzenie. Jeżeli przyjdą mrozy po 30 st., to ludzie będą umierać z zimna i chorób - ostrzega ks. Rapa. Jego zdaniem, władze LNR będą skrywać rzeczywistą liczbę zgonów wśród ludności.
Proboszcz, mimo obaw o przyszłość Ukrainy, wierzy, że będzie mógł wrócić do swojej parafii. - Pojadę do Ługańska, jak tylko będzie to możliwie. Jest jasne, że to się zawali - tam jest przecież tragedia, pytanie tylko kiedy? - dodaje.
RS, PAP