• Piątek, 20 marca 2026

    imieniny: Eufemii, Klaudii, Kiry

Adamek: czy to koniec kariery?

Niedziela, 9 listopada 2014 (20:34)

Być może sobotnia walka z Arturem Szpilką była ostatnią w długiej i pięknej karierze Tomasza Adamka. – Ta się kiedyś zaczyna i kiedyś kończy – powiedział po porażce, dość niespodziewanej, ale zasłużonej.

Adamek był już dwukrotnie mistrzem świata, ale zawsze marzył o tytule w królewskiej kategorii ciężkiej. Nigdy tego nie ukrywał, podkreślając, że po to trenuje i wychodzi na ring, by być najlepszym. Kilka lat temu dostał szansę, ale boleśnie na ziemię sprowadził go Witalij Kliczko. Ukraiński champion nie dał mu cienia nadziei, jednak „Góral” z marzeń nie zrezygnował. Wiosną stanął naprzeciw innego pięściarza z Ukrainy, Wieczesława Głazkowa i choć ta walka nie toczyła się o żaden pas, miała być milowa jeśli chodzi o karierę Adamka. Mogła bowiem otworzyć mu drzwi do kolejnego starcia o tytuł, jednak mocno zamknęła. Przegrał, spadł w notowaniach i wydawało się, że o kolejne szanse będzie już bardzo, ale to bardzo ciężko. Bokser z Gilowic nawet przez moment wspominał o zakończeniu kariery, ale wtedy podniósł się w miarę szybko. Raz jeszcze postanowił podjąć rękawicę, a na horyzoncie pojawił się Szpilka. To młody-gniewny pięściarz z Wieliczki, skandalizujący, nieokrzesany, ale obdarzony pięściarskim talentem. Adamek, który wcześniej deklarował, że nigdy nie będzie bił się z rodakiem, przyjął wyzwanie i w sobotę w Arenie Kraków obaj zawodnicy wyszli do ringu, by bić się w polskiej „walce roku”. A może nawet więcej. Adamek uchodził za faworyta, jednak znów musiał przełknąć gorzką pigułkę. Nie znalazł sposobu na rywala, przegrał jednogłośnie na punkty i być może – a raczej prawdopodobnie – była to jego ostatnia walka w karierze, choć deklaracji takiej stanowczej, na sto procent, jeszcze nie złożył. – Każda kariera kiedyś się zaczyna i kiedyś kończy. Jeśli się bić, to tylko z najlepszymi, gdy przegrywasz, to nie masz prawa bytu. Ja zrobiłem wiele dla polskiego sportu, dla polskiego boksu, nie mam się czego wstydzić, ale powoli muszę zejść ze sceny, poświęcić czas rodzinie, zajść się czymś innym. Nie chcę, by w ringu stała mi się krzywda, mam dla kogo żyć – powiedział. Jak przyznał, Szpilki nie zlekceważył, choć i takie głosy się pojawiały, że nie docenił młodszego od siebie przeciwnika. – Ja każdego rywala, niezależnie kto nim był, szanowałem i przygotowywałem się na niego na sto procent. Teraz jednak widzę, że zaczyna mi brakowac atutów, którymi wygrywałem przez całą swoją karierę. Brakuje mi szybkości, dynamiki. Kiedy wszedłem do ringu nie prezentowałam się tak, jak powinienem. A właśnie on wszystko weryfikuje. Na treningach możesz wyglądać doskonale, jednak to nic nie znaczy – podkreślił, dodając, że sobotniej porażki nie traktuje w wyjątkowych kategoriach. – Tragedią jest nieszczęście kogoś bliskiego, ja tylko przegrałem, to sport. Lata lecą, a ja jestem już w takim wieku, że nie dam raty toczyć takich wojen, jakie toczyłem do tej pory. Mądry wie, kiedy powiedzieć dość – zaznaczył.

Ostatecznej deklaracji, że to koniec na sto procent i już na pewno do ringu nie wyjdzie, Adamek jeszcze nie złożył, ale to więcej niż prawdopodobne. Bokser z Gilowic nie zdradził też planów na przyszłość poza tym, że raczej zostanie w Stanach Zjednoczonych, gdzie wraz z rodziną mieszka od kilku lat i odnalazł swoje miejsce. Raczej nie zdecyduje się też na karierę trenera.

Piotr Skrobisz