• Piątek, 20 marca 2026

    imieniny: Eufemii, Klaudii, Kiry

Walczę do końca

Piątek, 7 listopada 2014 (02:09)

Z Katarzyną Niewiadomą, kolarką, najwyżej sklasyfikowaną Polką w rankingu UCI, rozmawia Piotr Skrobisz

Jaką ocenę wystawiła sobie Pani za ostatni sezon?

– W szkolnej skali solidną czwórkę.

Co najbardziej Panią ucieszyło?

– Chyba postęp, szeroko rozumiany. W porównaniu z poprzednim sezonem uczyniłam bowiem spory i widoczny krok naprzód. Wyraźnie poprawiłam się w jeździe indywidualnej na czas, w jeździe po górach. Z tego jestem najbardziej zadowolona. Liczyłam jednak na nieco lepszy wynik na mistrzostwach świata, czyli lokatę w czołowej dziesiątce. Zajęłam jedenastą, notując po drodze sporo przygód, kraksę, dwie zmiany roweru itp.

Pani pierwszy trener Zbigniew Klęk nie ma wątpliwości, że już teraz jest Pani zawodniczką światowego formatu.

– Trener zawsze we mnie wierzył, wiele mu zawdzięczam. Od początku kariery wpajał mi, abym wszystko robiła z głową. Uczył, że równie ważny jak ciężka praca i sprzęt jest odpowiedni odpoczynek. Przekonywał, bym zawsze dawała z siebie sto procent i była szalenie zdyscyplinowana. Mam w głowie te jego słowa, słyszane od lat.

A tak wewnętrznie, czuje Pani, że już teraz może walczyć, i to skutecznie, z najlepszymi?

– Chciałabym, jednak mam świadomość, jak wiele przede mną nauki. Ciągle brakuje mi doświadczenia, jakie posiadają zawodniczki ścigające się w zawodowym peletonie od lat. Ale też powoli układam swoje klocki i staram się robić to tak, by w niedalekiej przyszłości móc rywalizować o najwyższe cele. Tylko i wyłącznie.

To prawda, że już w czwartym wyścigu w życiu została Pani wicemistrzynią Polski?

– Zgadza się, byłam druga na olimpiadzie młodzieży w Radziszowie. Organizował ją mój trener, trasa mi bardzo odpowiadała, więc chyba nie mogło być inaczej.

Czyli urodziła się Pani z talentem do kolarstwa?

– Na to wychodzi (śmiech). Już na początku mojej kariery, wtedy przygody z kolarstwem, zrobiłam sporo badań, które wykazały, że mam bardzo dużą wydolność płuc i mogę robić mocne treningi z ponadprzeciętnym wysiłkiem. To dało mi sporą przewagę i możliwość rozwoju.

A te początki wcale nie były tak oczywiste, bo „miłość” do kolarstwa przychodziła stopniowo.

– O tak, wcale nim zachwycona nie byłam. Pamiętam jedno z pierwszych zgrupowań, w Rytrze, pojechałam zachęcona przez rodziców, lecz gdybym mogła, to wybrałabym się zupełnie gdzie indziej. Byłam wtedy typową nastolatką, interesowało mnie co innego, widziałam, jak moje koleżanki dobrze się bawiły, a ja nie mogłam iść w ich ślady, bo miałam już obowiązki. A to trening, a to jakiś wyjazd czy wyścig. Z każdym kolejnym startem coraz bardziej się jednak wciągałam, a przy okazji rósł mój apetyt na sukcesy.

A kiedy sport stał się czymś więcej
niż tylko przygodą?

– Gdy zdobyłam koszulkę mi- strzyni Polski. Wtedy zrozumiałam, że kolarstwo jest jednym z moich życiowych priorytetów.

Skąd u Pani taka twardość i hart ducha, pokazane choćby na mi- strzostwach świata?

– Jestem góralką, a górale tacy właśnie są: hardzi i nieustępliwi. Rodzice mnie wychowali w takim duchu, by o swoje walczyć z całego serca, do końca i nigdy się nie poddawać trudnościom i przeciwieństwom.

Lubi Pani przydomek „Majka w spódnicy”?

– Jak mógłby mi przeszkadzać? Rafał to świetny kolarz, a jeśli ja miałabym być jego kobiecą odmianą, to tylko bym się cieszyła.

Majka jest jednym z najlepszych „górali” w peletonie. Im trudniej, tym lepiej się czuje i odnajduje. A Pani?

– Myślę, że to nas łączy. Ja też najlepiej czuję się w górach, gdy rośnie skala wyzwania, a ja mogę i muszę dać z siebie jak najwięcej. Podobnie jak Rafał jestem dość drobną osobą, a co za tym idzie – biorąc pod uwagę inne ważne parametry, jak siła i wydolność – posiadam łatwość wspinania. A poza tym wychowałam się w górach, to mój żywioł.

Wywróciło się Pani sportowe życie po podpisaniu umowy z Rabobank-Liv Women Cycling, jedną z najlepszych grup w zawodowym peletonie?

– Nie tyle wywróciło, co było potężnym czynnikiem motywacyjnym do jeszcze większej i bardziej efektywnej pracy. Tak by wszystko, nawet najdrobniejszy szczególik, dopiąć na ostatni guzik i być przygotowaną na każdą ewentualność.

Szybko odnalazła się Pani w wielkim świecie zawodowego kolarstwa?

– Przed pierwszym spotkaniem byłam bardzo zestresowana, nie wiedziałam, jak się zachować. Nowi ludzie, nowe otoczenie, nowa sytuacja zrobiły swoje. Ale szybko moje obawy prysły. Wyjazd do Holandii nie był jednak moim pierwszym kontaktem z zawodowym peletonem. Wcześniej przez rok jeździłam w TKK Pacific Toruń, gdzie również byłyśmy zaopatrzone w najwyższej klasy sprzęt sportowy i jeździłyśmy w dużych wyścigach. Tam nauczyłam się, co znaczy być profesjonalistką. Porównując polskie grupy z zachodnimi, wcale nie musimy odczuwać jakichś kompleksów, pod względem organizacji, sprzętu czy metod treningowych wyglądamy bardzo podobnie. Różnica, największa, tkwi tylko w tym, że za granicą ścigam się w największych i najbardziej prestiżowych imprezach.

W grupie ma Pani okazję jeździć i podpatrywać najlepszą kolarkę świata Marianne Vos; czego można nauczyć się od Holenderki?

– Nie ma drugiej tak ciężko pracującej dziewczyny jak ona. Gdy wydaje się, że już nie da rady, że jej cierpienie sięgnęło szczytu, ona potrafi dać z siebie kolejne sto procent, przesuwając granice swoich możliwości. Wytrzymuje o wiele więcej od każdej innej zawodniczki, i to prowadzi ją do sukcesów. Poza tym w jej głowie nie istnieje coś takiego jak „nie mogę”, nie istnieje słowo „porażka”. Jej jedynym celem jest być pierwszą i zazwyczaj jest, choć akurat ostatni sezon nie był najlepszy w jej wykonaniu.

W Rabobanku jest Pani zwykle „pomocnicą” Vos, ale zdarzały się wyścigi, w których to na Panią pracowały koleżanki.

– Zgadza się, zdarzyło się to dwukrotnie. Za pierwszym razem w Szwajcarii zwyciężyłam, a w Holandii uplasowałam się na trzeciej pozycji. W naszej grupie nie ma sztywnych podziałów na liderki czy liderkę oraz jej pomocników. Oczywiście w największych wyścigach najważniejsza jest Marianne i zwykle pracujemy na jej sukces, ale i tak wiele zależy od wyścigu czy dyspozycji danej zawodniczki. Jeśli jest mocna i czuje się na siłach walczyć, dostaje swoją szansę. W minionym sezonie prawie każda z nas wygrała jakiś wyścig, co o czymś też świadczy.

Kiedy przechodziłam do Rabobanku, słyszałam głosy, że teraz to będę tylko harowała na Vos. Prawda jest inna.

Gdzie sięgają Pani marzenia?

– Medalu mistrzostw świata, olimpijskiego podium. To jednak marzenia i cele, nad którymi muszę bardzo mocno popracować, bo nie przyjdą, ot tak, łatwo i szybko. Kolarstwo jest sportem dla cierpliwych, którzy najpierw przepracują solidnie ładnych parę lat, by zbudować bazę, z której będą mogli ruszać po sukcesy.

Michał Kwiatkowski w tym roku pokazał, jak dokonywać niemożliwego.

– Michał jest mądrym, inteligentnym chłopakiem, który doskonale wie, co chce osiągnąć i jak to zrobić. Mimo młodego wieku posiada doświadczenie, które pomaga mu wykorzystywać swoje najmocniejsze strony. Wierzy w siebie, a najbardziej zazdroszczę mu tego, że umie i nie boi się zaryzykować w myśl „co będzie, to będzie”. Ja tak jeszcze nie potrafię, często przeliczam, zastanawiam się, nie robię czegoś w obawie, że potem zabraknie mi sił. Michał tymczasem rusza, nie zastanawia się, daje z siebie wszystko i wygrywa, jak to miało miejsce na mistrzostwach świata.

Dziękuję za rozmowę.

Piotr Skrobisz