Gortat – z kontraktem życia i optymizmem
Środa, 29 października 2014 (19:10)Tuż po północy naszego czasu Marcin Gortat rozpocznie kolejny sezon w najlepszej koszykarskiej lidze świata, NBA. Jego Washington Wizards zmierzą się z utytułowanymi Miami Heat, a Polak wyjdzie na parkiet z nowym kontraktem i nowymi nadziejami. Większymi, podobnie jak większe aspiracje ma cała jego drużyna.
Gortat nie był pierwszym Polakiem w NBA. Przed nim w tej lidze swoich sił spróbowali Cezary Trybański i Maciej Lampe, jednak zza oceanu wrócili na tarczy. Łodzianin był trzecim, ale pierwszym, który pozostał tam na dłużej i zrobił karierę. Być może nie jest największą gwiazdą, ale jego nazwisko jest znane i cenione, a to już wiele znaczy.
Aż nie chce się wierzyć (szczególnie tym, którzy biografii naszego najlepszego koszykarza nie znają), że Gortat przygodę z koszykówką rozpoczął w wieku dopiero 17 lat. Wcześniej trenował lekką atletykę, był nawet mistrzem Łodzi juniorów, oraz piłkę nożną. Nie ciągnęło go natomiast do boksu, choć jego ojciec Janusz był dwukrotnym medalistą olimpijskim i mistrzem Europy, nie ciągnęło do siatkówki, choć jego mama Alicja była znakomitą zawodniczką, reprezentantką kraju.
Kiedy odkrył koszykówkę, wszystko potoczyło się błyskawicznie. Okazało się bowiem, że ma w tej materii niezwykłe zdolności i ogromny talent, który podparty wielką pracowitością zaczął przynosić owoce. W latach 2003-2007 występował w lidze niemieckiej, w zespole RheinEnergie Kolonia. Zdobył mistrzostwo i puchar tego kraju. W 2005 roku wziął udział w drafcie do NBA i z numerem 57. wybrali go Phoenix Suns, błyskawicznie oddając do Orlando Magic. Umowę z „Magikami” podpisał jednak dopiero po dwóch latach, a w NBA zadebiutował 1 marca 2008 roku.
W Orlando występował przez trzy i pół roku, docierając z drużyną m.in. do wielkiego finału. To jego największy sukces w karierze, jednak sam tak o nim nie myśli, bo jego wkład był co najwyżej nikły. Gwiazdą zespołu był bowiem Dwight Howard, a tak się złożyło, że występował na tej samej pozycji co Gortat. Polak szans w rywalizacji z nim nie miał, zatem przez cały czas pobytu w Orlando rozegrał 175 meczów, ale tylko 6 w pierwszej piątce. W grudniu 2010 roku trafił do Suns, gdzie wreszcie dostał szansę pokazania się. Wykorzystał ją. Grał coraz więcej i coraz lepiej, bił życiowe rekordy, ale drużyna nie odnosiła sukcesów i nie miała specjalnych perspektyw na to, by to się zmieniło. W październiku ubiegłego roku przeszedł na zasadzie wymiany do Wizards. Trochę trwało, zanim odnalazł się w stolicy, ale gdy to uczynił, stał się jednym z liderów zespołu. Poprzedni sezon okazał się najlepszym w jego karierze i najlepszym dla „Czarodziejów” od lat. Łodzianin wystąpił w 81 meczach sezonu zasadniczego i 11 play-off. Zanotował w nich średnio 13,2 i 13 pkt, 9,5 i 9,9 zbiórki oraz rekordowe 37 i 5 double-double. Był liderem drużyny pod względem liczby zbiórek, bloków (1,7) i skuteczności rzutów z gry (54,2 proc.). Zespół dotarł do drugiej rundy play-off, w której okazał się minimalnie słabszy od Indiana Pacers. W meczu numer pięć z tym rywalem łodzianin rzucił 31 punktów i zanotował 16 zbiórek, trafiając na usta sportowej Ameryki.
Po zakończeniu sezonu jest dotychczasowa umowa dobiegła jednak końca i Gortat trafił na rynek wolnych agentów. Mógł podpisać nową z dowolnym klubem, oczywiście także dotychczasowym. Pojawiło się sporo spekulacji, a Polak nie mógł sobie pozwolić na błąd. Ma już 30 lat, zatem wiedział, że umowa, z kimkolwiek ją podpisze, będzie prawdopodobnie ostatnią tak intratną w jego karierze. Nie chciał jednak grać w zespole przeciętnym, który nie pozwoli mu realizować ambitnych celów, patrzył zarówno na siebie i swoją rolę, jak i – co tu ukrywać – pieniądze. Właściciele Wizards za nic w świecie nie mieli zamiaru go puścić. Kiedy w Krakowie Gortat zakończył cykl corocznych campów dla dzieci i młodzieży, w tamtejszej hali znajwili się przewodniczący Wizards Tommy Sheppard oraz szkoleniowiec Randy Wittman. Pokazali w ten sposób, jak bardzo im na Polaku zależy, a ten niedługo później parafował umowę życia. Pięcioletni kontrakt gwarantuje mu 60 milionów dolarów, za pierwszy rok na jego konto trafi 10 434 782 „zielonych”.
Pół godziny po północy „Czarodzieje” rozegrają dziś pierwszy mecz w nowym sezonie. Zmierzą się z nie byle kim, bo z Miami Heat, osłabionymi jednak po odejściu LeBrona Jamesa. Ekipa Polaka też nie zagra w optymalnym składzie, zabraknie m.in. drugiego strzelca zespołu Bradleya Beala, który 10 października w meczu przedsezonowym doznał kontuzji nadgarstka i czeka go minimum sześć tygodni przerwy, oraz Brazylijczyka Nene, odsuniętego przez władze ligi od jednego spotkania sezonu zasadniczego za przepychankę w trakcie towarzyskiego spotkania z Chicago Bulls. Niezdolni do gry są również zmiennik Beala Martell Webster, zmiennik Gortata Kris Humphries oraz... zmiennik Nene – DeJuan Blair. Jak sobie z tym poradzi trener Randy Wittman, zobaczymy. Sam szkoleniowiec nie ukrywa, jak bardzo na Polaka liczy. – Marcin ma wysokie koszykarskie IQ, szybko łapie wszelkie niuanse, jest na bieżąco z nowinkami. Potrafi nie tylko dobrze bronić, ale i skutecznie atakować – powiedział.
Wizards w ostatnich latach źle rozpoczynali rozgrywki. Przed dwoma laty przegrali pierwsze dwanaście spotkań, a przed rokiem wygrali dwa z dziewięciu. Potem jednak, m.in. dzięki Gortatowi, odżyli. – Jestem pewien, że teraz wystartujemy lepiej. Przed rokiem w pierwszych spotkaniach znałem ledwie kilka schematów, gdzie mam się poruszać po boisku, a teraz przepracowałem z zespołem cały okres przygotowawczy. W dodatku panuje w nim świetna atmosfera. Jestem zatem optymistą – podkreślił.
Piotr Skrobisz