• Piątek, 20 marca 2026

    imieniny: Eufemii, Klaudii, Kiry

Krajobraz po „el Classico”

Niedziela, 26 października 2014 (16:07)

229. w historii „el Classico” już za nami, zakończyło się 92. wygraną Realu Madryt, niezwykle ważną w perspektywie walki o mistrzostwo Hiszpanii. Dziś już nikt nie pamięta o problemach, jakie mieli „Królewscy” na początku sezonu.

„El Classico” to, jeśli chodzi o piłkę klubową, najważniejszy mecz na świecie. Żaden inny nie budzi takiego zaintersowania fanów z każdego zakątku globu, żaden nie ma takiej otoczki i klimatu. W sobotę Real z Barceloną zmierzyły się na zielonej murawie już po raz 229. Pierwszy ich pojedynek odbył się 13 maja 1902 roku w turnieju o Puchar Koronacji, którego kontynuatorem jest Puchar Króla. W Madrycie lepsi okazali się Katalończycy, którzy triumfowali 3:1. Wczoraj Real wygrał po raz 92., Barcelona pozostała z 89 zwycięstwami na koncie. Było to jednocześnie 169. spotkanie obu ekip w lidze hiszpańskiej. Tu także lepszym bilansem mogą pochwalić się piłkarze ze stolicy, którzy zwyciężyli po raz 71. „Barca” ma na koncie pięć triumfów mniej.

Sobotnie „el Classico” rozpoczęło się po myśli gości, którzy już w 4. minucie objęli prowadzenie. Gola zdobył Neymar, ale w notesach statystyków zapisał się przede wszystkim podający mu piłkę Luis Suarez. Znakomity Urugwajczyk nie grał w piłkę od czterech miesięcy, czyli od czasu feralnego meczu z Włochami na mistrzostwach świata, gdy w przypływie szaleństwa ugryzł Giorgio Chielliniego. Zaprezentował się nadspodziewanie dobrze, zbierając za swój występ wysokie noty. – Pokazał większe tempo, niż się spodziewałem – przyznał nawet jego trener Luis Enrique. Sam zawodnik miał po wszystkim jednak mieszane uczucia. – Poczułem ulgę, wychodząc na boisko, ale przegraliśmy. Barcelona umie jednak powstawać po takich porażkach – podkreślił. Katalończycy nie cieszyli się w sobotę długo, Real w kolejnych minutach solidnie ich bowiem przycisnął, znajdując wreszcie sposób na skruszenie niesamowicie spisującej się od początku sezonu defensywy. Claudio Bravo, chilijski bramkarz „Barcy”, od pierwszej kolejki pozostawał niepokonany. Jego licznik zatrzymał się na 754 minutach, kiedy to wyrównującego gola zdobył Cristiano Ronaldo. Bravo przeszedł jednak do historii, bo w ten sposób rozgrywek Primera Division nie rozpoczął do tej pory żaden bramkarz. Swoje dzieje pisze też Portugalczyk. Sobotnie trafienie było jego 16. w obecnym sezonie ligi hiszpańskiej. Średnią ma niesamowitą, co tu ukrywać, bijąc na głowę Lionela Messiego. Argentyńczyk mógł w sobotę zanotować kolejny wpis do kronik. W Primera Division strzelił do tej pory 250 bramek, o jedną mniej niż Telmo Zarra, napastnik Athletic Bilbao, który występował przed przeszło 60 laty. Lionel zagrał jednak fatalnie, na co w pomeczowych komentarzach zwróciły uwagę wszystkie hiszpańskie media. Był zupełnie niewidoczny, nie angażował się w grę, nie stanowiąc praktycznie żadnego zagrożenia dla rywali. W powszechnej opinii jego postawa i katastrofalna dyspozycja całej defensywy Barcelony zadecydowała o takim, a nie innym wyniku.

W Katalonii od soboty liżą rany, a w Madrycie trwa fiesta. Trudno się dziwić. Po czterech kolejkach Barcelona miała nad Realem sześć punktów przewagi. „Królewscy” w tym czasie przegrali już w lidze dwa ligowe spotkania, a niektórzy zaczynali spekulować o przyszłości Carlo Ancelottiego. Tymczasem po wygranym „el Classico” podopieczni Włocha tracą do odwiecznego rywala już tylko punkt, a trener wychwala pod niebiosa ich profesjonalizm i podejście do zawodu. – Koncentracja moich zawodników, myślenie o tym, co robią, podążanie za wyznaczoną strategią i taktyką jest wręcz wyjątkowe – przyznał.

 

Piotr Skrobisz