Służyć Panu Bogu w drugim człowieku
Czwartek, 23 października 2014 (14:10)Z Małgorzatą Bożek, wolontariuszką misyjną, rozmawia Maria Popielewicz
Wyjechała Pani z ramienia Salezjańskiego Ośrodka Misyjnego na misje do Peru. Co zmotywowało Panią do podjęcia tego kroku?
- Jestem wychowanką salezjańską, więc zanim trafiłam do ośrodka misyjnego, sama byłam uczestniczką zajęć w oratorium salezjańskim, czyli w pewnego rodzaju świetlicy przykościelnej. Potem zaczęłam pomagać tam jako wolontariuszka, a wyjazd na misje był dla mnie kolejnym etapem formacji, kolejnym krokiem. Czułam, że chcę zrobić coś więcej, coś więcej dać z siebie. Poza tym odkąd pamiętam, zawsze, gdy słyszałam o misjach czy misjonarzach, gdzieś w sercu czułam, że to dla mnie, że to być może moja droga, że właśnie tak chcę służyć Panu Bogu w drugim człowieku.
Do jakich zadań została Pani posłana w Peru?
- Zgodnie z charyzmatem salezjańskim pracowałam głównie z dziećmi i młodzieżą. Placówka misyjna położona jest w najbiedniejszej części miasta Piura, w slumsach, gdzie żyje mnóstwo dzieci z biednych materialnie rodzin, gdzie bardzo często brakuje również miłości, ciepła i czasu poświęconego najmłodszym. To właśnie te dzieci i ta młodzież przychodziła do naszej placówki misyjnej. Tam organizowaliśmy im gry i zabawy, wydawaliśmy posiłek, pomagaliśmy w odrabianiu lekcji. Chodziło o to, by z nimi być, towarzyszyć im w ich codzienności, a jednocześnie dać im odczuć, że są kochani i wartościowi.
W jakiej sytuacji materialnej znajdują się tam rodziny?
- Sama dzielnica to ogromna pustynia z labiryntem domków, które mieszkańcy sklecili z tego, co udało im się znaleźć lub zdobyć tanim kosztem: z blachy, plecionej trawy, płyt wiórowych i opon. Mieszkają więc w bardzo trudnych warunkach, między błąkającymi się bezdomnymi psami i kotami. Dzieci bardzo często nie chodzą w ogóle do szkoły, często pracują. Oczywiście praca nieletnich jest w Peru nielegalna, ale władze nic z tym nie robią. Bieda i alkoholizm sprawiają, że dzieci podejmują pracę fizyczną – przeładowują towary na rynku, przewożą je taczkami albo noszą na plecach ciężkie worki.
Nawet jeśli dzieci nie pracują, często nie mają warunków w domu do nauki i odrabiania lekcji, nie mogą liczyć na pomoc swoich bliskich. Dlatego placówka salezjańska, a szczególnie oratorium, jest wyciągnięciem ręki w ich stronę. Wszystko po to, aby nie straciły chęci do nauki, do rozwijania się. Często musieliśmy uzupełniać z nimi szkolne braki. Pamiętam chociażby 13-letniego José, który nie znał tabliczki mnożenia, więc trzeba mu było szczególnie w tym pomóc.
Co dla Pani było najtrudniejsze tam, na miejscu?
- Samo zderzenie z tamtą rzeczywistością, z mentalnością Peruwiańczyków. Z czasem oczywiście to przestawało być trudne i stawało się śmieszne, ale trzeba się było do tego przyzwyczaić. Trudna była konfrontacja na przykład mojego wyobrażenia lekcji z tym, jak wyglądało to w Peru. W Polsce uczniowie siedzą w ławce, z otwartym zeszytem i słuchają, jakaś dyscyplina jest. Tam bardzo często dzieci jak wolne elektrony krążą po całej klasie i z prędkością karabinu wystrzeliwują pytania, niekoniecznie na temat. W takich warunkach trzeba było te lekcje odrabiać. To było wyzwanie, przeskoczyć ze swoich oczekiwań, wyobrażeń do tej rzeczywistości, która jest tam, zaakceptować ją i wyciągnąć z niej najlepsze, co się da.
Trzeba było też przyzwyczaić się do ich południowej mentalności i poczucia czasu. W Peru funkcjonuje takie określenie jak „godzina peruwiańska”. Trzeba się nastawić, że mimo iż Peruwiańczycy mają ustalony czas spotkania, przyjdą mniej więcej godzinę później. Budziło to we mnie wiele emocji, ale trzeba było wejść w ten rytm i funkcjonować, bo wiadomo, że pewnych rzeczy nie da się zmienić z dnia na dzień.
Jak została Pani przyjęta na miejscu?
- Bardzo dobrze. Ludzie tam są bardzo otwarci, nie było żadnej bariery, choć na początku problemem był język. Mimo że po przyjeździe do Peru nie mówiłam za dobrze po hiszpańsku, dzieci się nie zrażały, zadawały mi milion pytań, były strasznie ciekawe i bez żadnych zahamowań pierwsze do mnie wychodziły. Były dobrymi i cierpliwymi nauczycielami otwartości i akceptacji drugiego człowieka. To było bardzo miłe i sprawiło, że szybko poczułam się tam jak u siebie.
Było też wiele pięknych momentów. Jeden szczególnie zapadł mi w pamięć. Była to niedziela, Dzień Matki. Czekałam przed kościołem, by zebrać na Mszę Świętą wszystkie dzieci. 8-letnia Lourdes stała nieśmiało przy bramie. Pomyślałam, że się wstydzi i gdy nasz wzrok się spotkał, uciekła. Po chwili jednak wróciła, zakradła się od tyłu i zza pleców wyjęła sztuczną czerwoną różę, mówiąc, że to dla mnie na Dzień Matki. To był mój pierwszy prezent z tej okazji i bardzo mnie to wzruszyło.