Kopciuszek bije giganta
Piątek, 21 września 2012 (11:05)Pieniądze nie grają. Tą tezę udowodniła piłkarskim kibicom środowa część pierwszej kolejki Ligii Mistrzów. Od dawna nie oglądaliśmy tak emocjonujących meczów, na tym etapie rozgrywek, i równie dawno nie odnotowywaliśmy tak spektakularnych niespodzianek. Bo do takich należy zaliczyć wyjazdowe zwycięstwa białoruskiego Bate Borysów z francuskim Lille (1:3) oraz CFR Cluj z Rumunii nad SC Bragą z Portugalii (0:2). Obydwa „kopciuszki” swoich grup, które miały być dostarczycielami punktów pokazały, że jeśli ma się ambicję i zgrany zespół można pokonać nawet największych tuzów europejskiej piłki. Tacy piłkarze z Lille jak Debuchy, Mavuba, czy Martin tylko bezradnie patrzyli kiedy białoruski klub pakował im piłkę do siatki raz za razem. Zaś FC Braga, finalista Ligi Europy, sprzed dwóch lat, nie był w stanie znaleźć sposobu na dobrze dysponowanych Rumunów.
Każdy przyzna, iż bardzo przyjemnie ogląda się kiedy zespół stawiany na straconej pozycji potrafi skutecznie przeciwstawić się faworytowi. Z drugiej strony polskiemu kibicowi przychodzi wówczas, tylko ciężko przełknąć ślinę pytając się – skoro mogą Białorusini i Rumunii to dlaczego nie możemy my? Czego brakuje naszym piłkarzom, trenerom, klubom, że nie jest dane nam oglądać ich w takiej walce? I mało tego, że te zespoły już co roku kwalifikują się do grupowej fazy Ligii Mistrzów, co naszym zespołom nie udało się od przeszło 15 lat, do tego teraz jeszcze w niej wygrywają.
A jak na tym tle wypadają nasi? Niestety - o Lidze Mistrzów nawet nie marzą. A w, będącej jej zapleczem, Lidze Europy jest nie lepiej. Mistrz Polski dostaje od niemieckiego przeciętniaka 10 (słownie: dziesięć) bramek w dwumeczu. Reszta przegrywa, wręcz na własne życzenie, a media łaskawie spuszczają nad ich występami kurtynę milczenia. A z roku na rok jest coraz gorzej. Podczas gdy inni na Starym Kontynencie podnoszą swój poziom i pną się w górę, nasi spuszczają z tonu i osiadają na podwórkowych laurach. Dobrym przykładem jest moskiewski Spartak, który jeszcze w zeszłym sezonie przegrywał z Legią Warszawa w eliminacjach do Ligi Europy, a dziś okazuje się równorzędnym rywalem dla naszpikowanej gwiazdami Barcelony. Klub z Moskwy zdołał Messiemu i spółce strzelić dwie bramki, i do końca meczu nie dawał odetchnąć Dumie Katalonii.
Nie wyciągam jednak tych wszystkich faktów po to aby dyskutować nad problemami polskiej ligowej piłki i sposobami jak ją uzdrowić, ale jedynie po to aby unaocznić jak źle z nią jest. Możemy jedynie postawić diagnozę czy choroba, która toczy polski futbol jest uleczalna, czy może skazuje go na kalectwo na dziesiątki lat. Jeśli założymy prawdziwość mojego pierwszego zdania, iż „pieniądze nie grają” i spojrzymy na budżety takich klubów jak Bate Borysów czy CFR Cluj, możemy odpowiedzieć, że to nie z biedy nie wiedzie się nam na piłkarskich boiskach. Odpowiedź jest całkiem prosta - źle działa cały organizm. Skostniałe struktury wciąż nie wyleczone z chorób, które złapały w poprzednim systemie, przeżarte rakiem korupcji i kolesiostwa, nie są w stanie działać sprawnie. Przyznają państwo, że aby postawić pacjenta w takim stanie na nogi potrzeba wybitnego specjalisty. Przydałby się więc „Dr House piłki nożnej” albo „Dr Kildare - futobololog”. Mam nadzieję, że nie będziemy jednak czekać zbyt długo, aby nie było za późno, i tak aby nie trzeba było wzywać Dr Frankensteina, żeby wskrzesił tego trupa.
Łukasz Sianożęcki