• Wtorek, 24 marca 2026

    imieniny: Marka, Katarzyny, Gabriela

Głosiłam Jezusa swoją postawą

Środa, 22 października 2014 (14:06)

Z Małgorzatą Dadej, wolontariuszką misyjną, rozmawia Maria Popielewicz

 

Wyjechała Pani na misje jako osoba świecka z Salezjańskiego Ośrodka Misyjnego. Skąd to pragnienie?

– Czułam, że to jest moje powołanie. Trzy lata temu byłam wychowawcą na obozie harcerskim jako wolontariusz. Tam zrozumiałam, że bezinteresowna pomoc sprawia mi radość, ale wtedy jeszcze nie wiedziałam, że osoby świeckie mogą wyjechać na misje. Wyjechałam do Anglii na kilka miesięcy, bo wiem, że człowiek dzięki wyjazdom zagranicznym nabiera dystansu do siebie, do swojego życia, bliskich. Tam mój pomysł wyjazdu na misje się krystalizował i umacniał, zaczęłam więc szukać w internecie, z kim mogłabym jechać i dokąd, tak trafiłam na Salezjański Ośrodek Misyjny. Po powrocie z Wielkiej Brytanii poszłam na pielgrzymkę na Jasną Górę, by modlić się i rozważać, czy to rzeczywiście droga dla mnie.

Przygotowanie do wyjazdu na misje trwa rok. To był dla mnie szczególny czas. Adoracja przed Najświętszym Sakramentem, rozmowa z Chrystusem pomogły mi rozpoznać moją motywację, czy rzeczywiście ta chęć wyjazdu pochodzi od Jezusa, czy jest to dla mnie jakaś forma ucieczki czy zmiany w życiu. W trakcie przygotowań przechodzimy także testy psychologiczne. Pozytywna ocena jest jednym z kryteriów, które dopuszcza do wyjazdu na rok.

Do jakiej pracy została Pani skierowana w Mansie?

– Razem z drugą wolontariuszką z Polski prowadziłyśmy nieformalną szkołę garażową dla dzieci, które nie chodziły do szkoły państwowej – sieroty, półsieroty, dzieci z ubogich rodzin, których nie było stać na książki, mundurki czy plecaki. Spędzałyśmy z nimi trzy godziny. Uczyłyśmy je języka angielskiego, matematyki, robiłyśmy prace plastyczne czy ręczne, jak wyszywanie serwetek. Potem pomagałyśmy nauczycielkom przy wydawaniu posiłków w przedszkolu, które prowadzą Siostry Salezjanki. Po południu zajmowałyśmy się dziećmi w oratorium – świetlicy środowiskowej – zarówno tymi, które chodziły do szkół, jak i tymi, które spędzały czas na ulicy. Śpiewałyśmy także w chórze w kościele.

Jaka jest sytuacja w rejonie, w którym Pani posługiwała? Zwłaszcza dzieci?

– Mansa, gdzie byłam, to niewielkie miasto, a misja, w której posługiwałam, znajduje się na jego obrzeżach. Mieszkają tam ludzie zarówno bardzo ubodzy, jak i dobrze sytuowani. My się głównie zajmowałyśmy dziećmi z rodzin ubogich, często sierotami bądź półsierotami. Czasami jedynym posiłkiem, jakie miały w ciągu dnia, była thobwa (czyt. tobła) – słodki napój kukurydziany, który dostawały na śniadanie. Pamiętam taką sytuację, gdy – w czasie pory zimnej – przyszła do nas dziewczynka o imieniu Loveness w samym T-shircie. Pytam ją, dlaczego nie założyła ciepłej bluzy, odpowiedziała, że nie ma żadnej. Sytuacja wielu dzieci była czasem bardzo trudna. Zwłaszcza że przez wielu dorosłych mieszkańców dzieci są często traktowane jak zabawki. Jednego dnia na teren placówki przyjechali samochodem dwaj mężczyźni. Jeden z nich poszedł do naszego przedszkola, żeby odebrać syna. Po kilku minutach drugi z mężczyzn przyszedł do oratorium i chwycił 8-letniego chłopca za rękę. Myślałam, że to był jego ojciec. Mężczyzna zaczął go bić po głowie, po plecach. Chłopiec zwijał się w kłębek ze strachu i bólu. Na początku nie wiedziałam, co się dzieje, zaczęłam krzyczeć, żeby go zostawił. Gdy mężczyzna zobaczył, że biegnę w ich kierunku, puścił go, ale jeszcze na koniec kopnął go w plecy. Byłam wtedy wściekła i jednocześnie czułam się bezsilna. Okazało się, że chłopiec obraził firmę, w której tamten mężczyzna pracował. To przykre. Czasami jest tak, że jak jakiś dorosły bije dziecko, to inne dzieci zbierają się dookoła, jest wielkie widowisko i wszyscy się śmieją. To było chyba najtrudniejsze doświadczenie podczas mojej misji – patrzenie na to, że te dzieci są traktowane jak przedmioty, a ja nie mogę im pomóc. Czasami przychodziły do nas w podartych ubraniach, brudne. A tak naprawdę rodzice mieli dostęp do wody, bo księża i siostry, którzy tutaj posługują, udostępniają wodę dla wszystkich, którzy jej potrzebują.

 

A praca misjonarska? Jak miała Pani okazję głosić Jezusa?

– Katechez nie prowadziłam. Głosiłam Jezusa swoją postawą, pracą, codziennym uczestnictwem w Eucharystii. Nasze poranne lekcje w szkole garażowej zaczynaliśmy i kończyliśmy modlitwą. Zachęcałyśmy dzieci do pójścia z nami na Mszę Świętą. W oratorium odmawialiśmy Różaniec w języku angielskim, bemba i polskim. Na zakończenie dnia któryś z wychowawców mówił tzw. słówko na dobranoc – zgodnie z tradycją salezjańską.

Dziękuję za rozmowę.

Maria Popielewicz