• Wtorek, 24 marca 2026

    imieniny: Marka, Katarzyny, Gabriela

Mówiliśmy do księdza Jerzego „szefie”

Poniedziałek, 20 października 2014 (21:27)

Z Wojciechem Bąkowskim, lekarzem, studentem Akademii Medycznej za czasów duszpasterskiej posługi ks. Jerzego Popiełuszki, rozmawia Piotr Czartoryski-Sziler

Minęło 30 lat od Pana ostatniego spotkania z błogosławionym dziś księdzem Jerzym Popiełuszką.

- Tak, stąd dzisiejsza uroczystość w sanktuarium św. Stanisława Kostki na warszawskim Żoliborzu jest dla mnie szczególna. W tej chwili właśnie spotkałem koleżeństwo, z którym poznaliśmy się w 1979 roku, gdy ksiądz Jerzy był jeszcze duszpasterzem w kościele akademickim świętej Anny. Jest wiele radości dzisiaj, ale też coś chwyta nas za gardło. Rozmawiamy ze sobą, tak jakbyśmy wczoraj czy przedwczoraj widzieli się ostatni raz. W rozmowach ze sobą szukamy tego, co w przesłaniu księdza Jerzego było niezmienne, co ma on nam dzisiaj do przekazania. Ksiądz Jerzy mówił, że „Solidarność” jest z ducha Ewangelii, z inspiracji ewangelicznych i w związku z tym musi zwyciężyć. Msze Święte za Ojczyznę tworzyły pewnego rodzaju przestrzeń wolności. Ksiądz Jerzy uważał, że nie może milczeć, bo innym odebrano głos. Że jest on właśnie głosem tych, których uwięziono, internowano, zabito, których wyrzucono z pracy, którzy mówić nie mogą itd. Swoje nauczanie, które jest ciągle aktualne, zawsze opierał na tym, co mówili Ojciec Święty Jan Paweł II i Prymas Tysiąclecia ks. kard. Stefan Wyszyński, którego bardzo cenił i szanował.

Co wyróżniało księdza Jerzego na tle innych kapłanów, których Pan wtedy znał?

– Niezwykła łatwość nawiązywania kontaktów. Miał wielki dar spotykania się z ludźmi, jakąś charyzmę skupiania wokół siebie różnych osób. Myślę, że jego cechy osobowościowe, a także bardzo dobry stosunek do nas – taki prawie koleżeński, i ciekawe zagadnienia, które były poruszane na spotkaniach, pociągały studentów. Tam zawsze coś się działo. Można powiedzieć, że ksiądz Jerzy jak gdyby mniej od nas wymagał, a więcej starał się nam dawać. Poza tym ksiądz Jerzy niezwykle starannie przygotowywał nasze konwersatoria. Zapraszał
na nie wybitnych ludzi, jak chociażby profesorostwo Emilię i Antoniego Chrościckich czy dr. Aleksandra Waliszewskiego z Poznania, ostatniego żyjącego wówczas przedwojennego badacza Całunu Turyńskiego. Czuliśmy się jak w jednej wielkiej rodzinie. Ksiądz Jerzy uczestniczył w naszych imieninach, urodzinach, ślubach, chrztach, pogrzebach.

Starał się też pomagać Wam w różnych trudnościach?

- Tak. Miał wielkie poczucie odpowiedzialności za ludzi, którzy do niego przychodzili. Nie zapomnę, jak całą naszą grupę poczęstował kiedyś herbatą, która wtedy była towarem trudno dostępnym, i dał jeszcze każdemu z nas po paczce, bo dostał jakieś dary. Kiedyś poprosiłem go o lekarstwo dla pewnej osoby, gdyż ksiądz Jerzy miał wtedy do nich dostęp. Było ono wtedy dla mnie nieosiągalne. Ucieszyłem się, bo kiedy spotkałem się z księdzem Jerzym następnym razem, już na mnie ono czekało. Nigdy nie zapominał o tym, o co go ludzie prosili.

To znaczy, że każdy, kto był w potrzebie, udawał się najpierw do księdza Jerzego?
– Tak, bo wiedział, że u niego znajdzie pomoc. On obdarowywał zarówno tych ludzi, którzy byli blisko, jak i internowanych, rodziny wyrzuconych z pracy. Już następnego dnia po ogłoszeniu stanu wojennego zorganizował dla ludzi pierwszą pomoc. Postawił kwadratowy stoliczek w kaplicy Res Sacra Miser na Krakowskim Przedmieściu i poprosił nas, żebyśmy pełnili przy nim dyżury. Siedzieliśmy tam po godzinie, po dwie. Oczywiście za chwilę powstał profesjonalny komitet w kościele św. Jacka, a później w kościele św. Marcina.

Jakie wspomnienie związane z księdzem Jerzym często wraca do Pana?

- Pamiętam np., że wybraliśmy się kiedyś naszą grupą na pierniczki na ul. Piwną do kawiarenki „Gwiazdka”. Ksiądz był bez koloratki, więc zastanawialiśmy, jak mamy zwracać się do niego, bo nie byliśmy wówczas jeszcze po imieniu. Ktoś wpadł na pomysł, by zwracać się do księdza „szefie” i to określenie bardzo do niego przylgnęło. Wyniknęła z tego komiczna sytuacja, bo gdy jedna z naszych koleżanek zatelefonowała później do księdza Jerzego, nie wiedząc, że jego linia jest już na podsłuchu, również zwróciła się do niego „szefie”. Pytali go potem w Pałacu Mostowskich, czego on jest szefem i jaka to organizacja. Ksiądz Jerzy powiedział nam więc, żebyśmy uważali, gdy zwracamy się do niego w ten sposób.

Dziękuję za rozmowę.

Piotr Czartoryski-Sziler