Lenin nie wróci
Środa, 19 września 2012 (06:09)Z Piotrem Dudą, przewodniczącym Komisji Krajowej NSZZ "Solidarność", rozmawia Mariusz Kamieniecki
Tak źle jak obecnie chyba jeszcze nie było. Jaka jest dzisiaj sytuacja ludzi pracy w Polsce?
- Ponad 4 miliony osób pracuje na tzw. umowach śmieciowych, 27 proc. pracujących zatrudnionych jest na czas określony i tu jesteśmy rekordzistami w Europie. Ponad 12 proc. ludzi w Polsce, pracując na pełen etat, bieduje i jest zmuszona korzystać z pomocy społecznej, bo nie jest w stanie utrzymać swoich rodzin mimo ciężkiej pracy. Przykłady tego typu możemy mnożyć. Sytuacja jest dramatyczna, a rządzący mówią o jeszcze większej elastyczności pracy. Jak to rozumieć, skoro w Polsce mamy już wszystkie możliwe formy zatrudnienia, począwszy od umowy na czas określony poprzez umowy-zlecenia, umowy o dzieło, samozatrudnienie po telepracę, ale za tym wszystkim nie idzie bezpieczeństwo pracownika. Wszystko wskazuje na to, że rządzący chcą doprowadzić do sytuacji, kiedy pracownicy będą traktowani niczym bezduszne automaty do tworzenia dóbr, z których skorzystają tylko nieliczni. Jako związek zawodowy będziemy z tym walczyć.
Słowem, bieda coraz bardziej zagląda nam w oczy?
- To niestety smutna rzeczywistość. Mam nadzieję, że cała Polska się w końcu obudzi, ale przede wszystkim, że obudzi się polski pracownik. Jeżeli bowiem sami nie zadbamy o nasze sprawy pracownicze, to nikt za nas tego nie zrobi. Władza funduje nam liberalizację praw pracowniczych, co w konsekwencji doprowadzi do uprzedmiotowienia pracownika w zakładach pracy. Na to zgody "Solidarności" nie ma i nie będzie.
Jak w tej sytuacji widzi Pan rolę związków zawodowych?
- Zadania związku są niezmienne. Jest statut, są członkowie, którym mamy pomagać w rozwiązywaniu problemów pracowniczych. Taka była nasza rola po 1980 r. i taka jest dzisiaj. Szkoda tylko, że nie do końca rozumieją to pracownicy niezrzeszeni, którzy w dobrze pojętym własnym interesie powinni przystępować do związku. Tylko wspólnie możemy przeciwstawić się narastającym coraz bardziej problemom, generowanym przez nieodpowiedzialną władzę. Prawo powinno być ukierunkowane na człowieka, na pracownika, a nie na ekonomię i zysk. Szkoda tylko, że ci, którzy rządzą dzisiaj Polską, powołując się na rodowód solidarnościowy, o tym wszystkim zapominają.
"Solidarność" chce pokazać rządowi, że należy się liczyć z głosem społecznym. Dadzą Państwo radę?
- Nie mamy innego wyjścia. Nasze hasło brzmi: "I tak wygramy...!", i będziemy w tym konsekwentni. Za miesiąc, za rok czy za dwa, ale wygramy.
Czym różni się dzisiejsza "Solidarność" od tej sprzed 32 lat?
- Ówczesna "Solidarność" była wyrazem buntu i sprzeciwu wobec zła, jakim był system komunistyczny, który za nic miał człowieka i jego prawa, postulaty dotyczyły też praw pracowniczych. Dzisiejsza "Solidarność" musi walczyć z przejawami brutalnego, zaborczego kapitalizmu. Są ludzie w kręgach władzy, którzy wyrośli z korzeni "Solidarności", a dzisiaj zachowują się w sposób niecny, gorszący, wręcz nieprzyjazny w stosunku do ludzi pracy. Widać chcieli tylko władzy.
Czy powrót do pierwotnego ducha "Solidarności", o czym mówił na Jasnej Górze ks. bp Antoni Dydycz, jest w Polsce możliwy?
- Myślę, że jest to realne. Dotyczy to jednak tylko tych ludzi, którzy dostrzegają problemy pracownicze i faktycznie chcą je rozwiązywać. Są ludzie, którzy tak jak ja mają serce związkowca i gdyby nie wyższa konieczność w obronie łamanych praw pracowniczych, nie mieliby potrzeby współpracy z politykami. Jako związek zawodowy mamy prawo do krytyki i będziemy piętnowali zło. Protestując, liczymy się z krytyką i atakami ze strony rządzących, którzy zrobią wszystko, żeby podważyć naszą wiarygodność i intencje, żeby ludzie się od nas odwrócili. Wówczas władza będzie miała wolną rękę i będzie mogła robić z pracownikami, co tylko się jej podoba. Żeby się temu skutecznie przeciwstawić, potrzebny jest także duch "Solidarności".
Obecne postulaty związku, chociażby wzywające do wolności i równego traktowania mediów, przypominają te sprzed lat. W sobotę, 29 września, "Solidarność" stanie ramię w ramię ze społeczeństwem w Marszu w obronie Telewizji Trwam. Jak długo jeszcze o wolne media w Polsce trzeba będzie walczyć na ulicy?
- Po narodzinach "Solidarności" chyba nikt nie przypuszczał, że w wolnej Polsce, w 2012 r. ponownie trzeba będzie ściągać z Bramy Stoczni Gdańskiej tablicę z nazwiskiem Lenina i będziemy za to włóczeni po sądach. Nikt też nie sądził, że przewodniczącego związku zawodowego władze, które w dużej mierze wywodzą się z "Solidarności", nie będą chciały wpuścić do parlamentu na bardzo ważną debatę o sprawach pracowniczych. Nikomu wówczas też chyba nie przeszła przez głowę myśl, że pojawi się potrzeba walki o wolność mediów, o równy dostęp i umieszczenie Telewizji Trwam na multipleksie cyfrowym. Takie są jednak fakty. Dlatego będziemy bronili wolności słowa w obszarze mediów elektronicznych, w tym wypadku Telewizji Trwam i każdych wolnych mediów, które z tego tytułu mogłyby mieć problemy. Jako członkowie NSZZ "Solidarność" stajemy w obronie Telewizji Trwam, realizując trzeci postulat z 17 sierpnia 1980 r., który mówi o przestrzeganiu zgodnie z konstytucyjnym prawem wolności słowa, druku, publikacji, o nierepresjonowaniu niezależnych wydawnictw oraz udostępnianiu środków masowego przekazu przedstawicielom wszystkich wyznań.
Wspomniał Pan o reperkusjach związanych z usunięciem napisu z Bramy Stoczni Lenina. Czy napis ten wróci, jak chcą władze Gdańska?
- Lenin nie wróci, bo jak ostrzegałem prezydenta Adamowicza, napis ten zostanie pocięty i sprzedany na złom, a pieniądze uzyskane w ten sposób przekażemy na cele charytatywne. Jednak najbardziej zdumiewająca w tym wszystkim jest hipokryzja prezydenta Gdańska i jego środowiska. Bo jak rozumieć fakt, że człowiek, który nie konsultuje swoich decyzji ze społeczeństwem i przywraca pamięć Lenina - osoby jednoznacznie źle kojarzonej, otrzymuje podczas ostatniego Forum Ekonomicznego w Krynicy nagrodę dla lokalnego przywódcy rozumnego dialogu? Mało tego, przyjmując nagrodę, wypowiada następujące słowa: "Moją ideą jest, żeby mieszkańcy Gdańska akceptowali nasze decyzje, nie dlatego, że wydała je władza, ale dlatego, że są do nich przekonani. Myślę, że na tym polega nowoczesne przywództwo". Hipokryzja sięga zenitu.
NSZZ "Solidarność" skierowała skargę do Komisji Europejskiej, zarzucając rządowi Donalda Tuska bezczynność w związku z nadużywaniem stosowania umów na czas określony. Czy w Polsce jest już tak źle, że pomocy trzeba szukać w Brukseli?
- Niestety tak, skoro rząd premiera Tuska nic sobie nie robi z art. 25 kodeksu pracy, który mówi jasno, że rząd musi robić wszystko, żeby umowy na czas określony tak kształtować w polskim prawie pracy, żeby nie były one nadużywane. Tymczasem z wynikiem 27 proc. jesteśmy w Europie negatywnym liderem, biorąc pod uwagę liczbę pracowników zatrudnionych na czas określony, a rząd bezczynnie się temu przygląda. W Polsce mamy dziwny zwyczaj, gdy chodzi o unijne dyrektywy. Jeżeli bowiem jest prawo propracownicze, to rządzący mówią, że jest ono fakultatywne, że trzeba czasu, żeby wprowadzić je w życie, a jeżeli jest dyrektywa antypracownicza, to rząd stoi na stanowisku, że jest ona obligatoryjna i trzeba ją bez zwłoki zastosować. Tak było z wydłużeniem wieku emerytalnego, co nawet nie było dyrektywą, ale sugestią kanclerz Merkel, a premier Tusk w postawie na baczność jak najszybciej postanowił de facto złe przepisy wprowadzić w Polsce. Ciekawe, czy gdyby Europa wprowadzała wszędzie umowy na czas nieokreślony, to czy premier Tusk tak szybko poszedłby za tym przykładem?
Czego Związek oczekuje od Komisji Europejskiej?
- Liczymy, że Komisja Europejska potraktuje poważnie naszą skargę, pochyli się nad przestrzeganiem przez polskie władze unijnej dyrektywy. Mamy nadzieję, że KE skarci rząd za łamanie prawa i wyegzekwuje w Polsce przestrzeganie przepisów obowiązujących w UE.
Rząd premiera Tuska to rząd antypracowniczy?
- Mówiłem o tym na Jasnej Górze i poprosiłem koleżanki i kolegów, żeby zabrali tę wiedzę do swoich rodzin, środowisk, zakładów pracy, żeby na każdym kroku mówili, że rząd premiera Tuska jest rządem antypracowniczym, bo takie są fakty. Jednocześnie żeby pamiętali, że my jako NSZZ "Solidarność" nie poddajemy się i będziemy walczyć, aby w Polsce warunki pracy, zwłaszcza młodych ludzi, którzy dopiero wkraczają w wiek zawodowy, były upodmiotowione, a nie traktowane w sposób przedmiotowy.
Sejm przyjął większość poprawek Senatu do noweli Prawa o zgromadzeniach ograniczającego wolność manifestowania. Czy te zmiany wystarczą?
- Nikt w ogóle nie powinien manipulować przy tej ustawie. Tymczasem prezydent Komorowski, chcąc zaistnieć, przeforsował swoją nowelizację Prawa o zgromadzeniach. Przypomnę, że podczas Euro 2012 "Solidarność" chciała zorganizować 8 czerwca demonstrację, ale prezydent Warszawy Hanna Gronkiewicz-Waltz nie wyraziła zgody, podtrzymał to wojewoda mazowiecki, a więc o czym tu w ogóle mówić. Jak związki zawodowe uwierają, to niech premier Tusk i prezydent Komorowski je zdelegalizują, wówczas będą mieli święty spokój. Nikt nie będzie im krzyczał za oknami, nie będzie demonstracji, ale nie będzie to już państwo demokratyczne. Na razie władza musi liczyć się ze społeczeństwem.
Dziękuję za rozmowę.