Zamiast skupienia trema, zamiast przemówienia odczyt. Bieńkowska komisarzuje
Środa, 8 października 2014 (21:24)Rzutem na taśmę Elżbieta Bieńkowska została komisarzem. Jej kandydatura na komisarza UE uzyskała pozytywną opinię od komisji europarlamentu.
– Ocena wypadła dobrze i jest akceptacja. Z tego wynika, że mamy komisarza – powiedział z dumą dziennikarzom Jerzy Buzek, szef komisji PE ds. przemysłu, badań i energii. Elżbieta Bieńkowska jako komisarz ma zajmować się w nowej Komisji Europejskiej pod przewodnictwem Jean-Claude’a Junckera sprawami rynku wewnętrznego, przemysłu, przedsiębiorczości oraz małych i średnich przedsiębiorstw.
Trzy godziny Bieńkowskiej mainstream w Polsce zgodnie określił mianem sukcesu. Ocena wystawiona w Polsce nosiła znamiona euforii. Jak było naprawdę?
Po wybitnie żałosnym wystąpieniu Elżbiety Bieńkowskiej w Brukseli na stronie komisji europejskiej znalazły się komentarze oraz noty przyznane wszystkim kandydatom na komisarzy. Wbrew temu, co słyszeliśmy i czytaliśmy w mediach głównego nurtu, komisarskie exposé okazało się najgorszym ze wszystkich możliwych wystąpień. Bieńkowska otrzymała najniższe noty, a komentarze były dla niej niemiłosierne.
Bieńkowska po angielsku przeczytała tylko wstęp i zakończenie, reszta już była po polsku, ale nawet ten wstęp i zakończenie, razem z pozostałymi tezami i buńczucznymi zapowiedziami, Bieńkowska czytała z kartki. Wprawdzie poszła śladem swego protektora Donalda Tuska, czyli utrzymała standard trzygodzinnej paplaniny, ale Tusk przynajmniej paplał z głowy.
Bieńkowska przeszła wyłącznie za sprawą protekcji Tuska i Junckera. To chyba pierwszy w Polsce przypadek „polityka”, który bez żadnego mandatu społecznego, czyli zwycięstwa w wyborach parlamentarnych, robi tak błyskawiczną karierę w polityce i pnie się w górę po urzędniczych schodkach.
Mainstreamowe media chętnie pokazywały masom angielskojęzyczne przebitki Bieńkowskiej. Okazuje się, że jej postawa była wspaniała, profesjonalna, jak nikt potrafiła uciszyć i upomnieć samego Jerzego Buzka, sala była pełna, wszyscy zasłuchani, potem usatysfakcjonowani, a Bieńkowska skupiona i mówiąca po angielsku. Potem oczywisty sukces.
Kiedy szybko wyszło na jaw, że to tylko tani spektakl z zastosowaniem prymitywnych sztuczek kuglarskich, wczorajszy piewca sukcesu Bieńkowskiej – „Gazeta Wyborcza” uznała, że nie da się dłużej utrzymać medialnego kłamstwa i zadała rozbrajające pytanie: „Jak w końcu było z tym wystąpieniem Bieńkowskiej?”. Tym samym asy żurnalistyki i filary rządowego trwania przyznały, że same nie wiedzą, co piszą, bo nie nadążają za tokiem kolejnych faktów. A co do antyfaktów, to TVN w ogóle tego nie sprostował. Nie poczuł się chyba na siłach udźwignąć prawdy… gołej prawdy, że już nie tylko król całej Europy jest nagi, ale także jego królowa.
Oprócz fatalnej formy wystawienia się na śmieszność (i Polski przy okazji, ale akurat ta ekipa nie liczy się z tym nieistotnym zagadnieniem), doszło do poważnego skandalu, ponieważ część parlamentarzystów zaczęła się domagać, aby Bieńkowskiej przy braku jej kompetencji odebrać strategiczne rozwiązania dotyczące przemysłu farmakologicznego. I co ciekawe, tylko dzięki solidarności polskich parlamentarzystów (także opozycji) nie doszło do katastrofy, czyli podtrzymania pierwszej oceny – negatywnej.
Tak się dzisiaj robi dziennikarstwo zależne, politycznie i finansowo, laurki i peany na cześć wodzów ludu charakteryzują się silnymi dawkami trucizny podawanej bez znieczulenia. Skąd my to znany? Wydawało się, że epokę „Trybuny Ludu”, „Prawdy”, „Dziennika” mamy za sobą, ale wiodące siły awangardy lewicowo-liberalnej dumnie powracają do swoich komunistycznych korzeni, skąd z satysfakcją czerpią inspirację od urbanowskich guru.
Co z tego, że brutalnie kłamią i zniekształcają fakty? Grunt, żeby narracja pomyślności, sukcesu PO trwała w najlepsze, „aby nam się, swoim lepiej żyło”, a każdy przypadek (a jest ich co nie miara), który falsyfikuje tę cyniczną i zanurzoną w kłamstwie opowieść został albo odpowiednio zmodyfikowany, albo przemilczany. Pierwszy impuls o sukcesie poszedł w świat, a wiadomo, że jest on najważniejszy w uprawianiu propagandy. Tak się hoduje dziennikarzy zależnych w Polsce.
Tu potrzeba rewolucji, aby coś się zmieniło, potrzeba dopływu nowych elit, ale wątpię, aby zostały one dopuszczone do głosu. Pozostaje niezależne dziennikarstwo uprawiane, w pewnym sensie, w podziemiu.
Dr Tomasz M. Korczyński