Juncker rośnie kosztem Tuska
Wtorek, 7 października 2014 (02:05)Jean-Claude Juncker tak ułożył kompetencje swoich współpracowników, że zapewnił sobie ostatni głos we wszystkich ważniejszych sprawach.
Kształt Komisji Europejskiej zaproponowany przez Junckera to skomplikowana układanka uwzględniająca zarówno aspiracje i interesy państw członkowskich, jak i plany samego przewodniczącego. Kompetencje poszczególnych komisarzy są dość skomplikowane i krzyżują się. Ich zadania będą koordynować wiceprzewodniczący, których jest siedmioro. Dotąd zastępcy przewodniczącego mieli po prostu jeden z unijnych resortów, teraz mają nadzorować zwykłych komisarzy i sami prowadzić priorytetowe projekty Unii.
Problem w tym, że teki wiceprzewodniczących także nie są całkiem niezależne, więc ostatni głos będzie zawsze należał do przewodniczącego. Tym samym jego rola wzrośnie. Już teraz widać to w wystąpieniach kandydatów na komisarzy. Obserwujący od lat unijną politykę eksperci od razu zauważyli specyfikę wystąpień pretendentów do KE w tej kadencji. Wszyscy nagminnie powołują się na przewodniczącego Junckera. Zachwalają jego pomysły, cytują przemówienia i dokumenty z jakimś wyjątkowym respektem, żeby nie powiedzieć – uniżeniem.
Wielu komentatorów uważa, że ambitny polityk chce rzucić wyzwanie pozostałym głównym instytucjom unijnym i podnieść znaczenie Komisji Europejskiej. Nie może tego zrobić kosztem Parlamentu Europejskiego, bo ten ma ściśle określone w traktatach europejskich kompetencje i jest w stanie zaznaczyć swoją rolę. Juncker zresztą najwyraźniej już dawno „dogadał się” z głównymi frakcjami i przewodniczącym Martinem Schulzem z Niemiec, gdyż został zatwierdzony łatwo i szybko. Były premier Luksemburga chciałby raczej odebrać część władzy Radzie Europejskiej, to jest szefom państw lub rządów zbierającym się co kilka miesięcy i podejmującym najważniejsze decyzje w Unii. Poza ściśle określonymi kompetencjami traktatowymi Rada ma za zadanie dawanie wytycznych, określanie strategii itd. A realne środki działania, w tym ogromny aparat urzędniczy, ma jedynie Komisja. Juncker może więc powalczyć o wpływy z najważniejszymi politykami – nowicjusz Donald Tusk nie ma ani doświadczenia, ani wpływów, by się temu przeciwstawić.
„Nadkomisarze” bez Bieńkowskiej
Sprzyja temu skład nowej KE. Jest tam aż 5 byłych premierów, a poza tym 4 byłych wicepremierów (w tym Elżbieta Bieńkowska), 19 byłych ministrów. Siedmioro kandydatów na komisarzy było już w Komisji, ośmioro przechodzi z europarlamentu. Tak więc to mocny politycznie skład ludzi o sporych ambicjach.
Trzeba przyznać, że wśród „nadkomisarzy”, jak zaczęto mówić o zastępcach Junckera, jest wielu przedstawicieli naszego regionu. „Nową” Unię reprezentują wiceprzewodniczący z Estonii (rynek cyfrowy), Łotwy (euro i dialog społeczny), Bułgarii (budżet i zasoby ludzkie) i Słowenii (unia energetyczna). Ze „starej” jest tylko Włoszka Federica Mogherini (sprawy zagraniczne) i Holender Frans Timmermans, który będzie pierwszym zastępcą Junckera z bardzo ogólnym i szerokim portfolio (lepsza regulacja, relacje międzyinstytucjonalne, praworządność i prawa podstawowe). Fin Jyrki Katainen (praca, rozwój, inwestycje i konkurencyjność) należy do Unii „staro-nowej”, bo jego kraj wszedł do Wspólnoty dopiero w 1995 roku.
Okazuje się, że szansę na znalezienie się w tym gronie znacznie bardziej wpływowych członków Komisji miała także Bieńkowska. Według wstępnego projektu podziału stanowisk, który rozważany był w sierpniu, miała być wiceprzewodniczącą ds. budżetu i kontroli finansowej. Jednak ostatecznie tekę tę dostała Bułgarka Kristalina Georgiewa. Zapewne „awans” Tuska zdecydował, że Polska straciła tę pozycję. Polski komisarz zajmował się sprawami budżetu w obecnej kadencji, więc zgodnie ze zwyczajami powinniśmy teraz dostać inną działkę, mogło to być inne stanowisko wiceprzewodniczącego. Tymczasem Bieńkowską w ciągu tygodnia Juncker wyraźnie zdegradował.
Wstępny podział zakładał też, że brytyjski komisarz zajmie się klimatem i energią, Francuz – konkurencją, Niemiec – handlem, a łotewski wiceprzewodniczący Valdis Dombrovskis – unią energetyczną. Ostatecznie reprezentanci trzech najbardziej wpływowych państw Unii Europejskiej dostali znacznie lepsze teki. Współpracując z Junckerem, bardzo sobie pomogli Rumuni. Ponieważ przewodniczącemu brakowało w komisji kobiet (PE zażądał co najmniej dziewięciu), zgodzili się zamienić obecnego komisarza Daciana Cioloșa na europosłankę Corinę Cretu i zamiast pomocy humanitarnej ich rodak będzie zajmować się polityką regionalną. A to oznacza dysponowanie ogromnymi środkami z funduszy unijnych.
Dając Wielkiej Brytanii nadzór nad rynkami finansowymi, Juncker chciał wyraźnie uczynić gest pojednawczy wobec premiera Davida Camerona, który był jednym z dwóch (obok premiera Węgier Viktora Orbána) członków Rady Europejskiej głosujących przeciw jego kandydaturze na szefa KE. Także Francja musi być zadowolona z powierzenia jej przedstawicielowi polityki finansowej, podatkowej i celnej Unii.
Ale jednocześnie Juncker sprytnie przydzielił komisarzom z tych dwóch krajów zadania, które będą od nich wymagały dyscyplinowania własnych krajów. Anglik i Francuz będą musieli ze sobą współpracować, co jest trudne, bo obaj nominaci mają odmienne wizje polityki gospodarczej. Wreszcie będą w komisji podlegać wiceprzewodniczącemu Dombrovskisowi, za którym nie stoi żadna wielka siła polityczna, a jego poglądy są bliskie wizji ekonomicznej Berlina; podobnie jak drugiego gospodarczego nadkomisarza Jyrkiego Katainena.
Niemiecki punkt widzenia
Taki układ jest odpowiedzią na pytanie o pozornie słabą pozycję Niemiec. Günther Oettinger z komisarza energii przejdzie do nadzoru rynków cyfrowych i spraw społecznych. W Niemczech uznano to za obrazę i lekceważenie najbogatszego kraju UE. Jednak z drugiej strony niemieckie elity są trochę rozczarowane swoim komisarzem. Okazał się per saldo bardziej europejski niż niemiecki. Nawet niedawno wzywał Niemców do porzucenia polityki samodzielnych układów z Rosją w sprawach energetycznych i zaangażowania się we wspólne, solidarne projekty europejskie. To zupełnie wbrew linii rządu federalnego, który dystansuje się od idei unii energetycznej. Tymczasem Oettinger przy pomocy bardzo przekonującej, fachowej argumentacji poddał obecną politykę rządu Merkel totalnej krytyce jako „niemądrą”.
Berlin woli więc załatwiać swoje interesy nie przez „nielojalnego” Oettingera, ale komisarzy z małych krajów, których można łatwo przekonać do niemieckiego punktu widzenia, choćby w ten sposób, że – jak się okazuje – większość dyrektorów gabinetów i wysokiej rangi doradców komisarzy będzie Niem- cami. Może dlatego właśnie Juncker tak wysoko postawił Fina, Estończyka, Łotysza i Słowenkę. W pewnym sensie dotyczy to też Holendra Timmermansa, który chociaż jest socjalistą, to zapowiada walkę z unijną biurokracją, a Juncker mówił, że będzie miał weto wobec wszelkich inicjatyw powodujących rozrost struktur i zbędne wydatki. Poza tym były szef holenderskiej dyplomacji zadeklarował już przywiązanie do idei ekonomicznej powściągliwości, oszczędności i budżetowej dyscypliny (ang. austerity policy) dokładnie jak tego oczekują Niemcy.
Unia czy królowa
Socjalista Pierre Moscovici to były minister finansów Francji. Jego kraj od kilku lat ma problem ze spełnianiem wymogów dyscypliny finansowej strefy euro. Z trudem udawało mu się co roku jakoś ustrzec od podjęcia przez KE procedur, jakie dotknęły np. Grecję. Te kłopoty to jedna z przyczyn, dla których Moscovici został odwołany. Teraz miałby się znaleźć po drugiej stronie barykady i jako komisarz żądać od swoich kolegów w Paryżu powstrzymania się od nadmiernych wydatków, a być może nawet nakładać na Francję kary.
Moscovici próbował przekonywać, że jest prawdziwym Europejczykiem. Przypomniał, że jest wprawdzie Francuzem, ale tak naprawdę rumuńskim Żydem, którego matka pochodzi z Polski. Mówił bardzo kwieciście o Europie, której interesom chciałby poświęcić „każdą komórką ciała”. – Jestem socjalistą, jestem Francuzem, nie kryję się z tym, ale będę komisarzem w pełni europejskim – zapewniał i obiecywał, że będzie postępować „sprawiedliwie, bez pobłażliwości i bez nadmiernej surowości, tak samo traktując kraje małe i duże”, a nawet „gotów jest wszcząć procedury związane z naruszeniem dyscypliny wobec Francji”.
Francuz chce „naprawić szkody, jakie wyrządził kryzys”, ale jego recepty są typowo francuskie i socjalistyczne. Chce dalszego rozszerzania strefy euro i wprowadzenia tzw. harmonizacji podatkowej, co oznacza, że kraje członkowskie nie będą mogły ze sobą konkurować wysokościami obciążeń fiskalnych. Opowiada się za ostrym zwalczaniem wszelkich form unikania podatków aż po praktyczną rezygnację z tajemnicy bankowej. W Unii Moscovici planuje wprowadzenie powszechnego podatku od transakcji i wyklucza tzw. konkurencyjną dewaluację, czyli zabieg skarbowy, który uchronił niedawno Polskę od wielu skutków kryzysu finansowego.
Podobny charakter miało przesłuchanie Brytyjczyka Jonathana Hilla, któremu także zarzucano (przede wszystkim z lewej strony), że nie będzie bezstronny wobec swojego kraju. Ale jego spotkanie z eurodeputowanymi było przykładem, jak w PE działają ugrupowania skrajne. Tym razem radykalna lewica rzuciła się na angielskiego arystokratę, typowego kapitalistę, reprezentanta świata rekinów finansowych londyńskiego City. Druga strona to jego rodacy z Partii Niepodległości Zjednoczonego Królestwa, którzy z kolei widzą w każdym Brytyjczyku zatrudnionym w Brukseli narodowego zdrajcę.
Wymiana poglądów była więc bardzo ostra. Przesłuchanie nazwano zaraz „grilowaniem” (ang. grill Hill). Zaczęło się nie od pieniędzy, ale od Biblii. – Jak mówi Pismo Święte, nikt nie może służyć dwóm panom. Kto jest twoim panem: królowa czy Unia? – pytał deputowany Steven Woolfe. Hill jako lord przysięgał na wierność Elżbiecie II uosabiającej państwo, a jako komisarz będzie musiał przysiąc także, że będzie się troszczyć o całą Europę. Czy da się pogodzić jedno i drugie? – pytali eurosceptycy. – Jestem szczęśliwym człowiekiem, mogąc spotkać się z królową Elżbietą. Nawet przez moment nie wierzę, by Jej Wysokość mogła dostrzegać jakiś konflikt między przysięgą wierności jej i przysięgą, którą złożę jako komisarz – odpowiedział Hill.
W kwestiach merytorycznych Hill tak jak Moscovici starał się trzymać środka. – Jestem tu, aby pracować jako komisarz europejski w ogólnym interesie, a nie by chronić City of London. Ale proszę tego nie wypaczać na użytek wewnętrznej polityki, jakobym w ogóle się o City nie troszczył – tłumaczył.
Piotr Falkowski, Bruksela