• Niedziela, 15 marca 2026

    imieniny: Klemensa, Ludwiki, Longina

Podatkowe pole minowe

Poniedziałek, 17 września 2012 (21:35)

Podatek dochodowy ma zostać wprowadzony w 2014 roku. Ale minister rolnictwa Stanisław Kalemba uważa, że rząd i parlament mogą nie zdążyć z przygotowaniem nowych regulacji. Rolnicy boją się, że rząd będzie chciał z nich wyciągnąć więcej pieniędzy, niż płacą dotychczas w ramach podatku rolnego, a gminy, że stracą na tym wiele milionów złotych.

 

W tej chwili rolnicy płacą podatek rolny uzależniony od wielkości gospodarstwa i ceny skupu żyta – za 1 ha przeliczeniowy gruntów rolnych płaci się rocznie równowartość 2,5 q żyta z pierwszych trzech kwartałów poprzedzających rok podatkowy (za inne grunty stawka jest dwa razy wyższa). W tym roku maksymalna stawka podatku rolnego to 185,45 zł (370,90 zł).

Rząd chce natomiast, aby producenci żywności byli objęci podatkami dochodowymi, tak jak inne działy gospodarki narodowej. Ale choć reforma podatkowa miałaby objąć rolników za 15 miesięcy, to czasu wbrew pozorom zostało niewiele. Akurat ustawę o podatku dochodowym dla rolników czeka długa droga legislacyjna, poprzedzona żmudnymi konsultacjami społecznymi. Tymczasem nie ma jeszcze nawet projektu założeń do ustawy, które ma przygotować Ministerstwo Finansów.

Stanisław Kalemba, minister rolnictwa, mówił w radiowej Trójce, że rząd przyjmie założenia za miesiąc-półtora miesiąca. Później ministrowie otrzymają projekt ustawy, który będą musieli także uzgodnić i przyjąć. Ale zanim to się stanie, trzeba przeprowadzić konsultacje społeczne z izbami rolniczymi i związkami zawodowymi rolników, co na pewno zajmie sporo czasu. Dopiero potem dokument można będzie przesłać do Sejmu i można się spodziewać, że posłowie, a później senatorowie, też będą potrzebować sporo czasu na uchwalenie nowych przepisów. Ustawa dotyka tak ważnej kwestii, że można się spodziewać długich i gorących debat nad jej wprowadzeniem.

Rolnicy z niepewnością czekają na projekt, jaki wyjdzie z gabinetu ministra finansów Jacka Rostowskiego. Dlaczego? Wiktor Szmulewicz, prezes Krajowej Rady Izb Rolniczych, nigdy nie ukrywał, że rolnicy sceptycznie podchodzą do tego pomysłu, bo boją się, że rząd może w ten sposób próbować wyciągnąć od użytkowników ziemi dodatkowe pieniądze na załatanie gigantycznej dziury w finansach publicznych.

– Jest nieufność wśród rolników wobec państwa – mówi Wiktor Szmulewicz.

Minister Stanisław Kalemba stara się uspokajać rolników, że nowy podatek ma być dla nich neutralny, to znaczy, że nie spowoduje wzrostu ich obciążeń fiskalnych.

- Podatek dochodowy zastąpi dotychczasowy podatek rolny – tłumaczy minister. I pokazuje, jak ten system powinien według niego funkcjonować. W małych gospodarstwach socjalnych, czyli takich do 6 ha, ma być wprowadzony nieduży ryczałt. Nieoficjalnie wiadomo, że wynosiłby on 130 zł od hektara przeliczeniowego. Czyli byłby niższy od obecnego podatku rolnego.

W większych gospodarstwach, osiągających wyższe dochody, rolnicy mogliby wybierać formę opodatkowania, np. byłby to podatek obliczany na podstawie ksiąg rachunkowych lub księgi przychodów i rozchodów. Kalemba chciałby także, aby rolnicy razem rozliczali dochody osiągane z pracy na roli lub z innych źródeł. Stawka podatku ma być taka jak w przypadku innych rodzajów działalności gospodarczej – czyli 19 proc.

Ale wątpliwości jest i tak wiele. Właściciele ziemi obawiają się przede wszystkim, że państwo opodatkuje unijne dopłaty. Byłaby to gratka dla ministra finansów, gdyby do budżetu wróciło kilkanaście procent z około 13-14 mld zł dopłat. Ale resort rolnictwa twierdzi, że takiego zagrożenia nie ma. - Płatności bezpośrednie nie będą podlegały opodatkowaniu – utrzymywał podczas posiedzenia sejmowej Komisji Rolnictwa i Rozwoju Wsi wiceminister Kazimierz Plocke. - Ta kwestia była wielokrotnie poruszana w czasie rozmów z resortem finansów – dodał. Czyli, minister Rostowski problem zna i to rozwiązanie akceptuje.

Tylko jeden podatek

Mino że minister Kalemba odrzuca taki scenariusz, to rolnicy boją się też, że zamiast jednego podatku będą mieli dwa. Bo podatek rolny można uważać w zasadzie za podatek od nieruchomości, choć jego stawka jest ustalana w inny sposób niż w przypadku np. mieszkań, działek budowlanych, gdzie płaci się określoną stawkę za metr kwadratowy. Natomiast rolnicy za swoje grunty płaci stawkę ryczałtową liczoną nie od metra, ale od hektara. Skoro tak, to rząd rzeczywiście może mieć pokusę, aby rolnicy płacili dwa podatki: gruntowy i dochodowy, a nie jeden –  gruntowy. Resort rolnictwa powołuje się na wcześniejsze ustalenia z Ministerstwem Finansów, które coś takiego wykluczają.

Ale jest jeszcze jeden problem, z którym musi sobie poradzić rząd: samorządy. Podatek rolny trafia teraz do kas gmin i tak samo ma być z podatkiem dochodowym płaconym przez rolników. Chodzi bowiem o to, aby reforma nie uszczupliła dochodów samorządów. Tylko że obecny podatek rolny jest co prawda nie za wysoki, ale łatwo obliczyć, jakie gmina będzie z niego miała dochody. Przy dochodowym, obawiają się samorządy, może się okazać, że część rolników wykaże wysokie koszty prowadzonej działalności i zapłaci niewielki podatek lub nawet nic nie odprowadzi do gminnego budżetu.

– Takiego rozwiązania nie można wykluczyć, przecież wiele firm wykazuje zerowe zyski lub nawet straty. Rolnicy będą przecież wpisywali do kosztów to wszystko, co kupią do gospodarstwa, a więc maszyny, nawozy, nasiona, paliwo, wskażą koszty obsługi kredytów i wiele innych składników. Może się wtedy okazać, że wielu rolników w sensie księgowym nie będzie miało dochodów, a więc i podstawy do naliczania podatku – tłumaczy Michał Kasprzykowski, ekspert podatkowy. I dodaje, że robił kilkunastu rolnikom symulacje przychodów, kosztów i dochodów osiąganych w gospodarstwie. W połowie przypadków ich rentowność była bliska zera, dotyczyło to zwłaszcza tych rolników, którzy sporo inwestowali w rozwój swoich gospodarstw.

Sytuacja rządu jest więc niekomfortowa, bo z jednej strony nie może narazić się rolnikom, a z drugiej samorządom, które i tak narzekają, że są ustawicznie oszukiwane przez premiera Donalda Tuska i ministrów. Władze bowiem nakładają na nich kolejne obowiązki, ale dają na nie za mało pieniędzy. Akurat teraz trwa kampania samorządów, które chcą przekonać społeczeństwo, że są oszukiwane przez władze centralne i dlatego nie mają pieniędzy na szkoły, budowy dróg i inne zadania.

Swoje roszczenia gminy, powiaty i województwa szacują już na 8 mld zł rocznie. I najważniejszy problem: jeśli wpływy z podatków dochodowych dla rolników okażą się niższe od dotychczasowego podatku rolnego, wiele gmin wiejskich czeka po prostu bankructwo. A czegoś takiego nie przetrwa żaden rząd i żadna koalicja.

Krzysztof Losz