Zawsze w elicie
Sobota, 4 października 2014 (11:54)Z Przemysławem Miarczyńskim, wicemistrzem świata w windsurfingowej klasie RS:X, rozmawia Piotr Skrobisz
Gratulować Panu srebrnego medalu mistrzostw świata czy jednak ma Pan jakiś mały niedosyt, bo złoto było blisko?
– Niedosyt jest zawsze, gdy człowiek zajmuje miejsce inne niż pierwsze, ale może pan spokojnie gratulować. To były bardzo udane dla mnie zawody. Od igrzysk w Londynie, na których zająłem trzecie miejsce, zrobiłem sobie może nie przerwę, ale miałem zdecydowanie mniej intensywne półtora roku. W lipcu wywalczyłem brązowy medal mistrzostw Europy, teraz srebrny mistrzostw świata, siódmy krążek w historii moich startów w tej imprezie. Jest się zatem z czego cieszyć, bo cały czas pozostaję w ścisłej czołówce najlepszych windsurferów.
Jak wspomina Pan zawody w Santander?
– Jako jedne z najtrudniejszych w całej mojej karierze. Nie mam tu na myśli oczywiście emocji, bo nie sposób ich porównać z tymi wywoływanymi przez igrzyska, ale pod względem sportowym stanowiły one ogromne wyzwanie. Mistrzostwa były długie, praktycznie bez jednego dnia przerwy. Podczas nich panowały generalnie zmienne warunki wietrzne, sporo wyścigów było przerywanych. W połowie zmagań mieliśmy po pięć zaliczonych, podczas gdy startowaliśmy w dziewięciu. Nie trzeba dodawać, że nawet w takich niedokończonych wyścigach człowiek daje z siebie sto procent i zostawia na wodzie mnóstwo zdrowia i serca.
Po mistrzostwach Europy trochę narzekał Pan na sprzęt, mówiąc, że deska nie płynie tak szybko, jak powinna. Problem został rozwiązany?
– Po mistrzostwach Europy zmieniłem deskę i maszt. Było trochę lepiej, choć nie rewelacyjnie. Na testach przeprowadzonych tuż przed rywalizacją w Santander wyszło, że wciąż trochę ustępuję najszybszym, jednak już podczas mistrzostw świata okazało się, iż prędkość nie była głównym czynnikiem decydującym o wyniku. Panujące tam warunki preferowały bowiem zawodników pływających równo, konsekwentnie i bez większych błędów taktycznych. Szybkość nie miała aż takiego znaczenia, choć oczywiście ktoś wolny nie miał szans walczyć o wysokie lokaty. Dla porównania: na mistrzostwach Europy pływaliśmy cały czas na ten samej trasie, wiało z jednego kierunku, więc jak ktoś miał przewagę prędkości, to szybko potrafił wypracować sobie sporą przewagę. Z kolei w Santander do końca nic nie było pewne, a raczej wszystko mogło się zdarzyć.
Dżentelmeni kobietom i sportowcom wieku nie wypominają, ale nie sposób nie zauważyć, że właśnie „stuknęła” Panu dwudziestka.
– No tak, dwudziestka mojej przygody ze sportem. Sporo tego czasu już za mną, jednak wierzę, że trochę jeszcze przede mną. Doświadczenie w windsurfingu też jest ważne, też pomaga przechylać szalę na swoją stronę. Aktualny mistrz świata, Francuz Julien Bontemps, jest w moim wieku, ścigałem się z nim już w juniorach pod koniec lat 90.
Na podsumowanie kariery przyjdzie oczywiście czas, ale przy tak okrągłej rocznicy można się o nią pokusić, choćby w wersji skróconej. Ma Pan chyba sporo powodów do dumy?
– Nic dodać, nic ująć. Wszystko zawdzięczam rodzicom, którzy zachęcili mnie do uprawiania wind- surfingu. Odbyło się to na zasadzie zabawy, tata mnie i mojemu bratu zaproponował, byśmy spróbowali popływać na desce, oczywiście bez żadnego przymusu. Dla siebie, dla frajdy. Szybko mi się to spodobało i szybko wsiąkłem. Windsurfing ma tę przewagę nad wieloma innymi sportami, że się nie nudzi. Jest różnorodny, można sobie wybrać między kilkoma klasami, czuję przesyt jednej, to przesiadam się na drugą. Śmieję się, że żonę, Kasię, też poznałem na wodzie, bo była i jest związana z windsurfingiem. Jestem dumny z tego, że przez tyle lat udało mi się utrzymać w elicie i nazbierać sporo różnych medali, najważniejszych imprez. Nie byłoby ich, gdyby nie wsparcie rodziny, nie byłoby, gdyby nie trener Paweł Kowalski. Pracujemy razem niemal przez całą moją karierę.
Jak za kilka lat dzieci podejdą do Pana i powiedzą: „Tata, chcemy pływać jak ty”, to co Pan im odpowie?
– Już mówią! Na razie są jeszcze za małe, ale na pewno nauczymy je pływać, a co potem z tym zrobią, to będzie zależało już od nich. Windsurfing jest pięknym sportem, oferującym wyjątkowy kontakt z naturą, poczucie wolności. Z drugiej strony nie jest to łatwy kawałek chleba, a mówię to z perspektywy kogoś, dla kogo stanowi to nie tylko pasję, ale i pracę. Trzeba się bardzo mocno napracować (choć zwykle w pięknych okolicach), a zarobki w porównaniu z innymi dyscyplinami są wręcz śmieszne. Ale kończąc odpowiedź na pytanie: jeśli moim dzieciom się spodoba, jeśli będą chciały robić to, co ja, to na pewno ich nie będę zniechęcał, raczej zachęcał.
W Santander Polska wywalczyła kwalifikację na igrzyska w Rio, ale tylko krajową. O imienną, jedyną, razem z kolegami z kadry powalczy Pan za rok. Tak sobie myślę, że to pod wieloma względami może być trudniejsze niż rywalizacja o olimpijski medal.
– Może nie trudniejsze, bo jednak igrzyska to igrzyska, panuje na nich stres i presja nieporównywalna z niczym innym, ale na pewno trudne i – co tu ukrywać – mało komfortowe. Mamy w kadrze trzech zawodników na absolutnie światowym poziomie, zdolnych zdobywać medale największych imprez. Piotrek Myszka nieraz był już na szczycie, Paweł Tarnowski w młodzieżowych kategoriach nie ma sobie równych. Niestety, na igrzyska pojedzie tylko jeden z nas, bo takie są zasady. Sprawiedliwe czy nie, musimy się z nimi pogodzić i to robimy. W przyszłym sezonie czekają nas wewnętrzne eliminacje, wkrótce poznamy ich zasady.
Zaprzyjaźnił się Pan już z olimpijskim akwenem?
– Można się z nim zaprzyjaźnić i wydaje mi się, że już to uczyniłem. Wcześniej chodziły słuchy, iż to miejsce, w którym prawie w ogóle nie wieje. Mówiono o podmuchach sięgających góra siedmiu węzłów, czyli dwójce w skali Beauforta. Tymczasem okazało się, że to prędkość średnia. Rano wiatru prawie nie ma, ale po południu jest go zdecydowanie więcej, nawet 15 węzłów. Bardzo pozytywnie mnie to zaskoczyło, bo akwen jest mniej więcej podobny do tras, na których rywalizowaliśmy w Santander. Do tego wiatr jest zmienny, woda miejscami płynie jak rzeka. Czyli jest ciężko, a patrząc na nas wszystkich, im bywało trudniej, tym lepsze osiągaliśmy wyniki. Bardzo chciałbym do Rio w 2016 wrócić i powalczyć skutecznie o miejsce nie dalsze niż trzecie.