• Piątek, 20 marca 2026

    imieniny: Eufemii, Klaudii, Kiry

Kucharczyk, czyli siła charakteru

Piątek, 3 października 2014 (15:23)

Jeszcze nie tak dawno wydawało się, że jego dni na Łazienkowskiej są policzone, a dziś staje się tak pewnym punktem zespołu, że coraz trudniej Legię bez niego sobie wyobrazić. Michał Kucharczyk wczoraj zapewnił swojej drużynie zwycięstwo nad Trabzonsporem w meczu Ligi Europejskiej i była to jego kolejna ważna bramka strzelona w tym sezonie.

Kto jest największą gwiazdą mistrzów Polski? Oczywiście Miroslav Radović. W ten sposób odpowiedziałoby pewnie z 90 procent sympatyków stołecznej ekipy. I nie ma co z nimi dyskutować, bo Serb jest kimś wyjątkowym. Jego przywiązanie do barw klubowych, mnóstwo kluczowych bramek, wiele wyśmienitych meczów uczyniły w niego jedną z ikon współczesnej Legii. Ale coraz mniej osób ma wątpliwości co do tego, kto spośród warszawiaków w ostatnim czasie uczynił największy postęp. To Kucharczyk, człowiek, który wcale nie tak dawno był pierwszym do odstrzału. Sam doskonale pamięta chwile, gdy grał rzadko, albo wcale, i słyszał niemal z każdej strony, że jeśli zechce, to może spakować walizki i odejść. Wtedy nie żałowałby go chyba nikt, a może nawet przeciwnie, klubowy księgowy jeszcze by się uśmiechnął z zadowolenia, licząc pieniądze pozyskane z tytułu sprzedaży niechcianego zawodnika. Wspominano o Lechu Poznań, Wiśle Kraków, wyjeździe za granicę. Ale Kucharczyk wolał na Łazienkowskiej zostać i poszukać swej szansy.

Do Legii trafił przed sezonem 2010/2011 ze Świtu Nowy Dwór Mazowiecki, a kontrakt ze stołecznym klubem podpisał już rok wcześniej. Pod koniec sierpnia 2010 roku zadebiutował w ligowym spotkaniu z GKS Bełchatów, a miesiąc później zdobył swego premierowego gola, w pucharowym starciu z Pogonią Szczecin. Wczorajszy mecz z Trabzonsporem był jego 150. występem w barwach stołecznej drużyny. Strzelił w nim jubileuszową, 30. bramkę – kolejną ważną w tym sezonie. Nie zawsze jednak było tak różowo. Gdy na Łazienkowskiej byli Danijel Ljuboja, Wladimir Dwaliszwili i Henrik Ojamaa, Kucharczyk głównie przesiadywał na ławce. Rzadko dostawał szansę i w pewnym momencie mógł czuć się jak piąte koło u wozu. Odżył dopiero wtedy, gdy stery objął Henning Berg. Norweg dostrzegł w podopiecznym potencjał i postanowił nad nim z nim mocno popracować. I nagle Kucharczyk zaczął błyszczeć. Co ciekawe, sam nie potrafi odpowiedzieć na pytanie, jak to się stało, że z zawodnika drugo-, a może nawet trzecioplanowego stał się jednym z najważniejszych ogniw w drużynie Berga. Właściwie to na język nasuwa mu się tylko jedno słowo. Brzmi „praca”. Nie ulega wątpliwości, że spośród wszystkich piłkarzy Legii w ostatnim czasie to właśnie Kucharczyk zrobił największy postęp.

Nie jest najlepiej wyszkolony technicznie i pewnie nigdy nie będzie. Piłki nie skleja jak Brazylijczyk, nie czaruje „kiwkami”, nie strzela najpiękniejszych goli. Ale ważne, że strzela, i to sporo. A jak nie, to asystuje kolegom. Poza tym imponuje szybkością i błyskotliwością, nie boi się harówki na całej długości i szerokości boiska. Wczoraj w Trabzonie aż miło było patrzeć, jak pomaga kolegom w defensywie, jak cofa się pod własne pole karne, często przerywając groźne akcje gospodarzy. Dziś już nikt nie mówi o tym, że jeśli chce, to może z Warszawy wyjechać w każdym momencie.

Selekcjoner Adam Nawałka powołał go do reprezentacji Polski na mecze eliminacji Euro 2016 z Niemcami i Szkocją, i wcale nie w roli statysty.

Piotr Skrobisz