Abyście byli mocni w wierze
Sobota, 15 września 2012 (19:41)Kazanie ks. bp. Józefa Zawitkowskiego wygłoszone podczas XIII Pielgrzymki Katechetów i Nauczycieli Diecezji Łowickiej 15 września 2012 r. z Makowa do Lipiec Reymontowskich
Ekscelencjo,
Najdostojniejszy Biskupie Łowicki
Dostojni Bracia Kapłani
Czcigodni Katecheci i Nauczyciele
i Wszyscy Pielgrzymi
Domownicy Lipiec
Będzie Rok Wiary.
Życzeniem Księdza Biskupa jest,
aby XIII pielgrzymka Katechetów i Nauczycieli
do Lipiec Reymontowskich
była pod hasłem:
Abyście byli mocni w wierze! (por. 1 Kor 16, 13)
Stawiam sobie często pytania:
Jak to się wszystko zaczęło
jak to jest z tą moją wiarą?
Dziękuję Księdzu Biskupowi,
dziękuję organizatorom
za te wrześniowe pielgrzymki,
bo idę od Makowa przez święte
wioski, przez pola i lasy reymontowe,
aż do Borynów, do Justynki, Kuby i Witka,
do Księdza Franciszka.
Oj, Franciszku Dobrodzieju,
To już nie te Lipce.
Już po żniwach,
bo nie ma już reymontowskich żniw,
ani kopek zboża na polu nie widać,
ani kuropatew, ni przepiórek nie słychać,
ale człowiek taki sam.
Gdy idę przez pola
z pielgrzymką katechetów,
coś mi tam w duszy gra.
Pytasz, skąd mi ta wiara,
kto ją zrozumie, odczyta?
Najlepiej latem iść pośród żyta.
Wtedy od traw i ponad kłosy
ziemia uderza wniebogłosy.
O, graj mi ziemio organistko!
Zasłuchaj się…
I to wszystko.
To nie takie proste, proszę księdza.
Było kiedyś proste,
bez pytań, bez problemów.
Jak służyłem do Mszy Świętej,
jak sypałam kwiatki w procesji.
Dziś patrzę na moje dzieci pierwszokomunijne
i zazdroszczę im Mickiewiczową zazdrością.
Dziś Cię za stołem swym Chrystus ugościł
Dziś Anioł Tobie nie jeden zazdrościł
święta i skromna…
Ty spuszczasz oczy, które Bóstwem gorą
Jak Ty mnie swoją przerażasz pokorą
Ja bym dni wszystkich rozkosz za nic ważył
Gdybym dzień jeden tak jak Ty przemarzył.
Zazdroszczę dzieciom z Mickiewiczem,
ale to już mój utracony raj.
Chciałbym uwierzyć jak dziecko,
kochać jak dziecko,
ale to też niemożliwe.
Jestem zbyt skomplikowany,
choć żal mi, żem odszedł
od pierwszej gorliwości.
Pielgrzymuję do Lipiec.
Jest tu kolejowy domek Reymonta
i aż dziwne, że tu powstała epopeja chłopska – Chłopi,
że zauważył ją świat
i nagrodził Literacką nagrodą Nobla.
Dziś by nie nagrodził.
Za pobożna,
bo zaczyna się od chrześcijańskiego pozdrowienia:
- Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!
- Na wieki wieków, moja Agato,
a dokąd to wędrujecie, co?
- We świat, do ludzi, dobrodzieju kochany,
w tyli świat.
A na zimę we świat po proszonym?
Niewiele mi potrzeba,
to se u dobrych ludzi uproszę
i do zwiesny z Panajezusową łaską
przechyrlam,
a jeszcze się cos niecoś grosza uścibi…
Lubię Reymonta nie tylko dlatego,
że był synem organisty,
ale i dlatego, że był
bystrym obserwatorem życia,
a umiejętność barwnego opowiadania
odziedziczył pewnie po mamie.
Językiem Reymonta przywołam
trzy momenty:
1) Kuba uczy Witka - Wierzę w Boga
2) Kuba na Mszy świętej daje ofiarę
3) Kuba idzie do nieba
Poproszę Reymonta z Lipiec,
aby pokazał nam kogoś takiego,
co wierzy jak dziecko.
Niech pokaże nam parobka Kubę.
Pokażę parobka Kubę.
Parobek to taki wyższy stopień służącego.
Mógł spać w stajni z końmi, bo tam cieplej.
Reymont rozumiał, co to znaczy:
Jeśli ktoś z was chce być pierwszym,
niech będzie jako niewolnik,
a kto chce być przełożonym,
niech będzie jako służący (Mk 9, 35).
Posłuchajmy katechezy Kuba.
Była niedziela.
Na ściernisku tuż za stodołami
pasł się dzisiaj cały inwentarz Borynowy.
Kuba dawał baczenie na inwentarz
i uczył Witka pacierza.
Często pokrzykiwał na niego
albo i zasie szturchał go biczyskiem,
bo chłopak się mylił
i latał oczami po sadach.
- Bacz coć rzekłem, bo to pacierz,
upominał poważnie.
- Dyć baczę, Kuba; baczę.
- To czego ślepiasz po sadach?
- Bo widzi mi się, że są jeszcze
jabłka u Kłębów…
- Zjadłbyś!
A sadziłeś je?
Powtórz Wierzę.
- Wyście też nie wysiedzieli kuropatwów,
a wzieniście całe stado.
- Głupiś!
Jabłka są Kłębowe,
a ptaszki Panajezusowe, rozumiesz?
- Aleście je wzieni z dziedzicowego pola.
- I pole jest Panajezusowe.
Hale z ciebie mądrala, powtórz jeszcze Wierzę
Powtarzał prędko, bo widzi mi się,
że źróbka w szkodę poszła.
Patrzcie, jakie to wszystko łatwe,
i moralność jaka prosta.
Ale zobaczmy, co z Kubą dalej.
Złapane kuropatwy Kuba zaniósł
do księdza proboszcza, żeby dostać na ofiarę,
a według Reymonta było tak:
A dzwony wciąż biły
radosnym głosem niedzieli.
Ksiądz chodził po ogrodzie
z brewiarzem w ręku.
Kuba zastąpił mu drogę
i pokornie podjął za kolana.
- Cóż to powiecie? Aha, Kuba Borynowy.
- Juści, dyć parę kuropatwów
dobrodziejowi przyniosłem.
- Bóg ci zapłać, choć ze mną.
Kuba ostał przy progu,
bo nijak nie śmiał
wejść na pokoje.
Oglądał tyle co przez drzwi
obrazy wiszące po ścianach
i przeżegnał się pobożnie
i westchnął, aże łzy miał w oczach
i koniecznie mu się chciało zmówić pacierz,
jeno bojał się klęknąć
na błyszczącej posadzce,
żeby jej nie powalać.
Ksiądz wyszedł z pokojów
i dał mu złotówkę i rzekł:
- Bóg ci zapłać, Kuba,
dobry z ciebie człowiek.
Jezu mój kochany!
Całą złotówkę dał
i na pokoje go wołał
i tyla dobroci powiedział.
Ino jeden Ksiądz uszanuje człowieka,
ino on jeden!
Niech ci Bóg da zdrowie
i ta Panienka Częstochowska.
Dobry z Was pan, dobry!
Nikt człowieka nie pożałował,
chyba te koniska i pieski,
a przecież był rodowy
gospodarski syn,
nie znajda żaden,
nie obieżyświat,
a chrześcijanin
i prawy katolik.
Wolno, godnie ruszył Kuba do kościoła,
jak gospodarz jaki.
Nie, nie ostał dzisiaj w kruchcie,
jeno się mocno wziął przepychać
i parł prosto aż przed ołtarz,
gdzie stojał Boryna i wójt sam,
kaj stały te, co nosiły baldach,
albo i te co świece kiej kłonice
trzymali w czas Podniesienia.
Ukląkł przy samej kracie
i śpiewał z innymi zapatrzony w ołtarz,
gdzie u góry był Bóg Ojciec.
Siwy i straszliwy, podobny do dziedzica
z Drzazgowej Woli,
a pośrodku sama Częstochowska
patrzyła na niego,
a wszędzie lśniła się pozłota,
jarzyły się świece
i stały bukiety
papierowych, czerwonych kwiatów.
Poczuł się jako w niebie
w tych ślicznościach,
wpatrzony w czarniawą, słodką,
matczyną twarz Częstochowskiej,
ino mówił pacierz za pacierzem
spieczonymi wargami,
a śpiewał tak żarliwie,
tak ze wszystkich sił wierzącej duszy.
- Beczycie, Kuba, kiej żydowska koza
- szepnął mu ktoś z boku.
- To la Pana Jezusa i tej Najświętszej Panienki.
Ksiądz mówił kazanie długo
i tak mocno,
że niejednemu łzy pociekły.
A Kuba patrzył w dobrodzieja
jak w obraz święty.
Gdy zaczął narodowi grzechy
wszelkie, a skąpstwo, a pijaństwo,
a rozpustę, a bezbożność wyliczać,
Kuba nie wytrzymał
i ryknął głośnym płaczem, a za nim naród cały:
kobiety, gospodarze nawet.
Płacz się uczynił w kościele,
chlipanie, wycieranie nosów,
a gdy ksiądz z pokutną modlitwą
zwrócił się do ołtarza,
jęk przeleciał przez kościół,
i naród jak las przecięty wichurą
runął twarzami na podłogę.
A potem cichość zapadła.
Jezus, Jezus mój kochany!
A złotówkę Kuba mocno dzierżył
w garści, bo gdy Jamroży
zaczął chodzić z tacką,
Kuba wstał, rzucił mocno pieniądz
i długo, jak to czynili gospodarze,
wybierał sobie reszty - dwadzieścia i sześć groszy.
Bóg zapłać - usłyszał z lubością.
I kiedy roznosili świece,
Kuba wyciągnął rękę
i chciało mu się wziąć całą,
wziął jednako ogarek,
bo spotkał się z surowym wzrokiem
Dominikowej, co stała podle niego
z Jagną.
Procesja obchodziła Kościół,
Kuba osłaniał świecę
i trzymał się uparcie
tuż przy księdzu,
nad którym Boryna,
kowal, wójt i Tomek Kłąb
nieśli czerwony baldachim,
a spod niego promieniała
monstrancja złota
i tak była cała w ogniach słońca,
że przez środek szklany
widać było bladą przeźroczystą
Hostię świętą.
Kuba był kuternogą.
Cierpiał bardzo.
Nieopatrznie Jamroży powiedział
przy Kubie: "w szpitalu to by
kulasa ucieli i by nie bolało".
Kuba zrobił to sam,
i to w przeddzień wesela Borynów.
Święty Paweł, choć był zachwycony
aż do trzeciego nieba,
nie odważył się opisać nieba.
Reymont dla Kuby to zrobił.
Dom huczał weselem.
Józia, co tylko mogła nazbierała
na miseczkę, wódki w półkwarcie
nalała sporo i zaniosła Kubie.
- Kuba, przyjedźcie ździebełko,
użyjcie i wy wesela.
- Bóg ci zapłać!
Posiedź ździebełko,
tak mi się samemu ckni.
- Mój Boże, tyla tego,
że nigdy w życiu nie miałam,
a nie mogę.
Potem zjem, odpocznę nieco
i bal se sprawię.
Dostaniesz, piesku, dostaniesz,
nie skomlij tylko.
Ceśka, Cesiu, Ceś!
Ale już dusza wychodziła z niego
i niesła się w zaświaty,
jako ten ptaszek Jezusowy.
Chciała jeszcze utulić swój płacz sierocy,
do bratów wołała załośnie
i u serc prosiła pomocy,
aż mocą Jezusową pokrzepiona
i miłosierdziem, niosła się
na jakieś pola wiośniane,
na te Boże ugory ogromne
wieczną światłością oprzędzone
i wyżej leciała, dalej, aż tam…
Aż tam, gdzie już nie słychać
człowieczego płakania,
ni żałosnego skrzybotu duszy wszelkiej.
Tam, gdzie ino pachnące lilie wiosną,
gdzie kwietne pola
miodną słodkością pachną,
gdzie ciekną rzeki gwiezdne
po dnach barwionych rzęsiście,
gdzie wieczny dzień.
Tam, gdzie ino ciche modlenie płynie
i dymy pachnące wleką się cięgiem
jako te mgły, dzwonki brzęczą,
i organy cicho grają,
i święta Ofiara odprawuje się ciągle,
i naród jest bezgrzeszny,
i aniołowie, i święci
podśpiewują spólnie chwałę Pańską
w ten Kościół święty, nieśmiertelny,
Boży! Gdzie ino duszy człowiekowej
modlić się, a wzdychać
i płakać z radości,
i weselić się z Panem w wieki wieków.
Gdy dom tańcował wciąż
i weselił się całym sercem,
a drużbowie przy ganku śpiewali:
"Dobranoc państwu młodym",
Kuba w ten sam czas
składał duszę swoją
pod święte Panajezusowe nóżki.
A to są ci ubodzy w duchu,
którzy Boga oglądać będą.
Moja dzisiejsza pielgrzymka
to kawałek mojej wędrówki
do nieba.
Jak to jest z tą moją wiarą
w jeden kościół pielgrzymkowy?
Jeśli nie staniecie się jak Kuba,
nie wejdziecie do Królestwa.
Przyszedłem do Lipiec w pielgrzymce,
aby prosić Cię, Panie:
Przymnóż mi wiary!
Ksiądz kanonik Franciszek,
cierpiący,
przyjął nas jak Kuba życzliwie.
Kobiety Borynowe, Justynka, Józia i Kłębowo
przyjęły nas po chrześcijańsku.
Jestem nauczycielem, katechetą,
ale czy ja dojdę do Królestwa
tak jak Kuba?
Boję się.
Panie naucz mnie modlić się,
bo z czym ja wejdę
do Twego Królestwa?
A jednak wejdę, bo tam na mnie czeka
moja Zagrzewna i Siewna,
Domanieska i Mąkolska,
moja Kwietna i Jagodna,
Reymontowa i Mąkolska,
moja Księżna Łowicka!
Amen.