Płonąca Warszawa
Sobota, 13 września 2014 (17:17)Tak monumentalny i ważny temat, jak Powstanie Warszawskie, wymaga wielkiego dzieła, epopei filmowej z uwzględnieniem całego kontekstu polityczno-historycznego, w który Powstanie jest przecież wpisane. W tym roku mija 70 lat od tego wielkiego niepodległościowego zrywu, a dotąd nie powstało godne, monumentalne dzieło filmowe na miarę tego wydarzenia.
Wspaniały wyjątek stanowi mający premierę na wiosnę film „Powstanie Warszawskie”, ukazujący to heroiczne wydarzenie, jakim była walka polskich powstańców z Niemcami. To niezwykle wartościowy, piękny i bardzo ważny film dokumentalny, nasycony prawdą postaci, prawdą zdarzeń i prawdą uczuć.
Osiem lat pracy
Jednym ze współtwórców (w sensie pomysłu na fabułę) tego filmu jest Jan Komasa. Toteż z wielką nadzieją oczekiwałam na własny, autorski film tego młodego reżysera poświęcony Powstaniu Warszawskiemu – „Miasto 44”. Były po temu przesłanki. Bo już sam fakt, że Jan Komasa miał swój udział w przywołanym tu obrazie „Powstanie Warszawskie”, gdzie wszystko oparte jest na prawdzie, no i że osiem lat pracował nad swoim filmem „Miasto44” oraz że – jak wypowiadał się na konferencji prasowej – przeczytał na temat Powstania ogromne ilości książek, obejrzał filmy, a z Muzeum Powstania Warszawskiego prawie nie wychodził, miał tam nawet swój pokój i nieograniczony dostęp do wszystkich dokumentów, wszystko to zdawało się zapowiadać wielkie, wspaniałe, heroiczne dzieło.
Tak nie jest, choć film „Miasto 44” jest zrealizowany z wielkim rozmachem inscenizacyjnym i ma charakter atrakcyjnie widowiskowy, głównie dzięki użyciu efektów specjalnych sprawiających na publiczności niemałe wrażenie. Zresztą reżyser – jak sam wyznaje – nie zamierzał stronić od charakteru komercyjnego swego przedsięwzięcia. Ale kiedy już widz otrząśnie się z pierwszego wrażenia, po tzw. wyciśnięciu zewnętrznej atrakcyjności, to okazuje się, że zabrakło filmowi głębszej analizy tego wielkiego wydarzenia. Temat Powstania został potraktowany tu dość wyimkowo, bez osadzenia w szerszym kontekście historycznym i polityczno-sytuacyjnym. Wprawdzie reżyser „Miasta 44” zastrzega, że nie jest to film historyczny ani dokument o przebiegu Powstania, lecz obraz opowiadający historię ludzi, a nie oddziałów czy barykad. Jan Komasa twierdzi, że „Miasto 44” nie ma być argumentem w powstańczej dyskusji: za Powstaniem czy przeciw. Reżyser – jak mówi – nie zajmuje tu stanowiska, to zostawia historykom. Nie szuka też – czytamy w materiale prasowym – spiżowych bohaterów. Według niego, „Miasto 44” nie jest filmem o polityce, lecz filmem o młodości, miłości i walce.
Niezupełnie można się z tym zgodzić, że autor filmu, Jan Komasa, pozostaje bezstronny w ocenie Powstania. Jest to jednak film w pewnym sensie rewizjonistyczny. Nie pokazuje heroicznej postawy walczących żołnierzy. A przecież taka była. Bohaterowie filmu pokazani są tu jako grupa ludzi właściwie bezideowych. Główny bohater, Stefan (Józef Pawłowski), idzie do Powstania z namowy koleżanki, bo nie wypada odmówić (opiekuje się matką i małym bratem). Z dialogów, które nie są najmocniejszą stroną filmu, nie poznajemy kontekstu wybuchu Powstania, motywacji decyzji podjętych przez dowódców, oficerów Armii Krajowej w tej sprawie, głównego celu przedsięwzięcia itd. Przedstawienie dramatu, wielkiego cierpienia ludności, śmierci powstańców i cywilnych mieszkańców Warszawy oraz zagłady miasta (oczywiście, wszystko to jest prawdą historyczną), ale bez ukazania idei Powstania i przesłanek, jakie stały za wydaniem takiej decyzji, powoduje, że z filmu wynika jednoznaczna refleksja: Powstanie było niepotrzebne. Tak więc, mimo zapewnień, reżyser nie jest bezstronny w tzw. powstańczej dyskusji na temat Powstania Warszawskiego.
Spłaszczony obraz
Tak zwane odbrązawianie polskiej historii narodowej przejawia się tu także w sposobie prezentowania postaci bohaterów. Jest scena, gdzie kapitan AK próbuje brutalnie zgwałcić dziewczynę, sanitariuszkę, łączniczkę „Biedronkę” (Zofia Wichłacz). Film nie stroni też od ostrego erotyzmu, jest scena, gdzie za oknem trwa ostrzał artyleryjski, za chwilę wjadą czołgi, a dwojgu bohaterom, Kamie (Anna Próchniak) i Stefanowi (Józef Pawłowski), zebrało się na amory. Przy czym dość agresywną inicjatorką jest tutaj dziewczyna, co w ogóle nie mieści się ani w morale, ani w obyczajowości tamtej epoki i tamtej młodzieży wychowywanej w duchu zupełnie innych wartości. Ponadto film został całkowicie pozbawiony warstwy religijnej. Ci młodzi w większości pochodzili przecież z domów o tradycji katolickiej. A w Powstaniu, jak wiadomo, wielką rolę odegrali księża i siostry zakonne, niosąc pomoc powstańcom i osobom cywilnym. O tym, że Warszawa gorliwie modliła się przy kapliczkach podwórkowych, w piwnicach, w różnych innych miejscach, można przeczytać w ówczesnej prasie podziemnej i zobaczyć to na ocalałych zdjęciach.
Ale są też w tym filmie głęboko wzruszające i przejmujące sceny, jak ta, kiedy na oczach Stefana Niemcy mordują jego matkę (dobra rola Moniki Kwiatkowskiej) i małego braciszka. Czy inna scena, gdy „Biedronka” ratuje niemowlę, albo kiedy Stefan przedziera się do szpitala i widzi ogromną górę ludzkich ciał. Jest też ważna scena uwolnienia z obozu na Gęsiówce dużej grupy Żydów przeznaczonych do wymordowania. Powstańcy dokonali tego bohaterskiego czynu z narażeniem życia.
Mam też dość mieszane uczucia dotyczące warstwy stricte artystycznej. Nie przekonuje mnie sposób narracji i całościowe prowadzenie postaci przez młodzież aktorską, zwłaszcza przez troje głównych bohaterów: Józefa Pawłowskiego w roli Stefana, Zofię Wichłacz jako „Biedronkę” i Annę Próchniak w roli Kamy. Choć każde z nich indywidualnie ma kilka interesujących scen. Irytuje zaś Beksa, czyli Antoni Królikowski, prezentujący styl bycia na tzw. superluzie. Dobra, przekonująca rola Tomasza Schuchardta jako przełożonego młodzieży powstańczej. Natomiast jeśli chodzi o ścieżkę dźwiękową, przypomina ona zlepek różności – obok ciekawej muzyki pojawiają się utwory niczym nieumotywowane, wzięte z całkowicie innej przestrzeni, jak na przykład kiczowata piosenka „Nie płacz, kiedy odjadę”, którą dawno temu śpiewał Domenico Modugno. A z drugiej strony nie do zapomnienia są niektóre obrazy, jak choćby finał przedstawiający płonącą Warszawę, która przeobraża się w dzisiejszy widok stolicy. Ta płonąca Warszawa przywodzi na myśl podpalony przez Nerona, palący się Rzym. Przejmujący widok.
Tego filmu nie można jednoznacznie ocenić na „tak” lub na „nie”. Widać ogromną pracę włożoną w ten obraz, co skutkuje pozytywnie, ponieważ sporo jest tu materiału wartościowego, ważnego, ale zaraz obok pojawiają się rzeczy nie do obrony.
„Miasto 44”, scen. i reż. Jan Komasa, zdj. Marian Prokop, produkcja Akson Studio.
Temida Stankiewicz-Podhorecka