Powierz Panu swoją drogę
Sobota, 6 września 2014 (15:06)Pod patronatem „Naszego Dziennika”
Relacja Jolanty i Piotra Mitków z 33. dnia pielgrzymki rowerowej grupy NINIWA Team w Nieznane:
„To był dobry dzień!” – tymi słowy powitał nas ojciec Tomek i powtórzył je w dalszej części konwersacji jeszcze kilka razy.
Po ciepłej nocy spędzonej nad morzem ekipa obudziła się niestandardowo o 6.00, by godzinę później wyruszyć na trasę. Pierwszy dystans (czytaj: pierwsze 50 km) nie był łaskawy dla Maxa, który zaliczył małą, niegroźną wywrotkę (równie niegroźną, choć podobno bardzo efektowną, zaliczyła Ola podczas ostatniego dystansu). Pierwsza przerwa odbyła się pod Lidlem (jeden postój pod marketem wpisany jest w grafik każdego dnia).
Druga przerwa, choć początkowo miała trwać 20 minut, przeciągnęła się dwukrotnie, dzięki szczodremu sercu ojca Władka z Brukseli. To on przekazał gotówkę „na drogę”, za którą ojciec Tomasz kupił każdemu kawę i lody w McDonaldzie. I choć można by rzec, że nic więcej do szczęścia nie potrzeba i uczta to była wielka – najlepsze miało dopiero nadejść!
10 km przed granicą z Niemcami, na 150. kilometrze, ojciec zadecydował o kolejnej przerwie. Tym razem na obiad i Mszę Świętą. Zatrzymali się na parkingu obok kompleksu: restauracja, hotel i sala konferencyjna w jednym. Doświadczywszy wcześniej pewnej niechęci ze strony właścicieli czy pracowników lokali gastronomicznych (wszak nie byli grupą dającą zarobić), po cichutku rozpoczęli przygotowania do obiadu. Ani się obejrzeli, kiedy niepozorna pani strzygąca żywopłot (jak się okazało – właścicielka restauracji), dowiedziawszy się, że to grupa z Polski, zawołała kucharza mówiącego po naszemu i poleciła, by każdemu przyniósł lody. A po chwili wskazała toalety i kran, z którego można było nabrać wody. Szczytem wszystkiego było przysłanie kelnera z pytaniem, czy potrzeba im hasła do WiFi i prądu, który został szybko podciągnięty! Jak to powiedział nasz rozmówca: „Cieszyli się, że jesteśmy!”. Po takim przyjęciu, kiedy poziom wiary w ludzkie dobro i bezinteresowność diametralnie wzrasta, po obiedzie i Mszy Świętej przemierzyli ostatnie kilometry „rewelacyjnymi – dwupasmowymi, bezpiecznymi i wszędzie będącymi holenderskimi ścieżkami rowerowymi”.
Na ostatnim dystansie przejechali przez „najwęższy most w Europie”, o czym informowała tabliczka przed wjazdem. Skojarzył się on z ową ciasną bramą: „Wchodźcie przez ciasną bramę, bo szeroka jest brama i przestronna droga, która prowadzi do zguby, i liczni są ci, którzy tędy wchodzą. Jakże ciasna jest brama i wąska droga, która prowadzi do życia, i jakże nieliczni ci, którzy ją znajdują!” (Mt 7,13–14). Ojciec Tomasz dodał tu jeszcze myśl o tym, że niegdyś taką ciasną bramą przechodził Jezus, niosąc coś nowego – miłość i przebaczenie [w zamian za starotestamentalne „Oko za oko, ząb za ząb” – przyp. red.].
I tak dotarli do małej miejscowości Stickhausen w Niemczech – dokładnie tam, gdzie wskazywała strzałka po wczorajszym głosowaniu. Przejechali dziś 203 km, co daje równe 400 w dwa dni! W owym Stickhausen swoje podwórko, garaż, jabłka w sadzie, krany z wodą (także ciepłą!), lampy i prąd oddali im w używanie, po ledwie 3 minutach rozmowy łamanym niemieckim, około 70-letni małżonkowie.
Życzliwość ludzka potrafi zaskoczyć!
Ponieważ dzisiejsza rozmowa była już naszą ostatnią podczas Wyprawy w Nieznane, pozwolimy sobie napisać jeszcze coś o o. Tomku (choć mogliśmy to zrobić wcześniej, bo on tego i tak na razie nie czyta). Otóż faktem jest, że (z tego, co nam wiadomo) NINIWA Team jest największą w Polsce grupą rowerzystów, którzy robią tak dużo kilometrów, jadąc razem tyle czasu, i przy tym z sakwami. Ale do tej pory jechali w konkretne i – umówmy się – FAJNE miejsca. Ta wyprawa to był największy z dotychczasowych sprawdzian dla ojca Tomka. Mówił nam parę tygodni temu, że zdał sobie sprawę z tego, jak ważny będzie jego autorytet lub jego brak. Żeby grupa jechała za nim bez względu na to, czy to będzie miało tak po ludzku sens. Jak na razie możemy już chyba stwierdzić, że ojciec dał radę. A pod jego przewodnictwem obcy sobie ludzie stali się jak rodzina, co wydaje nam się nawet większym sukcesem niż przejechane kilometry!
Chyba każdy podróżnik marzy o tym, by zrobić coś, czego nikt przed nim nie dokonał. Przebyć trasę, jaką nie podróżował jeszcze żaden człowiek. Ale czy to jeszcze możliwe w dzisiejszych czasach? Cóż… kiedy patrzymy na mapkę z zaznaczoną trasą, jaką pokonała ekipa niniwitów, nie mamy wątpliwości: taką trasą NIKT wcześniej nie jechał! I zapewne nikt jej nie powtórzy…
Karkołomne byłoby jej opisanie jednym zdaniem, więc nadmieńmy tylko, że trasa biegła i przy Morzu Śródziemnym, i przy Morzu Północnym, przecięła Alpy, Taizé, Paryż i… Kokotek. Nikt przy zdrowych zmysłach by tego nie wymyślił.
Jednak, jak na razie, grupa wciąż jest w drodze i w takie podsumowania, jak my tutaj, raczej się nie bawi. Dla nich nadal niewiadomą jest to, w którą stronę jutro pojadą. Z tego, co obserwuje ojciec Tomek, dziewczyny zwykle cieszą się chwilą, a nazwa kraju, w którym się znajdują, nie ma dla nich aż takiego znaczenia, jak dla chłopaków. Czemu tak jest? Może dlatego, że po powrocie koledzy spytają: „Dokąd dojechałeś?”, a koleżanki: „Opowiadaj, jak było!”. Jest różnica.
Inspirująca dla nas była informacja o sposobie przeżywania przez hardkołowców kilku głosowań internautów – gdy na początku ekipa wróciła do Kokotka – wielu myślało, że tak to będzie wyglądać – jazda w tę i z powrotem. Kiedy byli w Chorwacji – przeczuwali, że pojadą na Bałkany. Też nie. Kiedy kręcili po Francji, spodziewali się wycieczki na południe, a tu – zwiedzanie krajów Beneluksu. W pewnym momencie przestali już „przewidywać” i zaczęli patrzeć na to po prostu z ufnością – gdziekolwiek nie pojadą, będzie dobrze. Liczy się intencja.
Tu nasunęła nam się jedna myśl – jak często mamy swoje wyobrażenie przyszłości, swoje plany, konkretne rozwiązania! A okazuje się, że Bóg pragnie nas poprowadzić zupełnie inną ścieżką, czy nam się to podoba bardziej, czy mniej. I dopóki potrafimy zaufać całkowicie i oddać się Jego woli (pewnie raz lepiej, a raz gorzej odczytywanej), dopóty jesteśmy zwycięzcami. Tego zaufania uczymy się na bieżąco, doświadczając coraz to nowych sytuacji. Ale wiemy, że warto, bo – jak powiedział sam Jezus: „Ja jestem światłością świata. Kto idzie za mną, nie będzie chodził w ciemności, lecz będzie miał światło życia” (J 8,12).
I to nie może być przypadek, że akurat w tym kierunku podążyła dziś nasza refleksja – w Psalmie z dzisiejszej Liturgii Słowa przeczytaliśmy:
Miej ufność w Panu i czyń to, co dobre,
a będziesz mieszkał na ziemi i żył bezpiecznie.
Raduj się w Panu,
a On spełni pragnienia twego serca.
Powierz Panu swą drogę,
Zaufaj Mu, a On sam będzie działał (Ps 37).
Bilans dnia:
- 197 km
Nocleg:
- Niemcy. Stickhausen
Przejechanych do tej pory kilometrów: 5116